Forum Tawerny Four Ways
Rozmowy Różne => Wasza twórczość, pasje, hobby, działania => Wątek zaczęty przez: kargul w Listopada 27, 2010, 20:11:43
-
Opowieść o Delaronie
Prolog
Wiele lat przed zjednoczeniem Calradii i powstaniem Wielkiego Cesarstwa w krainie tej żyło wiele wojowniczych plemion. Najpotężniejszymi były plemiona Vareagów i Sandarian W jednej z Sandariańskich wiosek żyła rodzina Umeriandów. Byli oni prostymi ludźmi żyjącymi z rolnictwa. Mieli oni syna o imieniu Delaron. Od najmłodszych lat chłopak marzył o tym, by uciec od ubóstwa i wyruszyć w świat. Nie wiedział, że los zdecyduje inaczej. Pewnego słonecznego dnia Delaron jak zwykle pomagał ojcu przy uprawie chmielu. Wioska w której mieszkali słynęła z doskonałego piwa. Dzień ten wydawał się nie różnić od innych. Dla większości wioski był to tylko kolejny dzień ciężkiej pracy, ale nie dla Delarona. Był to dzień jego 20 urodzin. Według starodawnego Sandariańskiego prawa wiek ten oznaczał, że chłopak stawał się mężczyzną i miał pełne prawo do opuszczenia wioski. W południe zwołano starszyznę osady na naradę. Postanowiono, że Delaron musi przejść próbę zanim opuści osadę. Jego zadaniem było zabicie i przyniesienie głowy wielkiego niedźwiedzia. Stało się jednak coś zupełnie innego. Kiedy chłopak żegnał się z rodziną wioskę zaatakowali bandyci. Delaron chciał pomóc w obronie osady, ale na samym początku starcia został ogłuszony przez jednego z grabieżców. Osada płonęła, a Delarona pojmano. Oprócz niego nikt nie przetrwał ataku.
Ciąg dalszy nastąpi.
-
Uważasz, że parę słów wstępu, który jest TYPOWY i niczym nie zaskakuje, przyciągnie uwagę czytelników?
Napisz najpierw powiedzmy 1 stronę A4 czcionką 12 z małymi marginesami i dopiero pokazuj co napisałeś.
Ale Kroniki Calradii powiedzmy, że nie powinny traktować o życiu jednej osoby, chyba że królow/NPCtów ale przede wszystkim: państw.
Sandarian - acoto? ;p
-
Za mało tego. Dravic już o tym napisał. To wygląda jak część 1 rozdziału 1, na pewno nie na cały rozdział. Napisz więcej, i jak już kolega to ujął - niczym nowym nie zaskakuje.
Jeśli piszesz kroniki Calradii, to brzmi to bardzo oficjalnie - więc wypadałoby zachować jak największy realizm (zmienianie nazw frakcji odpada). Opowieść o Delaronie, no dobra, życie Delarona, ale to w końcu kroniki CALRADII, a w Calradii Vareagów i Sandarian nie ma - są Vaegirowie i Swadianie. OFC zakładam, że zmiana była celowa (choć niepotrzebna), jeśli natomiast nie zrobiłeś tego celowo - nie ma sensu się brać za opowiadanie w świecie o którym nie masz pojęcia. :d
Trudno to ocenić, bo jest tego za mało i nic nowego. Napisz przynajmniej 3 razy więcej to może coś z tego będzie.
Jeśli szukasz natchnienia to zapraszam do mojego opowiadania: "Historia króla Ragnara" (http://www.mountblade.info/forum/index.php?topic=5310.0). <--- link.
Pozdrawiam i życzę powodzenia!
-
Dzięki za komentarze.Ogólnie rzecz biorąc sam uważam, że część pierwsza jest do bani :p. Zmiana nazw frakcji była celowa. Ta mała część opowieści jest traktowana prze ze mnie jak coś w rodzaju prologu. Jedak jak dobrze zauważyliście nazwa Kroniki Calradii nie pasuje do opowieści o jednej osobie. Dlatego też od razu powinienem napisać, że losy całej Calriadii są w pewnym sensie z osobą Delarona powiązane. Nazwą Kroniki miałem i mam zamiar określać ciąg opowiadań mniej lub bardziej ze sobą powiązanych. No oczywiście mogłem o tym napisać na wstępie ale cóż, chyba się trochę zagalopowałem. Jeszcze raz dzięki za krytykę i oto właściwy początek dziejów Wielkiej Wojny.
Opowieść o Delaronie
Część I - Wojna, czyli przekleństwo każdej krainy.
Rozdział I
Delaron zbudził się. Na początku myślał, że wydarzenia minionych dni były tylko koszmarem, który już się skończył. Jednak kiedy rozejrzał się i ujrzał bandę ludzi otaczających go niczym wilki bezbronną ofiarę, zrozumiał, że to nie był sen. Na początku ogarnęła go wielka złość, która jednak szybko ustąpiła miejsca wielkiemu smutkowi i rozpaczy. Chłopak był pewny, że życie się dla niego skończyło i teraz będzie już tylko wielkie cierpienie i strach przed śmiercią, która mogła nastąpić w każdej chwili. Kiedy tak leżał usłyszał rozmowę dwóch bandytów. Usłyszał o wielkiej wojnie szalejącej w całej Calradii. Przez chwilę rozbójnicy mówili o niedawnym przemarszu wielkiej armii Varegów idących na wojnę z Sandarianami. Usłyszał także o buncie jednego z sandariańskich rodów - Swadian. Swadianie byli jednym z najbardziej znaczących rodów sandariański. Na ich czele stał słynący ze swej mądrości Garenchold Swadianin. Jego ród był dla Sandarian niezwykle ważny, gdyż to właśnie z niego wywodziła się najwspanialsza kawaleria, będąca zarazem dumą całego plemienia. Delaron był jednak pewny, że zbóje w końcu zaczną mówić o nim. I tak się stało. Po chwili bandyci zaczęli zastanawiać się co zrobić z więźniem. Postanowili sprzedać go na targu niewolników w stolicy największego sandariańskiego rodu Swadian. Miastem tym było Praven. Drugie co do wielkości sandariańskie miasto, zaraz po Wielkiej Stolicy Sargoth. Słynęło ono z największego w całym państwie targu niewolników. Rozpoczęła się podróż, której Delaron nie zapomniał przez bardzo długi czas. Bandyci ciągle wyśmiewali go i opowiadali o tym jaką przyjemność sprawiało im grabienie rodzimej wioski chłopaka. Kiedy w końcu dotarli. Delaron przypomniał sobie, jak kiedyś jego ojciec zabierze go do tego miasta. Praven było wspaniałe. Chłopak nigdy w życiu nie widział tak wielkich i to w dodatku kamiennych murów. Po kilku chwilach dotarli na targ żywym towarem. kiedy Delaron ujrzał ropacz i cierpienie ludzi, którym tak po prostu odebrano wolność, podobnie jak jemu, ogarnął go wielki smutek. Całkiem zmienił zdanie o mieście, które przed chwilą wydawało mu się takie wspaniałe. Chwilę później ujrzał jak jeden z bandytów, prawdopodobnie herszt bandy z kimś rozmawia. był to niewątpliwie handlarz niewolników. Chłopakowi udało się podsłuchać rozmowę. Okazało się, że miał wielkie szczęście, gdyż handlarz któremu chciano go sprzedać był wysłannikiem szlachetnego lorda Garencholda. Słynął on z tego jak dobrze i sprawiedliwie traktuje swoich niewolników. Po chwili stało się jednak coś dziwnego, czego Delaron nie zapomniał do końca życia. Handlarz nasłał na bandziorów straże uprzednio zabijając ich herszta. Po chwili chłopak stał z tajemniczym mężczyzną twarzą w twarz. Po krótkiej rozmowie podczas której opowiedział swoją histerię usłyszał dwa słowa, które były jak do tej pory najwspanialszą rzeczą, jaką mógł usłyszeć. "Jesteś wolny." powiedział mężczyzna. Jakby to nie wystarczyło by tchnąć w chłopaka nową nadzieję na to, że spełni swoje marzenia kupiec wyciągną rękę, w której trzymał niewielką sakiewkę. Kiedy mężczyzna odszedł Delaron otwożył woreczek i ujrzał około sto srebrnych dukatów i karteczkę na której pisało, że właśnie został przyjęty do jednego oddziałów kawalerii samego Garencholda Swadianina, a pieniądze to jego pierwszy żołd razem z "niewielkim" podarkiem od lorda. Chłopak czuł, że nareszcie staje się kimś więcej niż tylko zwykłym rolnikiem, że teraz jego przyszłość jest w jego rękach. Mogło to dziwić, ponieważ zostanie żołnierzem oznaczało, że czeka go wiele poświęceń. Było jednak inaczej. Żołnierze swadiańscy cieszyli się znacznie większą swobodą niż inni sandariańscy żołdacy, a wojownicy samego lorda po przejściu co prawda długiego i męczącego trenigu mieli pełne prawo do opuszczenia koszar i zamieszkania w Praven jako prawdziwi obywatele. Ich obowiązkiem było natychmiastowe stawienie się w koszarach na rozkaz lorda. Delaron bezzwłocznie udał się do lordowskiego garnizonu, by odebrać ekwipunek i przejść szkolenie. Nie zastanawiał się kim naprawdę był kupiec od którego dostał pieniądze i list, ale był pewny, że nie był on zwykłym handlarzem. Kiedy stawił się w koszarach otrzymał zbroję, oręż, oraz pięknego czarnego ogiera. Rozpoczynał trening jeździecki. Wychodziło mu to całkiem nieźle, ponieważ często patrolował konno okolicę rodzinnej wioski. Instruktorów walki zadziwiły najbardziej niezwykłe umiejętności Delarona zarówno w posługiwaniu się lancą jak i mieczem. Nikt z rodziny nie wiedział, że podczas jednego z codziennych patroli Delaron natrafił na opuszczone i złupione pole bitwy. Szczęśliwym trafem udało mu się znaleźć włócznię i miecz sandariański, posługiwania się którymi ćwiczył niemal w każdej wolnej chwili. Z rodziny wiedział o tym tylko ojciec Delarona, który zachęcał go do treningów. Chłopak dzięki temu szybko ukończył szkolenie zdobywając wiele niezbędnych w walce umiejętności. Nie wiedział, że już wkrótce będzie miał okazję je przetestować...
CDN
-
Sandarianie i Vaegarzy to plemiona z których wywodzą się Swadianie i Vaegirzy, czyli to musi być daawno przed wydarzeniami z gry. Narazie mnie to zaciekawiło i będę czytał dalej. Powodzenia!
-
Dzięki za wsparcie i komentarze. Cieszy mnie, że ktoś zrozumiał o co chodzi z tymi plemionami.
A oto ciąg dalszy historii Dalerona.
"Opowieść o Delaronie"
Cz.I
Rozdział.II
Lord Garenhold siedział przy stole w swojej komnacie. Próbował napisać list, jednak nie udawało mu się to. Wokoło niego leżało wiele zużytych kawałków pergaminu. Lord nie zważał jednak na niepowodzenia i próbował pisać dalej. W końcu udało mu się to i zakończył pisanie listu. Położył się kładą pergamin obok łoża.
W Calradii rozpoczął się nowy dzień. Delaron opuścił koszary, ponieważ zakończył on trwający ponad rok trening. Przechadzał się po targowisku zastanawiając się nad tym co kupić na obiad. Praven było niezwykle bogatym miastem przez co wybór był ogromny. Można tam było kupić niemal wszystko, od zboża i chleba poczynając na winie i aksamicie kończąc. Delarona nie zastanawiało jednak to, co ma zjeść na obiad, ale to dlaczego co kilka tygodni podczas szkolenia otrzymywał anonimowe podarki w postaci kilkuset srebrnych dukatów. Najbardziej zastanawiał go jednak sam dobroczyńca. Domyślał się, że mógł nim być sam lord Garenhold lub tajemniczy kupiec, który dawno temu oddał mu wolność. Chłopak postanowił się tym więcej nie zamartwiać i wyruszył by spotkać człowieka, który niedawno zaoferował mu mieszkanie. Kiedy szedł tak przez kolejne ulice miasta usłyszał rozmowę dwóch ludzi. Rozważali oni ucieczkę z miasta. Delanor nie rozumiał, czemu niby mieli by to uczynić. Po chwili usłyszał ciąg dalszy dyskusji. Mężczyźni mówili o wielkiej, wielotysięcznej armii Vaegarów. Delaron zaczynał rozumieć o co chodzi. Najbardziej zadziwiła go jednak wieść o tym, że całe państwo Sandarian zostało przez wroga zajęte i złupione. Chłopak nie mógł w to uwierzyć. To była jednak prawda. Lord Garenhold przewidział to wiele lat zanim zbuntował się przeciwko Wielkiemu Wodzowi i jego baronom. Powodem była ich niekompetencja. Zajmowali się oni jedynie ucztami i rozrywką, podczas gdy państwo trawiła straszliwa wojna. Garenhold dobrze wiedział, że tym razem Vaegarzy zgromadzą największą armię na jaką ich stać i, że nie odpuszczą dopóki nie zniszczą Sandarian. Skąd lord to wiedział? Miał on przyjaciół pośród najznamienitszego Vaegarskiego rodu - Vaegirów. Tak samo jak Swadianie byli oni przeciwni wojnie i od lat marzyli o zjednoczeniu plemion w wielkie imperium.
Garenhold jeszcze na długo przed początkiem trzyletniej już Vaegarskiej wyprawy wojennej zawarł sojusz z koczowniczym plemieniem Rhodoków. W zamian za pomoc w wojnie zaoferował im rozległe ziemie, na których mogliby stworzyć własne państwo.
Rhodokowie przyjęli ofertę i w przeddzień ataku na Praven oddali pod komendę Swadianina tysięczną armię swoich najlepszych wojów.
Delaron po chwili usłyszał niezwykły dźwięk, który go zadziwił. Były to dzwony na wieży strażniczej. Biły na alarm. Vaegarzy zbliżali się do miasta. Chłopak natychmiast wyruszył do koszar po drodze napotykając swych dwóch przyjaciół: Aldariana i Moltara. Kiedy stawił się w koszarach usłyszał rozkaz wsiadania na koń i wyruszenia do reszty oddziału lordowskiego stojącego za murami. Kiedy przekroczył bramę miasta ujrzał największą armię jaką w życiu widział. Lord Garenhold zebrał ponad 3 tysiące wojowników.
Swadianie postanowili wydać wrogowi bitwę zanim ten się przegrupował. Daleron ledwo stanął w szeregu, usłyszał głos swego pana niosący się przez całe przyszłe pole bitwy."DO ATAKU!!!!", wykrzyknął z całą mocą lord. Swadiańska kawaleria ruszyła niemal miażdżąc pierwsze szeregi wrogów. Rhodokowie także szturmowali. Ich atak był straszliwy. Szarża ich wyglądała jak atak stada bawołów na drapieżniki próbujące zabić ich młode. Po obu stronach wojowie walczyli i ginęli honorowo. Nikt nie uciekał. Walczących rozdzielił dopiero rozkaz taktycznego odwrotu po obu stronach starcia. Podczas walki zginęło ponad 800 mężnych vaegarskich wojów i około 500 Rhodoków i Swadian. Delaronowi koledzy gratulowali męstwa. Podczas starcia zdobył on bowiem wrogi sztandar doznając przy tym rany od vaegarskiego łucznika.
Vaegarowie nie byli tak doskonale zdyscyplinowani i zorganizowani jak Sandarianie, a co dopiero Swadianie, ale ich doskonali strzelcy potrafili przechylić szalę zwycięstwa na ich stronę.
Po chwili doszło do kolejnego starcia. Wojownicy walczyli niczym lwy podczas polowania. W tej walce zginęło około 960 Vaegarów i ponad 800 Swadian i Rhodoków. Po chwili wydarzyło się coś strasznego. Do Vaegarów dołączyli straszliwi Nordowie słynący ze swego okrucieństwa. Wielu Swadian schroniło się w mieście. Na polu bitwy została tylko garść Swadiańskich jeźdźców i 420 Rhodoków. Podczas walki Delaron stracił swego wiernego rumaka. Lord Garenhold był ciężko ranny. Zawołał młodzieńca do siebie i dał mu list. Kazał mu go przeczytać, kiedy ten koszmar się skończy, po czym skonał. Delaron przejął dowodzenie nad wojownikami i rozkazał pozostałym jeźdźcom zejść z koni. Szarża byłaby samobójstwem wiec kazał swym ludziom uformować krąg i czekać na atak.
Wojownicy byli przerażeni. Nawet waleczni Rhodokowie rozważali możliwość poddania się. Delaron postanowił wygłosić przemowę. Opowiedział w niej o męstwie poległych i żywych, o poświęceniu i śmierci w chwale. Jego słowa rozchodziły się po całym polu walki niczym odgłos tysięcy lecących ptaków. Usłyszeli go także Nordowie. Ich przywódca popatrzył na mężnych przeciwników, po czym wydał rozkaz do ataku. Wydawało się, że to już koniec. Setki Nordów wyruszyły do ataku. Jednak kiedy zbliżali się do szeregów Swadian stało się coś niezwykłego. Wojowie zatrzymali się i obrócili w stronę Vaeragów. Ich przywódca powiedział po chwili, że nie będą walczyć u boku ludzi bez honoru, którzy nawet przy pewnej wygranej gotowi są jeńców zabić.
Los bitwy był przesądzony. Swadianie u boku Nordów zwyciężyli najeźdźców, po czym wyruszyli do miasta by świętować zwycięstwo i uczcić pamięć poległych. Przywódca Nordów zwał się Gladhorn i szybko zaprzyjaźnił się z mężnym Delaronem.
Delaron nocą siedząc w swojej komnacie czytał list od lorda Garenholda...
CDN
-
Opowiadanie nawet mnie zaciekawiło, dobry pomysł tylko jak dla mnie jest tutaj za mało opisów, uczuć, bardziej rozbudowanych zdań.
"Lord Garenhold siedział przy stole w swojej komnacie. Próbował napisać list, jednak nie udawało mu się to. Wokoło niego leżało wiele zużytych kawałków pergaminu. Lord nie zważał jednak na niepowodzenia i próbował pisać dalej. W końcu udało mu się to i zakończył pisanie listu. Położył się kładą pergamin obok łoża." ? Całkowicie nie pasuję, psuje trochę klimat "jednak nie udawało mu się to" Ale ogólnie jest dobrze, pisz dalej.
-
Dzięki za komentarz, a co do listu to wszystko wyjaśni się w rozdziale I części drugiej, który planuje napisać jutro.
-
Opowiadanie mnie zaciekawiło, ale jedna rzecz mnie martwi... Dlaczego wszyscy uwzięli się na Vaegirów? Co do reszty opowiadania, spodobał mi się wątek walecznych Rhodoków, którzy chcą własnego państwa i chciwych Swadian - wykorzystujących ich naiwność. Mam nadzieję, że wiesz co mam na myśli. Swadianie wykorzystają Rhodoków. Ci się zbuntują i dojdzie do walki ze Swadią. Oczywiści to są moje głośne myśli... Nie musisz się sugerować moimi propozycjami bo może wymyślisz coś ciekawszego.
-
No cóż dlatego, że chwilowo wena mnie opuściła postanowiłem wyjaśnić parę rzeczy. No to zacznijmy może od czasach w których rozgrywa się akcja "Opowieści o Delaronie". Jest to około 300-360 lat przed wydarzeniami znanymi z gry. Jest to końcowy okres "Ery wielkich Plemion" po którym rozpocznie się historia Wielkiego Cesarstwa Calradiańskiego. Historia Delarona łączy się z historią, a bynajmniej z ostatnimi latami Wielkiej Wojny, między Sandarianami, a Vaeragami. Wojna ta rozpoczęła się przybyciem Vaeragów do Calradii zza Wielkich Gór Północnych. Sandarianie, którzy i tak mieli już problemy między innymi z Khergitami i najeźdźcami z Nordlandu (jakby ktoś nie wiedział chodzi o Nordów xD). Rhodokowie nie dążyli na początku do założenia państwa. Ich walka o niepodległość zaczęła się na początku panowania Wielkiego Wodza Vaeragów Dalrondara, który uważał, że każdy kto nie jest jego przyjacielem, jest jego wrogiem. No ale wracając do przybycia Vaeragów, to nie byli oni najeźdźcami (bynajmniej do rozpoczęcia wojny przez Sandarian) i szukali miejsca, w którym mogli by wreszcie rozpocząć życie osiadłe. Zamieszkali oni na terenach w pobliżu gór parając się myślistwem. Sandarianie trochę źle zinterpretowali intencje przybyszów i rozpoczęli wojnę, która trwała prawie 320 lat.
Wojnie sprzeciwiał się ród Swadian, który chciał usilnie zawrzeć pokój, mówiąc, że ciągłe wojny zniszczą plemię szybciej niż przybysze.
Za pokojowym rozwiązaniem był także Vaegarski ród Vaegirów. Może (a nawet powinno) wydać się to dziwne. Ostatecznie w Wielkim Cesarstwie rządził cesarz, ale on był bardziej dowódcą armii niż dyplomatą, dlatego władzę sprawowały te dwa rody (każdy w swojej części cesarstwa). Oprócz tego cesarzem naprzemiennie zostawał członek jednego z rodów. Miało to zapobiec wojnie domowej, ale jak wiemy z wcześniejszych wersji gry, stało się wprost przeciwnie.
Co do Rhodoków, to powiem tyle, że otrzymają ziemię, ale niekoniecznie spodoba im się uzależnienie od cesarstwa, które dodatkowo pod koniec istnienia zakończy się waśniami i atakami ze strony Swadii, która rozpocznie powolne wyniszczanie Rhodoków, aż do ich całkowitej (bynajmniej tak myśleli Swadianie) eksterminacji. Jak wiemy z gry Swadianie się pomylą i Rhodokowie utworzą coś w rodzaju republiki.
Dokładniej dowiecie się wszystkiego z "Opowieści o Delaronie" i ze "Starego Cesarstwa" czyli drugiej planowanej przeze mnie opowieści.
-
No, no przeczytałem, muszę przyznać bogate i kwieciste słownictwo!
Ta ostatnia bitwa, nieco bajkowa, żołnierze którzy pod wpływem impulsu sprzeciwili się swoim sojusznikom nie mówie iż jest to niemożliwe, ale nieco nieprawdopodobne, nie mam mito tego żadnych, ale chciałbym nieco miec wgląd na politykę całej Calradii, jak narazie miód, gratuluję weny i polotu w twórczości i oby tak dalej :)
Może teraz opisz wzburzonych Sarranidów toczących bitwy o zjednoczenie kraju przez (kogo chcesz) aby potem wesprzeć mężnych starajcych się o wyzwolenie Swadian, radziłbym tez opisać przyczyny buntu Sandrian.
Wielce dziękuję za trochę pocieszenia i radości z takich powieści, legend.
-
Jeszcze raz dzięki za komentarze. A co do polityki i dokładniejszych wyjaśnień to spróbuję zrobić to w kolejnych rozdziałach i kolejnych, znacznie mniejszych i skupiających się bardziej na opisaniu Calradii z tamtych czasów opowieściach. A oto ciąg dalszt przygód Delarona. Aha i od tego momentu zacznę nazywać także kolejne rozdziały, gdyż kolejna część w pewnym sensie tego wymaga.
Opowieść o Delaronie
Część II "Nowa nadzieja"
Rozdział I "Zapomniana historia"
Cz I "List"
Delaron zaczął powoli czytać list. Kiedy skończył, był pewny, że jego treść jest tylko złudzeniem. Przeczytał wiadomość po raz kolejny. Nie mógł uwierzyć w to, o czym pisał lord.
"Delaronie, mam nadzieję, będziesz czytasz ten list w swej komnacie, a nie w obozie wrogów. Postanowiłem opowiedzieć Ci prawdziwą historię twego rodu. Ponad trzy wieki temu ród Umeriandów był najpotężniejszym Sandariańskim rodem. Byli oni potężniejsi nawet od nas - Swadian. Jego członkowie byli ludźmi szlachetnymi i honorowymi. Zawsze kierowali się zasadami Kodeksu Wojownika. Najwspanialszym i najpotężniejszym Umeriandem był Radgar Mężny. Pieśni o nim i o jego męstwie znane były w całej Calradii. Nocami kobiety opowiadały dzieciom legendy o jego odwadze i oddaniu ludowi. Kochał swoją rodzinę i swoich braci Sandarian, ale było coś, o czym nigdy nie mówił, nawet rodzinie i przyjaciołom. W jego żyłach płynęła nordycka krew. Nordowie uznawani byli wtedy za barbarzyńców i okrutników. Radgar zdawał sobie z tego sprawę i dobrze wiedział, że tajemnica w końcu wyjdzie na jaw, a wtedy jego ród zostanie przeklęty i wygnany. Nordowie wielokrotnie wysyłali wyprawy wojenne z Nordlandu, przez co nienawidzili ich wszyscy Calradianie. Prawda była inna. Lud ten szukał nowego domu, gdyż mieszkający za Bezkresnym Morzem Georianie od lat pragnęli zagarnąć ich ziemię, tak bogatą w rudy najróżniejsze i w kamienie szlachetne, słynące ze swego piękna. Radgar potajemnie zorganizował rodakom zza morza miejsce do życia w lasach w pobliżu wybrzeża. Niestety podczas rozładunku zapasów przez Nordów Sandarianie zauważyli ich i zaatakowali. Zabili wszystkich łącznie z twym dzielnym przodkiem.
Niedługo po tym wydarzeniu ród Umeriandów został wyklęty i zamieszkał w wiosce niedaleko od Praven. Szybko zapomniano historię szlachetnego Radgara i jego tajemnicy. Twoi rodzice byli ostatnimi, którzy o tym pamiętali i od lat podtrzymywali tradycję rodową, składając modły za lud za wielką wodą, dlatego też zawsze chcieli, abyś nie czuł się jak nikt, jak ktoś bez znaczenia, jak ktoś kogo los nikogo nie obchodzi.
Znałem twych rodziców i przyjaźniłem się z nimi. Twój ojciec nigdy nie opowiadał Ci o wyprawach wojennych na które go zabierałem, mówiąc Tobie, że to były zwykłe polowania. Prawda była inna. Nieraz ocalił mi on życie. Dlatego, kiedy dowiedział się ode mnie o planowanym przez Khergitów najeździe na waszą rodzinną wioskę od razu poprosił mnie o to, bym się tobą zaopiekował. Tak Delaronie, ci najeźdźcy nie byli zwykłymi bandytami, tylko Khergickimi łupieżcami z Wschodniego Stepu.
Jeżeli dziwi Cię, dlaczego rodzice nie uciekli, to odpowiem na to pytanie już teraz. Nie odeszli oni bo w ich żyłach płynęła nordycka krew i woleli zginąć, niż okryć siebie i swój ród hańbą.
Prawda jest taka, że oni nie zginęli. Wiedziałem od tym od herszta bandy, która Was zaatakowała. Tak Chłopcze, to ja byłem tym kupcem, kiedy cię przywieźli, i to ja przysyłałem ci podarki podczas twego treningu. Przepraszam za to, że nie powiedziałem ci o rodzinie. Bałem się, że rzucisz wszystko i wyruszysz na jej poszukiwania. Teraz jednak jesteś gotowy. Idź i odnajdź rodziców. W twych rękach twój los, nie zapominaj o tym Chłopcze!!! Ale zanim wyruszysz pójdź do Suno, gdzie mój zaufany przyjaciel z wojskiem broni się dzielnie przed wrogiem. Ruszaj, w tobie nadzieja nie tylko twego rodu, nie tylko Swadian, nie tylko Sandarian, ale całej Calradii!!! Kiedy odnajdziesz rodzinę wyrusz do Khudan miasta na ziemiach dawniej należących do Khergitów. Tam znajdziesz ród Vaegirów. Porozmawiaj z nimi i zrób wszystko by zaprowadzić pokój na tej ziemi. Twych rodziców szukaj na bezkresnych stepach, w górach i wszędzie gdzie poprowadzi cie twe serce i twoi przyjaciele. Nie zapominaj o nich i pamiętaj, że nigdy, powtarzam NIGDY nie byłeś nikim, a teraz ruszaj by dopełnić swego losu, który tak wielką rolę dał ci w tej historii!!!"
Delaron powoli wstał od stołu i wyszedł z komnaty. Zastanawiał się czy da radę, czy dokona tego wszystkiego. Po chwili przypomniał sobie to, co zawsze mówił mu ojciec i to, o czym pisał lord, to, że jego los jest w jego rękach i tylko on ma wpływ na to co się z nim stanie i czego dokona....
CDN
-
To jest to... wprowadzasz naprawdę fajny klimat, ale teraz pojawia się kolejny wątek histoira samych Khergitów, mam nadzieję na opowieść o każdej nacji, jaki wódz scalił jedno plemię w Rhodoków, kto stworzył Khanat i jakie są jego historię, nie chodzi mi oto aby poświęcać im wielkie części, rozdziały, ale żeby wyszło Ci to tak sprawnie jak opisąłeś tutaj pocohdzenie Nordów, choź chciałbym liznąć nieco samego założyciela, wiem wiem wymagam a nic nie daję... Również z niecierpliwością czekam na rozmowy przyjaciół, sekretne napady Khergickich szpiegów, co zrobią Vaegirowie, kim jest tajemniczy przyjaciel z Suno, czy zostanie w przyszłości jego kompanem w wojnach, czego będzie się dowiadywał o swoim rodzie, stare zapiski, może znajdzie miecz rodu (trochę banał, ale nadaje smaczku)... Achhh wyszło trzeba przyznać ale proszę o więcej... Mam nadzieję, że pomogłem i dałem trop :) Powodzenia
-
W "Opowieści o Delaronie" pojawią się informacje o każdej z frakcji znanej z gry (oprócz Sarranidów, o których mam zamiar napisać oddzielną opowieść głównie dlatego, że nie posiadam Warbanda i nie wiem nic o ich kulturze. Warbanda kupię gdzieś za miesiąc).
Nie będą to zbyt szczegółowe opisy, ale pojawią się wzmianki i krótkie wstawki opowiadające o ich kulturze i zachowaniach. Tak w ogóle to planuję napisać po jednej krótkiej opowieści (nie większej niż 5 rozdziałów) dla każdego z państw. Będą one dokładnie opisywać historię, kulturę i obyczaje poszczególnych ludów. Co do motywu zapomnianej historii rodu bohatera to będę go rozwijał i łączył z innymi tak aby scalić to w jedną spójną całość, zarazem dodając najróżniejsze smaczki i inne tego typu rzeczy, aby pokazać jak wielkie znaczenie w opowieści ma pochodzenie Delarona. Ogólnie to planuję dodać motyw zaginionych relikwii rodu. Nie będą to jakieś niezwykłe magiczne bajery. Ograniczać będą się one do najróżniejszego ekwipunku jak np. róg wojenny (rozważam możliwość dodania motywu zjednoczenia się z Nordami i walki o ich niepodległość). Oczywiście w opowieści znajdzie się także miejsce dla Zendaru, miasta, które będzie miało ogromne znaczenie dla całej zjednoczonej już wtedy Calradii.
-
Czyli narazie wszystko idzie po mojej myśli... WEEEEE
A co z relacjami między Delaronem, a jego przyjaciółmi Aldarianem i Moltarem?
Dzięki i proszę dawaj następny podrodział !!
-
Mnie bardzo zainteresowała ta opowieść czeka na ciąg dalszy <lol> mam nadzieję ,że wena cie nie opuści, ciekawe co będzie dalej.
-
[...]Oczywiście w opowieści znajdzie się także miejsce dla Zendaru, miasta, które będzie miało ogromne znaczenie dla całej zjednoczonej już wtedy Calradii.
Taka mała propozycja:
W podstawce jest też mowa o Geroi (Artimmener chciał się tam dostać, a Lezalit był synem Hrabiego Geroi). Oprócz tego, że takie miasto(państwo?) istnieje nie wiemy nic. Mi sama nazwa kojarzy się z bogatym miastem kupieckim lub przystanią dla najemników.
-
Co do Geroi to jeśli Marnid się urodził to wiem gdzie się to znajduje ztych cytatów:
Jakiś czas temu wyruszyłem z Geroi wraz z karawaną różnych dóbr. Miałem nadzieję sprzedać wszystko w Sargoth i nieźle na tym zarobić.
Urodziłem się za górami. Jestem kupcem, synem kupca i wnukiem kupca.
-
Przepraszam, że wtrące, ale mam pytanie (nie chcę pośpieszać):
Czy tworzysz jeden wielki rodział lub część, aby nie pozostawiać nam wielkiego niedosytu, czy może masz poprostu brak chęci (co rozumiem bardzo dobrze, pod presją oczekiwań lub własnych spraw), ale wiedz iż wileu z nas czeka tu na ciąg dalszy i bardzo nam się podoba twoja opowieść, liczymy że nie poprzestaniesz na tym, ale zroumiemy jeżeli coś Cię zmusi do pozostawienia prac na później.
-
Wielkie dzięki za zrozumienie. Rzeczywiście ostatnio jakoś nie potrafiłem się zebrać i czegoś napisać. Przez ten tydzień miałem już 2 sprawdziany, a jutro mam jeszcze z niemieckiego. Do tego doszedł brak weny i inspiracji, i oczywiście to, co dopada każdego (no może prawie każdego) człowieka, czyli po prostu lenistwo. Bardzo cieszy mnie fakt, że kogoś interesuje to co pisze i od razu powiem wam, że nie skończę z tym tak szybko i nie poprzestanę na tym co zrobiłem do tej pory. Dlatego też oto drugi (i ostatni) podrozdział.
Opowieść o Delaronie
Część II
Rozdz.I
Cz II "Jeden za Wszystkich, Wszyscy za Jednego"
Delaron wychodził ze swej komnaty kierując się na plac znajdujący się przed zamkiem, ciągle myśląc o przeczytanym przed chwilą liście. Kiedy dotarł na miejsce ukazało mu się coś, czego się w ogóle nie spodziewał. Na placu stała kolumna ciężkozbrojnych jeźdźców, na których czele stał Gulidar, jeden z zaufanych doradców i oficerów lorda Garenholda. Kiedy Delaron podszedł do wojownika by zapytać o co chodzi mężczyzna złożył szczegółowy raport i wyjaśnienia zanim chłopak cokolwiek powiedział. Z jego słów wynikało, że od teraz to Delaron jest lordem i władcą Praven, i że ci wszyscy wojownicy są tu, by odeskortować go do Suno, gdzie czeka na niego lord Ulfarn Szlachetny. Delarona zastanawiało najbardziej to, skąd ten mąż wiedział o jego zadaniu. Szybko jednak pojął o co chodzi. Stary Garenhold nie pozostawiał niczego przypadkowi, dlatego też jeszcze przed bitwą wyjaśnił Gulidarowi co ma robić w razie jego śmierci. Chłopaka dziwił jednak brak jego wiernych towarzyszy, Aldariana i Moltara. Zapytał o to dowódcę oddziału. Jak się okazało, rycerze wyruszyli na patrol wraz z dziesięcioma innymi wojownikami. Mieli wrócić już za chwilę, jednak tak się nie stało. Kolejne godziny oczekiwania były dla Delarona koszmarem, który jak się okazało dopiero się zaczynał. O godzinie czternastej czasu calradiańskiego ( w przybliżeniu o naszej szesnastej) przez bramę przejechał ciężko raniony Moltar na swym wiernym koniu Dartorze. Tego Delaron obawiał się najbardziej. Patrol został zaatakowany, a Aldarian pojmany. Delaron nie mógł w to uwierzyć. Nigdy nie wyobrażał sobie, że jeden z jego przyjaciół może zginąć. Czuł się bezradny, jednak ta bezradność szybko przeminęła, bowiem teraz miał on jeszcze coś do powiedzenia w tej sprawie. Wciąż mógł uratować towarzysza. W tej chwili było to dla niego najważniejsze. Rozkazał natychmiastowy wyjazd z miasta. Zabrał ze sobą kilkunastu rycerzy. U jego boku stał Moltar, który po zażyciu ziół leczniczych czuł się znacznie lepiej. Wierzył on co prawda w Jedynego Boga, ale mimo to uważał, że tak zwane "wiedźmy" są znacznie bardziej pożyteczne niż mogło się to wydawać komukolwiek innemu. Zioła otrzymał od znajomej uzdrowicielki mieszkającej niedaleko miasta.
Niedługo później oddział wyruszył. Jechali nieustannie przez wiele godzin, nigdy nie wątpiąc w to, że im się uda. Byli pewni, a przynajmniej Delaron był, że uda mu się ocalić przyjaciela. Po długiej wędrówce dotarli do niewielkiego wąwozu, w którym zauważyli światło. Jak się okazało było to ognisko i obóz Veagarów, niedaleko którego znajdował się las. Vaegarzy zakończyli wędrówkę ze zmęczenia i z obawy, że jakieś bestie z lasu ich zaatakują. Delaron sam podszedł bliżej mimo, że odradzał mu tego Moltar. Niedaleko ogniska ujrzał leżącego człowieka. Był to Aldarian. Delaron był pewny, że przyjaciel nie żyje. Opanowała go wielka żałość, która niemal natychmiast ustąpiła miejsca wielkiej, niemalże nieopanowanej żądzy zemsty. Rycerz rzucił się do szaleńczego ataku nie dosiadłszy pierwej swego najlepszego konia, Kardasa. Za nim ruszył Moltar, a zaraz po nim reszta wojowników, także spieszonych. Wróg nie spodziewał się ataku i gdy ujrzał szarżującego niczym stado byków Delarona począł uciekać, szybko jednak zajmując pozycje obronne. Vaegarzy znali dobrze zaciekłość Swadian, a szczególnie ich dowódców, dlatego nie było im do śmiechu gdy Delaron dopadł pierwszego z nich przecinając go w pół z niemalże nadludzką siłą swym wspaniały mieczem, Daliarem. Po chwili wrogów dopadł także Moltar, miecznik przewspaniały, swym oburęcznym Kardulsem powalając dwóch wrogów. Do nich dołączyli po chwili pozostali wojacy, walcząc mężnie, ale ustępując w tym swym przewspaniałym dowódcą. Walka była niezwykle zaciekła. Przepełniony żądzom zemsty, która dawała mu niemal nadludzką siłę, Delaron zabił swym Daliarem dowódcę wroga skracając go o głowę. Nie ustępował mu w walce jego towarzysz Moltar, który swym Kardulsem kolejnego wroga zabił. Mimo swego męstwa padli niemal wszyscy Swadianie, dziesiątkując przy tym wrogów.
Delaron ujrzał po chwili wielkiego Durdana, który to zabił wielu już jego ludzi. Rzucił się na wroga, zadając kolejne błyskawiczne ciosy. Przeciwnik był jednak niezwykle potężny i swym wielki toporem zahaczył o nogę Delarona niszcząc nagolenniki i rozpruwając ścięgna. Delaron zawył z bólu, szybko jednak zadał przeciwnikowi straszliwą zemstę, przecinając jego hełm, głowę i czaszkę na pół. Kiedy pewny już był, że wróg ucieknie widząc śmierć swego najprzedniejszego wojownika strzała przeszyła jego tulów przebijając płuco i wylatując z drugiej strony pięknego ciała wojownika. Delaron upadł, a ostatnie co widział to otwarte oczy Aldariana. On żył i był świadom tego co się stało. Obaj rozpaczali, będąc pewnymi śmierci swej jak ich mężnego przyjaciela Moltara. W tem jednak z lasu wybiegli Rhodokowie rzucając się na Vaegarów i zabijając ich wszystkich. Więcej Delaron nie pamiętał, gdyż utracił wszelką świadomość. Zbudził się w swej komnacie...
CDN
-
Ehhh, szkoda Moltara... Ciekawe co się stanie z Kardulsem i Dartorem.
Miło by było znać hisotrię oręża, Delarona, którym niewątpliwie był Daliar, co nieco również chciałbym wiedzieć o wspaniałym "potworze" Vaegirskim - Durdana, również liczyłem na nieco barwniejszy pojednyek, ale cóż co ja mogę Ci tu narzekać, a samemu nic zbytnio nie wniosę, ogólnie część mi się spodobała (jak cholera!), ciekawe co będzię dalej z relacjami między buntującymi się Swadianami, a Rhodokami, czekam, na wzajemną pomoc, przykładowo: Rhodokowie potrzebują pomocy w walce z buntownikiem bądź Khergitami, wspólne akcje czasem ciche z łukiem u boku i sztyletem przy pasie. Ach. czekam z niecierpliwością, ale sądzę (iż tak jak teraz zupełnie) że mnie zaskoczysz zwrotami akcji i przedewszystkim kim jest znajoma zielarka? (żartuje...)
-
Dzięki za komentarz, a co do pojedynku i innych opisów to od razu dodam, że wszystko to co opisałem było widziane oczyma przepełnionego furią Delarona, dlatego też opisy nie są zbyt dokładne. Jak już mówiłem (pisałem) wszystkie sceny widziane były oczami Delarona, który nie zwracał zbytnio uwagi na to co się dzieje, ale zajmował się głównie eksterminacją kolejnych przeciwników. W następnej części planuję także opisać dokładnie heroiczną śmieć Moltara i żałobę po niej, która mieszać się będzie z radością spowodowaną uratowaniem Aldariana. Co do oręża to historia ostrzy zarówno Delarona (Daliar) jak i Moltara (Karduls) zostanie poruszona i dokładniej opisana w kolejnych częściach. Ogólnie to losy Delarona i wydarzenia z nim związane będą odbywały się w niemal całej Calradii. A i oczywiście w następnej części nie zabraknie miejsca dla historii (skrótowej) Durdana, czyli takiego "Vaegarskiego Achillesa".
EDIT Następna część pojawi się w weekend, ponieważ na razie nie mam zbyt wiele czasu aby napisać kolejny rozdział.
-
Ehhh, czekam z niecierpliwością! Więcej życzeń jak narazie nie mam i nie powinienem już. Również czekam z niecierpliwością na część opisującą ustrój i jak już obiecałeś historię ludów (jk narazie Nordów wzorowo :))
-
[...] A i oczywiście w następnej części nie zabraknie miejsca dla historii (skrótowej) Durdana, czyli takiego "Vaegarskiego Achillesa".
Powiedziałbym, że raczej "Vaegarskiego Ajaksa" bo w końcu jest wielkoludem. Bardzo podoba mi się opowiadanie. Liczę jednak na to, że się wszyscy odczepią od Vaegirów i zaatakują tych Swadian.
-
Bez powodów jakie wywoałały wojnę nie licz na takiego typu rzeczy, gdy się dowiemy o wszystkich smaczkach i przyczynach tejże inwazji, buntu.
Ja jednak liczę, że powstańcy z pomocą Nordów, doprowadzą (niczym kozacy) do uniezależnienia, bądź przywilejów, lub zbyt "poniesieni" falą zwycięstw, ośmielą się zdobyć państwo Vaegirów.
-
Witam wszystkich po raz kolejny i jak zwykle zacznę kolejny rozdział małą dawką wyjaśnień. A więc tak, co do opisów to postanowiłem, że na końcu opowieści umieszczę dokładne opisy kultur, bohaterów, bitew o których nie wspomniałem w kolejnych rozdziałach i tych, które miejsce miały przed wydarzeniami z opowieści tak jak to robił (mniej więcej) pan J.R.R Tolkien w Władcy Pierścieni. Zrobię tak, ponieważ wprowadzenie rozdziałów, które służyły by wyjaśnieniem prawdopodobnie znacznie spowolniłoby (jeśli nawet nie zatrzymało) na pewien czas akcję opowieści. Co do powodów wojny to jak już pisałem, najważniejszym z nich była żądza władzy Sandarian, której przeciwstawiał się ród Swadian. Veagarzy nie byli w żadnym wypadku najeźdźcami. Przybyli oni do Calradii zza gór chcąc wreszcie rozpocząć osiadłe życie. A, że wyszło im to całkiem nieźle to zanim ktokolwiek się o nich dowiedział zbudowali niemałą potęgę. Nic nie może jednak trwać wiecznie, tak też stało się tutaj. Sandarianie dowiedzieli się w końcu o nieproszonych gościach (którzy i tak nie stanowili dla nich zagrożenia i w dodatku mieszkali w pobliżu gór, gdzie ciągle trwała zima, a więc na terenach, które dla Sandarian i tak nie miały żadnej wartości) i postanowili się ich pozbyć, a że byli osłabieni walką z Khergitami i z Nordami, to jak dowiadujemy się z rozdziału drugiego części pierwszej ich plemię zostało unicestwione. Pozostali jedynie Swadianie posiadający dwa miasta (Suno i Praven), kilka fortów i wiosek, i jedną dużą fortecę. Powodem ich buntu przeciwko rodakom była nieudolność władz, która przejawiała się miedzy innymi w tym, że zamiast walczyć o przetrwanie to dowódcy zajmowali się przede wszystkim rozrywką. Vaegarzy, głównie za sprawą zaprzyjaźnionego ze Swadianami rodu Vaegirów postanowili dać im spokój i umocnić swoją pozycję na nowo zdobytych ziemiach. Mam nadzieję, że wyjaśniłem Wam powody wojny i to, dlaczego nikt nie zaatakuje i tak ledwo co trzymających się Swadian.
A oto kolejny rozdział,
Opowieść o Delaronie
Cz.II
Rozdz.II "Pokój, czyli zbawienie dla tych co idą na śmierć"
Delaron zbudził się w swej komnacie, a przynajmniej tak mu się zdawało. Przy jego łożu leżał jego miecz, Daliar, którym to tak wiele żyć odebrał kilka dni temu. Chciał rozejrzeć się po komnacie, ale nie pozwalał mu na to dotkliwy ból. Rana od strzały już się zagoiła pozostawiając po sobie niewielką bliznę. Mimo to ból pozostał nie pozwalając rycerzowi wstać z łoża. Udało mu się jednak usiąść. Kiedy się rozejrzał, stwierdził, że to pomieszczenie nie jest jego komnatom. Był w zupełnie nieznanym przez siebie miejscu. Postanowił, że przestanie zawracać sobie tym głowę i spróbuje przypomnieć sobie wydarzenia minionych dni. Nagle przypomniał sobie bitwę i zaczął myśleć o tym co się stało. Zastanawiał się przede wszystkim co z jego przyjaciółmi. Po chwili jednak odrzwia komnaty otwarły się i do pomieszczenie weszło trzech mężczyzn. Jednego z nich Delaron rozpoznał od razu, był to bowiem Aldarian. Natychmiast jednak zaczął myśleć o Moltarze i jego poświęceniu. Zapytał przyjaciela co z nim, nie zwracając początkowo uwagi na pozostałych mężów. To co usłyszał sprawiło mu większy ból niż jakakolwiek rana. Moltar nie żył. Umarł jak bohater broniąc ze wszystkich sił zemdlonych przyjaciół, Aldariana i Delarona. Zginął od strzał wystrzelonych z Vaegarskich łuków. Rhodokowie nadeszli za późno by go także ocalić. Delaron rozpaczał, jednak o dziwo bardzo szybko przestał łkać i wyżalać się przyjacielowi. Był on bowiem już tak bardzo doświadczony przez życie, że zaczynał coraz mniejszą wagę przywiązywać to tego co było. Natychmiast po tym zwrócił oczy ku dwóm pozostałym mężom. W jednym rozpoznawał typowe Swadiańskie rysy twarzy. Miał on zielonkawe oczy, krótkie, czarne włosy i krótką brodę, która przyozdabiała wysmukła twarz. Wygląd drugiego mężczyzny zadziwił go jednak. Miał on długie, rude włosy i brodę, błękitne oczy, a jego twarz była niemalże cała usłana bliznami. Był on także dość niski, znacznie niższy od towarzysza. Delaron postanowił rozmówić się z przybyszami. Jak się potem okazało, to on był gościem, a nie tajemniczy mężczyźni. Znajdował się on bowiem w Suno, zaś Swadianin z którym rozmawiał był Ulfarnem Szlachetnym we własnej osobie. Delaron dowiedział się także, że ci Rhodokowie, którzy go ocalili byli zwiadowcami-ochotnikami wysłanymi przez lorda z rozkazem zbadania lasów.
Zaś drugim mężczyzną okazał się być sam Firdfold Vaegir Potężny, będący przywódcą rodu Vaegirów. Przybył do Suno by rozmówić się i poznać ulubieńca swego przyjaciela, lorda Garenholda. Do rozmowy miało dojść po tym, jak Delaron się przebudził. Delaron zgodził się na rozmówienie się ze szlachetnym gościem. Rozmawiali długo o tym w jaki sposób zaprowadzić w Calradii pokój. Firdfold miał plan. Polegał on na tym, by połączone siły Swadian i Veagirów, wspieranych przez potężnych Rhodoków i Nordów odbiły większość zagarniętych przez Vaegarów ziem i wzmocniły się. Później zaatakowali by oni osłabionych Vearagów i raz na zawsze zakończyli by tyranię Wielkich Wodzów, którzy nękali swój własny lud. Gdyby plan się powiódł w Calradii zapanował by pokój, który trwałby wiele lat. Delaron zdawał sobie sprawę z potęgi Vaegirów, za którymi poszłaby nawet połowa Vaegarskiej potęgi. Jednak Swadianie wciąż byli za słabi, a wyhodowanie nowych, potężnych koni zajęłoby wiele lat. Przywódca Vaegirów rozważył to i zaproponował zawarcie pokoju z Wielkim Stepowym Księciem Nizarem I, który w tym czasie władał całym Południowym Stepem. Armia jego Khergitów była cierniem w Sandariańskich i Vaegarskich plecach od wielu lat. Delaron był całkowicie za takim planem, nie tylko dlatego, że miał spore szanse powodzenia, ale także dlatego, że z pomocą Nizara bez problemu odszukałby rodziców. Był jednak jeszcze jeden problem, a mianowicie kto będzie sprawował rządy w zjednoczonej Calradii. Odpowiedź na to pytanie nie tylko zadziwiła, ale niemalże zaszokowała Delarona, ponieważ według Firdfolda to właśnie on, a później jego potomkowie mieli rządzić w zjednoczonym imperium. Delaron nie mógł w to uwierzyć. On, syn zwykłego rolnika miał zostać cesarzem i sprawować rządy w zjednoczonej Calradii. Nie chciał się na to zgodzić, ale dyskusję przerwało wkroczenie do komnaty młodej Rhodoczki, Alariany. Mówiła ona o ataku na jedną z pobliskich wiosek i potrzebie natychmiastowej pomocy bezbronnej ludności. Delaron nie zważał jednak na słowa wojowniczki, gdyż jej uroda była tak wielka, że nie był w stanie powiedzieć ani słowa. Gdy został zapytany przez Aldariana, czy może walczyć, nic nie powiedział, tylko od razu powstał z łoża nie zważając na ból i pochwycił swój wierny miecz Daliar. Gdy wstał natychmiast wyruszył do zbrojowni, ciągle myśląc o dziewczynie, która widział przed chwilą. Gdy tylko założył pancerz ruszył po swego konia, Kardasa. Kiedy tylko go dosiadł skierował się na plac przed zamkiem szykując tę część swego oddziału, która nie zgięła do wymarszu. Obok niego stali Aldarian i Ulfarn. Po chwili wszyscy byli gotowi do wyruszenia na pomoc mieszkańcom pobliskiej wioski...
CDN
-
Dyktatura Vaegirów, spisek i przewrót "pałacowy", hmmm ciekawe, myślę że do tamych bitew dzieli nas jeszcze parę obiecanych rozdziałów o kulturze i pochodzeniu rodów.
Już czuję, że wątek miłosny będzie tutaj dotyczył przyszłego cesarza i naszą Alrianę, bądź ten atek, będzie niejasny, może Aldarian...
Może jeszcze dokładny opis rozpadu, odłamu rodu Vaegirów z Firdfoldem na czele od ich ówczesnego państwa.
Dziękuję za kolejną pociechę.
-
Nom,nom,nom ogólnie fajnie czekam na następne xD
-
Błagam Cię jeżeli nie masz zamiaru wnieść czegoś konstruktywnego, a tylko okazać podziw, być może podziel się tym na priv.
A ja ponawiam apel, mam nadzieję że teraz pominiemy trochę współczesne wydarzenia, aby oddać się lekturze tej obiecanej i jakże zaskakującej hisotrii rodów!
Jest już przewidziany termin następnego rodziału?
-
Nowy rozdział pojawi się w niedzielę lub poniedziałek. Będzie on dotyczył obiecanej historii rodów (parę dodatkowych szczegółów o Swadianach i dość obszerne informacje o Vaegirach i powodzie ich buntu, i spisku przeciwko rodakom), a także pojawi się w nim dalsza
część losów Delarona no i wyjaśniona zostanie (przynajmniej częściowo) sprawa Alariany. Oprócz tego pojawią się informacje o potomstwie Galernholda Swadianina, a także los mieszkańców zaatakowanej wioski. Rozdział, który pojawi się tak jak już mówiłem w niedzielę i w poniedziałek (po namyśle podczas pisania tego posta postanowiłem, że będzie on dwuczęściowy, jedna część będzie o rodach, a druga o dalszych losach bohaterów) będzie ostatnim rozdziałem (i prawdopodobnie największym) części drugiej. Część trzecia zaś będzie poświęcona temu, czego jak na opowieść o wojnie brakowało, mowa oczywiście o dokładnym opisie trzech ostatnich bitew przed zjednoczeniem. Oczywiście w ostatnich rozdziałach opowieści nie będę pisał tylko o walkach. Pojawi się parę zwrotów akcji, kilku bohaterów zginie, kilku przeżyje i zwycięży w chwale, nie zabraknie oczywiście zdr... ehh i bym się wygadał. Ogólnie w ostatnich trzech rozdziałach planuję wprowadzić bardzo dynamiczną akcję zmiksowaną z opisami. Jak mi pójdzie ocenicie Wy. A skoro o tym mowa to proszę o pisanie obszerniejszych postów, gdyż jest to moja pierwsza opowieść i chciałbym wiedzieć co robię wg. Was źle, a co dobrze, aby uniknąć tych błędów i pomyłek w kolejnej opowieści. Bardzo cieszy mnie fakt, że podoba się Wam to co piszę i od razu powiadamiam, że na tym się nie skończy. Kolejna opowieść dotyczyć będzie historii zjednoczonej Calradii, w której nie zabraknie miejsca dla historii wolnego miasta Zendar. Aha co do opisu frakcji występujących w opowieści to tak jak pisałem pojawi się on na koniec "Opowieści o Delaronie" jako swoisty dodatek. Będzie on dość obszerny. A no i jak zwykle zapomniałem o czymś. Mianowicie przed rozpoczęciem historii cesarstwa mam zamiar napisać trzy krótkie opowieści o pozostałych plemionach. Będą one składały się z góra pięciu rozdziałów i opowiadały o władcach poszczególnych państw. Na razie to tyle mam nadzieję, że te informacje pomogą wam (nie :)) wytrwać do następnego rozdziału i nie tylko.
-
Ok
Żartuję :)
Ja już chyba wszystkie za i przeciw wygłosiłem o paru nowych zapewne dowiesz się w niedzielę i poniedziałek :)
Rozumiem, osobna "książka" będzie o kulturze i wspomnianych rodach, ale informacje niezbędne do zrozumienia tekstu zamieści, oczywiście lepiej jeżeli już uchylisz rąbka tajemnicy, aby dokończyć, ale również czekam na "dodatek" do książki.
-
[...]będzie o [...]wspomnianych rodach[...]
Co do tych rodów. Fajnie by było gdybyś wypisał inne mniej i bardziej ważne rody Sandariańskie, Vaegarskie (oprócz Swadian i Vaegirów) i ukazał też rody/klany Rhodoków, Nordów i Khergitów.
-
Ja też jestem za tym aby skupić się na innych rodach, nie szczególnie pomniejszch, ale najważniejsze dla każdego z państw/ugrupowań.
-
Skąd to bierzesz?
-
Z głowy.
Świat M&B i dużo wyobraźni.
-
Dokładnie tak jak napisał rybopiotr. Świat M&B nie posiada żadnej historii czy legend i tylko czeka aż ktoś je stworzy.
A teraz do rzeczy. A więc tak, na waszą prośbę postanowiłem zastopować na chwilę opowieść i napisać obiecaną historię rodów. Oprócz tego opiszę skrótowo historię plemion znanych z opowieści.
Sandarianie
Postanowiłem zacząć od nich, gdyż to oni byli największą potęgą w Calradii, przynajmniej do przybycia Vaeragów.
Ich pierwotna nazwa to Calradianie, zmieniła się ona jednak po tym, gdy Sandarianie odkryli, że nie są jedyną zorganizowaną społecznością w Calradii. W języku calradiańskim ich nazwa oznacza " Dumny Naród". Odnosi się ona bezpośrednio do charakteru ludu, a w szczególności jego władców. Wielcy Wodzowie, gdyż taki właśnie tytuł oni nosili, byli najczęściej dowódcami armii, władzę nad ludem zostawiając swoim pomocnikom i doradcą. Władzę w plemieniu od samego początku sprawował ród Aldbardów. Najsłynniejszym z Wielkich Wodzów był Mordrach Wspaniały. Udało mu się bowiem odeprzeć nordycką "inwazję" przez co zasłynął raczej pod przydomkiem Zabójca Nordów. Mordował on ten lud bezlitośnie, zaznaczając przy tym, że tak powinno traktować się "barbarzyńców". Sandarianie posiadali niezwykle rozwiniętą technikę inżynieryjną i zbrojeniową. Ich miecze były kute z wzmacnianego żelaza i stanowiły podstawę ich uzbrojenia. Jako jedyni w Calradii stawiali kamienne mury i znali technikę wykonywania balist, straszliwych machin miotających wielkie pociski na bardzo duże odległości. Przez bardzo długi czas ich miasta i zamki uchodziły za nie do zdobycia, gdyż żadna z ówczesnych machin (oczywiście poza ich balistą) nie była w stanie zniszczyć kamiennego muru. Posiadali oni także umiejętność wykonywania bardzo rzadko wtedy spotykanych kolczug, które często pokrywali żelaznymi łuskami. Podstawę ich armii stanowiła zdyscyplinowana i doskonale wyszkolona piechota mieczników. Posiadali oni także całkiem niezłych łuczników. Pierwotnie nie posiadali oni umiejętności jeździectwa. Jedynym rodem, który posiadł tę zdolność byli Swadianie (z calradiańskiego - Jeźdźcy). Dzięki temu bardzo szybko zdobyli wielkie wpływy w państwie. Największym i najmądrzejszym z ich władców był Garenhold, który zginął podczas heroicznej obrony Praven. Do innych znamienitych Sandarian należą:
- Ardalon z Suno - zaprojektował i nadzorował budowę Sargoth, stolicy państwa, a także zaprojektował pierwszą balistę,
- Dardar Wojownik - z pochodzenia Rhodok, był jednym z doradców Wielkiego Wodza Partasa Chrobrego, wprowadził do armii Sandarian oddziały łuczników,
- Partas Chrobry - jako jedyny Wielki Wódz wygrał wojnę z Khergitami zajmując północną część Wielkiego Stepu,
- Eldarion z Praven - pierwszy przywódca Swadian, jako pierwszy z rodu nauczył się jeździć konno, po czym przekazał tę umiejętność rodakom,
- Kordaras Dzielny - obronił Północny Step podczas kontrofensywy Khergitów, wprowadził oddziały lekkiej kawalerii zwiadowców, był pierwszym, który nauczył się jeździć konno nie będąc Swadianinem, jego umiejętności były jednak znacznie mniejsze.
Vaegarzy
Lud ten przybył do Calradii z Geroi, zza gór. Pierwotnie prowadzili oni koczowniczy tryb życia. Rządził nim Wielki Książę. Nie ma zbyt wielu informacji na ich temat, jednak pewnym jest, że byli oni znakomitymi strzelcami, nie potrafili jeździć konno i byli znacznie gorzej rozwinięci pod względem wiedzy w porównaniu do Sandarian. Budowali oni niewielkie osady. Nie wznosili nigdy zamków i twierdz, gdyż nie było im to potrzebne. Nie posiadali zorganizowanej armii, a ich poszczególne rody posiadały własne siedziby i były niemalże całkowicie niezależne. Ich jedynym zadaniem było stawienie się z armią na wezwanie Księcia. Najznamienitszym z ich rodów byli Vaegirowie. Chcieli oni ujawnić się Sandarianom od samego początku, by zapobiec wojną i kłótnią, sprzeciwiał się jednak temu Wielki Książę, przez co zaraz po tym jak Sandarianie dowiedzieli się o obcych rozpoczęła się wojna. Najsłynniejszym Wielkim Księciem był Argdul Niszczyciel, który zniszczył Sandarian pod koniec Wielkiej Wojny. Innymi znamienitymi Vaegarami byli:
- Erdmar - nie posiadał on żadnego przydomka, zasłynął z skonstruowania łuku wojennego,
- Ahdbam Okrutny - w kartach historii zapisał się jako wielki okrutnik, zasłynął z zniszczenia państwa Khergitów i z dokonania rzezi na Sandarianach pod Sargoth,
- Durdan - wielki dowódca cieszący się renomą najwspanialszego wojownika Vaegarów, zginął w Wąwozie Śmierci zabity przez Delarona, który odciął mu głowę.
Nordowie
Historia Nordów tak samo jak i innych pomniejszych plemion jest dość krótka. Nordowie byli ludem zamieszkującym wyspę Nordland, słynącą ze znajdujących się tam bogactw naturalnych. Byli oni znakomitymi wojownikami. Potrafili budować okręty i pływać na nich. Prowadzili długą wojnę z Geroiczykami, którą przegrali. Musieli opuścić Nordland. Zamieszkali na północy Calradii przy brzegu morza. Rządzili nimi Jarlowie. Najsłynniejszym z nich był Jarl Grundar Nieśmiertelny, który słynął z tego, że potrafił gołymi rękami zgnieść krowią czaszkę. Oprócz tego był niezwykle mądry. Tak samo jak jogo bracia potrafił pisać i czytać. Nordowie jako jedyni stworzyli spójne państwo. Nie było u nich podziału na rody.
Rhodokowie
Był to lud zamieszkujący lasy na południu Calradii. Byli pokojowo nastawieni i nie lubili się ujawniać. Byli niezwykle wojowniczym ludem, jednak ich uzbrojenie nie dawało im zbyt dużych szans w otwartych bitwach. Nienawidzili Vaeragów, którzy palili ich lasy. Byli koczownikami, którzy założyli jedno państwo dopiero po rozpadzie Cesarstwa.
Khergici
Byli najpotężniejszym z tak zwanych "małych plemion". Doskonale jeździli konno. Byli wspaniałymi łucznikami. Rządził nimi Stepowy Książę. Najsłynniejszym z nich był Nizar I, który zawarł pokój ze Swadianami i pomógł im w zjednoczeniu Calradii. Khergici byli koczownikami. Ich jedyną stałą osadą była ich stolica, Narra. Nosili lekkie pancerze. Zajmowali się wytwarzaniem przypraw, ceramiki i łuków refleksyjnych. Po rozpadzie Cesarstwa przez długi czas nie stworzyli jednego państwa, zaś wielu z nich zaczęło mordować i kraść, przyjmując nazwę Czarnych Khergitów.
-
Widać:-) kiedy następna część?
edit: Nie obraź się ale jak veagirowie mogli nie umieć jeździć konno jak są najlepszymi jeźdźcami w calradi. I jak to możliwe że swadianie mogli mieć łuczników jak zawsze mieli będą mieli kuszników.
Edytuj posty zamiast pisać jeden pod drugim. //Daedalus
-
Co do Pana Lod'a Dawo - człowieku, nie wiesz co to jest polot i wyobraźnia? Jak się dowiesz to przeczytaj swój post, po drugie nie multipostuj :)
No Kargul, gratuluję
Począwszy od ich dokonań, poprzez specjalności, do swoich codziennych rzemiósł dotarłeś do najbardziej zasłużonych, cóż czyli teraz pora na wielką zemstę Delarona i wątki miłosne, zarówno jaki i te o zdr... ogłem rzecz biorąc - śliczne, tylko mam jedno pytanko.
Skoro Vaegarzy palili lasy Rhodoków, a pochodzili oni zza gór to musiały one się znajdować na południu, gdyż w tamtych rejonach mieszkali Rhodokowie, a skoro walczyli oni z Nordami (?) którzy z Nordlandu przenieśli się na północ Carladii (więc chyba mieli tam najbliżej, być może tu tkwi mój błąd w rozumowaniu), a prowadzili oni działania wojenne przeciwko Vaegirom...
-
Z Rhodokami wojnę Vaeragowie zaczęli zaraz po zniszczeniu Sandarian, co widać w rozdziale drugim podczas bitwy pod Praven w której Rhodokowie walczyli u boku Swadian. Vaeragowie zdobyli zdolności jeździeckie od Khergitów i po rozpadzie Cesarstwa przyjęli bardzo dużo z ich kultury. Nie byli jeźdźcami od początku, gdyż miejsce, w którym mieszkali nie pozwalało im na to (mieszkali w górach). Przybyli zza gór na północy. Do Rhodoków dotarli w czasie, kiedy Delaron był w niewoli. Podczas rozmowy bandytów, którzy go pojmali został poruszony temat wymarszu wielkiej Vaegarskiej armii. W bardzo krótkim czasie dotarli na południe Calradii paląc i mordując, przez co szybko stali się najbardziej znienawidzonym wrogiem Rhodoków. Nordowie przybyli z Nordlandu, Wyspy znajdującej się daleko na północy. Była ona wiecznie skuta lodem, więc nie można było tam uprawiać roślin. Dlatego też Nordowie byli doskonałymi myśliwymi i rybakami. Do Calradii przybyli zaraz po przegraniu wojny o rodzimą wyspę z Geroiczykami, mieszkającymi tak samo jak Vaegarzy za górami. W przeciwieństwie do nich Geroiczycy stworzyli doskonałą ekonomię i osiedlali się w dolinach i kotlinach, które nie były nigdy nawiedzane przez opady śniegu. Ich ziemia była jednak uboga w surowce naturalne, dlatego rozpoczęli wielką wojnę z Nordami by zająć ich wyspę. Nordowie do Calradii dotarli na długo przed tymi wydarzeniami. Znani byli jako Najeźdźcy z Północy.
Do Lorda Dawo. Nie wiem czy czytałeś całe opowiadanie od samego początku, ale w każdym bądź razie przypomnę każdemu, który tego nie zrobił, że wydarzenia z opowieści mają miejsce 300-400 lat przed wydarzeniami z gry. Przez taki okres czasu bardzo dużo się zmienia, więc nie ma żadnego dowodu na to, że Vaegirzy posiadali umiejętności jeździeckie w tamtym okresie czasu. To tylko moje domysły wysnute na podstawie informacji, że Vaegirowie przybyli zza gór. Dlatego bardzo prawdopodobne, że nie potrafili jeździć konno, a konie pierwszy raz zobaczyli dopiero po przybyciu do Calradii. No ale zostawmy to.
A więc tak mam złe i gorsze wieści. Złe są takie, że dziś nie ukaże się nowy rozdział, a gorsze są takie, że zachorowałem na anginę i nie wiem kiedy gorączka (39 stopni) spadnie mi wystarczająco bym był w stanie napisać/wymyślić cokolwiek nowego. Do tego ostatnio bawię się trochę edytorami i planuję zrobić minimoda. Dobre wieści są takie, że rozdział nowy pojawi się na pewno w tym tygodniu, a moja zabawa w modowanie w żaden sposób nie zakłóca mi pisania kolejnych rozdziałów. Dlatego też bardzo przepraszam, następny rozdział ukarze się natychmiast po tym jak poczuję się trochę lepiej.
-
Jak już to jestem lord dawo a twórzcie to tak żeby się trzymało kupy. Czytałem to od początku
-
Czyli Nordowie bitwę o Nordland przegrali wiele lat emu, to wszystko wyjaśnia - dziękuję.
Nie zrażaj się chorobą i spokojnie, nie śpiesząc się wymyśl cos naprawę dobrego, warto aby było dobre, niż szybko lecz beznadziejnie. Dziękuję za obszerną i nie pozostawiającą niedomówień odpowiedź.
P.S Kargul, dobrze napisał twój nick (bądź status społeczny ...) i jak już prosiłem nie spamuj postami, które nic nie znaczą, drobnostkami, lepiej załatwić to kameralniej :)
-
Liczę, że w opowieści znajdzie się jakiś wątek wojen Swadian z Rhodokami. Nie pamiętam już kto, ale jakiś NPC wspominał, że
[...]gdy Rhodocy po raz pierwszy zbuntowali się Swadianom[...]
-
Śledzę ten wątek od dłuższego czasu i uważam, że piszesz lepiej niz niektórzy co juz zamieszczali tu swoje prace. Mam nadzieje, ze wena ciebie nie opuści i czekam na wiecej.....
Gacek3000 jak chcesz cos o powstaniu Rodoków to masz tu opowieść Trebrona : http://www.mountblade.info/forum/index.php?topic=5297.17
-
I jak tam? Wena cię nie opuszcza?
-
Witam Wszystkich i życzę wam wesołych świąt! Wena mnie nie opuściła, za to choroba wprost przeciwnie. Natłok nowych pomysłów pomieszany z pierwszymi wrażeniami z gry (wspaniałymi) w multi warbanda przyprawił mnie o ból głowy. Na początek mam zamiar wyjaśnić kilka naprawdę drobnych szczegółów. Zacznijmy może od eliksirów leczniczych. Sama nazwa wskazuje na to, że działają jak miksturki w Gothic-u czy innych grach c-rpg. Jest wprost przeciwnie te miksturki, a raczej wywary z najróżniejszych ziół działają trochę jak mieszanina (tak sobie to wyobrażam) podrasowanego powerade-a ze snikersem xxl i innymi takimi "mini dopalaczami". Taki wywar ma za zadanie łagodzić ból i delikatnie mówiąc dać porządnego kopa. Dlatego też Moltar tak szybko wrócił do walki (w której i tak zginął) zaraz po odniesieniu ciężkich ran. No dobra to jak ta kwestia została wyjaśniona to trzeba brać się do roboty i pisać ale... jest jedno ale. Z czystym sumieniem możecie stwierdzić, że jestem upierdliwy, bo nowy rozdział pojawi się dopiero wieczorem. Ot taki mały prezent pod choinkę. A tak na poważnie to po prostu nie mam teraz za bardzo czasu i muszę brać antybiotyk (1000mg mi walnęli!!!).
Jeszcze raz życzę wam wszystkim wesołych świąt i liczę na to, że nie rozerwiecie mnie na strzępy.
-
Również życzę wesołych świąt, smacznej wieczerzy, spędzonej w miłej atmosferze i z wieloma prezentami.
A co do twojej zapowiedzi: to o czym napisałeś to niezbyt istotny szczegół, można już się skłonić do narkotyków, pamiętam, że nie były to jakieś nowości w średniowieczu, być może za wcześnie mimo wszystko, ja jednak wolałbym się dowiedzieć co dalej z Cesarstwem
-
Dopalacze to przecież w wczesnym średniowieczu były.
Tacy "berserkerzy" zjedli parę grzybków ziół czy innego "dopalacza" i nie czuli bólu.
trzeba pamiętać że opium jest jednym z najmocniejszych środków znieczulających.
Marycha nie, bo po tym to zero agresji, to by było prędzej do "wizji".
-
Tak więc przybyłem do Was wreszcie z nowym rozdziałem. Życzę miłego czytania.
Opowieść o Delaronie
Część II
Rozdział III "Wojna nie jest przerwą pokoju, to pokój jest przerwą wojny"
Delaron wraz z towarzyszami wyruszył na odsiecz atakowanej wiosce. Miał u swego boku swych najlepszych wojowników. Ujeżdżali oni potężne, wielkie, niezwykle mężne, swadiańskie konie. W ręku trzymali długie włócznie, u pasa miecze. Na głowach nosili piękne, żelazne hełmy przyozdobione czystym złotem. Korpusy ich chroniły doskonałej jakości swadiańskie kolczugi wykonane w najlepszej kuźni w Praven specjalnie dla nich. Wzmacniane one były niewielkimi, lśniącymi w słońcu łuskami. Na plecach nosili niedźwiedzie i dzicze skóry. Ich wzrok był skierowany ku dowódcy. Byli oni elitą kawalerii, dumą swego rodu. Wywodzili się z pomniejszych rodzin swadiańskich. Od wczesnego dzieciństwa nauczano ich, jak ważną w rodzie funkcję pełni kawaleria. Tłumaczono im, że jak dorosną, to oni będą najlepsi, niepokonani, niezwyciężeni. Budzono w nich ducha walki. Już we wczesnej młodości ćwiczyli jazdę konną i walkę mieczem i lancą. Śmiali się z pieniądza i z ludzi, dla których był on najważniejszy. Dla nich najważniejsze były ich ród, koń, lanca, miecz i duma. Nigdy się nie kłócili, zawszę posłuszni dowódcy szli do walki nawet z liczniejszym przeciwnikiem. Zwali się Ranterthion. Ich zadaniem było chronić głowę rodu. Podczas bitwy pod Praven chronili córkę lorda Garenholda. Teraz na ich czele stał Delaron. Dumny, silny, i jak zawsze mężny, u pasa miał swój wierny, wspaniały miecz, Daliar, w ręku lancę. Jechał na swym wiernym rumaku, Kardasie. Na plecach miał skórę górskiego niedźwiedzia, bestii, którą kiedyś zabił by stać się mężczyzną. Zdał test i teraz zrozumiał, że nie zmieni przeszłości, a musi walczyć o swą przyszłość.
U jego boku jechał Aldarian i piękna Arianda. Delaron podczas wyprawy rozmawiał z nią bardzo długo. Gdy na jej palcu zobaczył pierścień zaręczynowy od razu zapytał o niego. Znał symbol, który na nim widniał. Był to symbol Aldariana. I wtedy Delaron wszystko zrozumiał. Miłość była sekretem Aldariana, skrywanym przez niego nawet przed Delaronem. Kiedy skończył rozmowę z dziewczyną chciał zamienić słówko z zawstydzonym przyjacielem, ale wnet przybyło troje jeźdźców. Dwoje nosiło kaptury, a ten, który im przewodził miał rysy twarzy Khergity. Jak się okazało był to wysłannik Nizara I. Delaron nie chciał usłyszeć niczego więcej. Ci ludzie to byli jego rodzice. Rozradowany niczym dziecko Delaron zszedł z konia tak jak zrobili to jego krewni i rzucił im się w ramiona. Zdziwił go jednak ubiór rodziców, a raczej ojca, gdyż matka nosiła zwykłe, khergickie szaty. Jak się okazało, ojciec wiedziało napaści na wioskę, i chciał za wszelką cenę wyruszyć wraz z synem. Delaron szanował ojca i nie miał zamiaru mu się sprzeciwiać, mimo iż od jego ostatniego "polowania" u boku lorda Garenholda minęło już niemal dwanaście lat.
Po chwili oddział gotów był do dalszej drogi. Wszyscy wyruszyli coraz bardziej zbliżając się do celu podróży. Jechali przez gęsty las pełny najróżniejszej zwierzyny. Kiedy dotarli na miejsce ujrzeli coś, czego się nie spodziewali. Wioska była otoczona ostro zakończonymi palami powbijanymi w ziemię, uniemożliwiającymi szarżę kawalerii. Mieszkańcy stali w centrum otoczeni przez niewielką grupę Vaegarów. Najwięcej przeciwników stało wokoło młyna. Można było usłyszeć z niego wrzaski. Pośród nich słychać było wyzywający głos kobiety. Kolejni wrogowie wchodzili do młyna znikając w budynku i po chwili pojawiając się w najmniej oczekiwany sposób, bowiem wypadali, a raczej ich zwłoki wypadały przez okno prosto do wody niedaleko koła wodnego. Biorąc pod uwagę stertę ciał przy brzegu rzeki można było stwierdzić, że kobieta w budynku co najmniej udawała niedostępną dla tych barbarzyńców.
Delaron postanowił zainterweniować, potrzebował jednak do tego Rhodoków, gdyż nawet mężni Rantenthion nie dali by rady takiej zgrai przeciwników, i to w dodatku pieszo. Z pomocą przybyła Arianda ze swym rogiem wojennym. Na jego dźwięk z lasu wybiegły dziesiątki rhodockich wojów ruszających prosto na wroga. Delaron nie miał zamiaru czekać na to co będzie i ruszył pieszo wraz z towarzyszącym mu oddziałem prosto na wroga. Bardzo rzadko to wojska Delarona miały w ogóle jakąkolwiek przewagę, ale tym razem była ona tak wielka, że zakończyła się całkowitą rzezią przeciwników i stratą zaledwie pięciu mężnych Rhodoków. Delaron natychmiast ruszył w stronę młyna. Kiedy otworzył drzwi rzuciła się na niego młoda dziewczyna, młodsza od niego o kilka lat. W ręku trzymała ostry miecz, który bez problemu wbiła w kolczugę, a także w bok wojownika. Delaron z jękiem zgiął się z bólu, a dziewczyna, gdy tylko rozpoznała swadiański ekwipunek poczęła błagać o wybaczenie. Domysły Delarona były prawdziwe. Był tego pewien, szczególnie po tym jak dziewczyna szybkim, dość niezdarnym i nieostrożnym ruchem wyrwała miecz z jego boku zadając mu kilkakrotnie większy ból niż przy jego wbijaniu. Była to Losiren, córka lorda Garenholda, młodzieńcza miłość Delarona, z którą musiał się rozstać dwa dni przed testem męskości. Więcej jej nie zobaczył, aż do teraz. Nie myślał jednak o niej. Nie myślało niczym. Leżał bowiem na ziemi zwijając się z bólu i powoli tracąc świadomość tego co się dzieje...
CDN
-
Wszystko zaczyna się wyjaśniać i wszystko idzie po myśli bohaterów :)
Trochę w pierwszej części raziła mnie przewaga słów: dumny, niezwyciężony itd. Wiesz o co chodzi ale to szczegół :)
Ten Delaron to ma pecha :) Ciągle obrywa, ale cóż tak to jest być walczącym cesarzem.
Dziękuję za pociechę w te święta i najlepszego!
-
Dzięki za komentarz. Rozumiem, że trochę przesadziłem ze słowami, które wymieniłeś i muszę się z tym zgodzić. Chodziło mi o to, by jak najlepiej oddać siłę i wyjątkowość gwardii przybocznej Delarona. Odegrają oni wielką rolę w przyszłych wielkich bitwach. Aha nie chcę niczego zdradzać, ale kolejne rozdziały będą dzieliły się na kilka części. Będą opisywać one prawdziwą Wielką Wojnę, a tak na prawdę to trzy jej największe bitwy. Mam zamiar podzielić je na kilka części każdy. Np. najnowszy będzie wyglądał mniej więcej tak: 1. dalsze losy Delarona i wyjaśnienia, przedstawienie planu bitwy, walczących stron i co najważniejsze dokładny opis dowódców i największych wojowników. 2. Droga na przyszłe pole bitwy, przygody, które się podczas niej wydarzyły, opis wojsk obu stron konfliktu, opis rozmieszczenia oddziałów i pola bitwy, 3. dokładny opis bitwy, pojedynków i starć, do których podczas niej dojdzie. Taki mniej więcej będzie schemat kolejnych trzech rozdziałów. Każdy będzie składał się z trzech podrozdziałów o formie podobnej do tej, którą przedstawiłem. Kolejny rozdział, a raczej jego pierwsza część już w poniedziałek, jeżeli wystarczy mi sił po powrocie z "wycieczki" do wujka do Kozienic. Jeżeli nie to ujrzycie kolejną część we wtorek. Jeszcze raz dzięki za komentarz, a co do pecha Delarona, to nie bój się, oberwie on jeszcze nie raz i to już w pierwszej bitwie. Otrzyma po niej przydomek "Mężna Pierś". Zdobycie go będzie dla niego co najmniej baaaardzo nieprzyjemne.
-
[...] Zdał test i teraz zrozumiał, że nie zmieni przyszłości, a musi walczyć o swą przyszłość.[...]
Rozdział bardzo mi się podobał, ale znalazłem chyba mały błąd w tym zdaniu.
-
Dzięki za komentarz, a ten błąd to zamiast "nie zmieni przyszłości" miało być "(...) przeszłości". Zaraz to poprawię dzięki za zwrócenie uwagi.
-
Ja prawdopodobnie w poniedziałek nie będę miał dostępu do internetu, (nocka u Dziadków :)).
Delaron Mężna Pierś, zdradziłeś kolejny smaczek, podsycasz ogień, oczekiwania są wielkie:
- opisy strategii i taktyk na nadchodzącą bitwę (na to czekam z niecierpliwością)
- same walki, pojedynki
- dalsze losy bohaterów i ich miłosne rozterki, wybacz ale tu już chyba wszysko jasne.
Pozdrawiam, pamiętaj... żadnej presji...
-
Mężna Pierś... hmm... podejrzewam, że Delaron zostanie trafiony z łuku w pierś lub osłoni kogoś przed ciosem... chociaż wszystko się może zdarzyć.
EDIT:
Fajnie by było zagrać w moda z fabuła i itemami z tej opowieści...
-
Witam Wszystkich po raz kolejny. Jak obiecywałem dziś ukarze się pierwsza część rozdziału pierwszego części trzeciej. Co do moda na temat opowieści to no cóż... może jednak będę miał jakieś zajęcie na wakacje :).
Opowieść o Delaronie
Cz.III "Wojna !!!"
Rozdz.I "Bitwa pod twierdzą Dhorak"
Cz.I "Plan"
Delaron odzyskał świadomość. Kiedy się zbudził, zauważył, że znajduje się w namiocie, najwyraźniej rhodockim. Rana zadana przez Losiren już się zagoiła. Zdziwiło to wojownika, gdyż była ona bardzo głęboka. Stało się tak dzięki doskonałym rhodockim uzdrowicielom, którzy za pomocą ziół i wywarów znacznie przyspieszyli gojenie się rany i nie dopuścili do zakażenia. Delaron ubrał się po czym wyszedł na zewnątrz. Jak się okazało znajdował się w ogromnym obozie w środku lasu. Pomiędzy drzewami stały liczne namioty, a w centrum obozowiska znajdowało się coś, co bardzo przypominało targowisko. Delaron zaczął zwiedzać osadę, ale już po chwili przybył do niego Aldarian mówiąc, że musi stawić się na Radę Dwunastu. Jak się okazało była to rada założona przez lorda Garenholda już dość dawno, jeszcze przed wielką inwazją vaeragów. Rada składała się z dwunastu największych dowódców Calradii, trzech Swadian, trzech Vaegirów, dwóch Rhodoków, trzech Nordów i jednego Khergity. Delaron miał być jako przyszły cesarz Trzynastym. To on miał mieć decydujący głos w radzie. Aldarian zaprowadził Delarona na miejsce. Siedzibą Rady był wielki, pięknie przyozdobiony namiot. Wystrój wnętrza zadziwił Delarona. Na środku pomieszczenia stał okazały, przyozdobiony rzeźbionymi głowami zwierząt stół. Wokół niego stało dwanaście krzeseł, zaś na podeście przy krawędzi stołu stał drewniany, pięknie ozdobiony tron. Przed każdym krzesłem stała figura wojownika symbolizująca pochodzenie siedzącego przy niej dowódcy. Swadian symbolizował jeździec z lancą w jednej i z mieczem w drugiej ręce. Vaegirów przedstawiał wojownik z przepięknym łukiem i kołczanem strzał. Przed Nordami stały figury rosłych mężczyzn z oburęcznymi toporami w dłoniach. Rhodoków przedstawiono jako wojowników z dzidą w jednej i z toporkiem w drugiej ręce i ze skórą niedźwiedzia na plecach. Khergici przedstawieni zostali jako Jeźdźcy z łukami i strzałami w dłoniach. Wszystkie figury i meble wykonane były z drewna pozyskanego z powalonych przez żywioły drzew. Jedna figura była niezwykła, była bowiem większa od innych. Przedstawiała ona wojownika w pięknej zbroi i z mieczem, i tarczą w rękach. Ona jedna wykonana była z czystego srebra. Jej głowę zwieńczała wspaniała złota korona. Była to figura Wielkiego Cesarza, stojąca przed tronem, na którym zasiąść miał Delaron.
Kiedy wszyscy usiedli Aldarian zapoznał Delarona z jeszcze nieznanymi mu dowódcami.
Pierwszym był Nizar I. był to niewysoki mężczyzna o krótkich włosach z tyłu uformowanych w krótki kucyk. Był umięśniony i widać było po nim, że nie jedną bitwę wygrał i nie jednego człowieka zabił. Miał skośne, małe oczy o zielonkawym odcieniu. Jako drugiego Delaron poznał Gurtanga Młota. Był on rosłym, niezwykle silnym Nordem. Miał jasne, krótkie włosy i krótką, niechlujnie przystrzyżoną brodę. Jego oczy były niebieskie, twarz dość nieforemna, "przyozdobiona" głęboką szramą biegnąca przez całą jej długość. Na jednym oku wojownik miał bielmo. Kolejny był Urdmor. Tak samo jak Gurtang był Nordem. Ich wygląd prawie się nie różnił. Jedyną różnicą było to, że Urdmor nie miał rany na twarzy i bielma na oku. Był też trochę niższy, bardziej krępy i miał dłuższe włosy. Kolejnym poznanym przez Delarona wojownikiem był Bardior Silny. Był to niski, krępy Rhodok. Jego długie kruczoczarne włosy i broda niemal dotykały ziemi. Na jego twarzy nie można było zauważyć jakichkolwiek uczuć. Miał brązowe, prawie się ze sobą stykające oczy. Przez środek twarzy biegła brązowa linia będąca symbolem ludu któremu przewodził. Następny był brat Bardiora, Kaldmor. Był jego zupełnym przeciwieństwem. Uśmiechnięty, wysoki, noszący krótką dokładnie przystrzyżoną brodę wydawał się nie nadawać ani na wojownika, ani na dyplomatę. Jak się okazało był najlepszym łowcą w plemieniu. Następny był brat bliźniak Firdfolda. Był niemal identyczny. Różnili się charakterem, bowiem Parmir był znacznie bardziej porywczy i wojowniczy. Kolejnym wojownikiem był Valgdorf. Był podobny z wyglądu do Kaldmora, jednak nie miał brody, a jego włosy miały kolor rudy. Tak samo jak Rhodok był doskonałym łucznikiem. Ostatnim z dowódców był Radoghir. Był umięśniony i wysoki. Miał krótkie, brązowe włosy, zielonkawe oczy i miłe, spokojne rysy twarzy. Nie miał brody. Wszystkich pozostałych Delaron znał osobiście, byli to Arianda, Aldarion, Galdhorn, Firdfold i Ulfarn. Kiedy Delaron poznał już wszystkich rozpoczęła się dyskusja.
Jej tematem było to, w jaki sposób zabić Grunda Żelazną Pięść i jego armię stacjonującą w Khudan. Delaron wysłuchał propozycji dowódców, jednak żadna z nich nie dawała wystarczających szans na powodzenie. Wtem Delaron wpadł na pomysł, który od razu przedstawił pozostałym. Uważał, że powinni wykorzystać pomoc niedobitków sandariańskich. Było ich prawie dziesięć tysięcy, z czego prawie połowa miała swoje obozy niedaleko Khudan. Od dawna otrzymywali oni zapasy w zamian za nękanie wroga. Delaron uważał, że gdyby wysłać niewielki oddział sandarian, który miałby sprowokować atak, można by sprowadzić wrogów nawet pod Twierdzę Dhorak, blisko której stacjonowało około dwudziestu tysięcy żołnierzy buntowników. Vaegarzy byli nieustępliwi w pościgach, a także łatwo było ich urazić i sprowokować atak. Szczególnie ich dowódcy byli porywczy. Vaegarzy mogli gonić nawet nielicznego wroga przez wiele dni, przez co bardzo łatwo byłoby sprowadzić ich w pobliże Twierdzy, na równinę otoczoną niewielkimi wzgórzami. Aby Sandarianie nie polegli dogonieni przez znacznie wytrzymalszego wroga, dostawaliby regularnie zapasy, i byliby wspomagani przez niewielki oddział Khergitów, który spowalniałby wroga. Pomysł miał wielkie szanse na powodzenie i po krótkiej dyskusji został zaakceptowany. Dowódcy zaczęli obmyślać taktykę nadchodzącej bitwy. Najpierw jednak zastanowili się ile wojsk są w stanie wystawić podczas wojny. Swadianie razem z Delaronem mogli wystawić do walki osiem tysięcy piechurów, siedem tysięcy konnych i trzy tysiące łuczników. Nordowie mogli przygotować siedem tysięcy doskonałych piechurów i drugie tyle dobrych łuczników. Khergici byli w stanie wystawić pięć tysięcy lansjerów, i dwa tysiące konnych łuczników, a Vaegirowie mogli przygotować do walki dziesięć tysięcy łuczników i drugie tyle piechurów. Rhodokowie zaś mogli wystawić dwanaście tysięcy swych mężnych wojowników. Delaron dowodził najpotężniejszą armią w Calradii, potężniejszą nawet od Vaegarskiej. Była ona jednak mniej liczna niż wroga. Dowódcy mogli wystawić pod Twierdzę Dhorak zaledwie dwadzieścia tysięcy wojska, nie licząc sześciuset Ranterthion i około sześciu tysięcy Sandarian-mieczników. Rada spodziewała się, że Vaegarzy rozstawią swe siły na wzgórzach by obronić je przed kawalerią, na przedzie ustawiając łuczników. Gdyby tak zrobili to Unia Zjednoczonych Plemion (tak zwał się ich sojusz) mogłaby wygrać bez problemu. Zmęczeni wrogowie dodatkowo osłabieni przez Khergitów byliby zdani na łaskę łuczników Unii, zaś ich strzelcy byliby zbyt słabi by stanowić zbyt poważne zagrożenie. W ten sposób oddziały włóczników byłyby w rozsypce, co umożliwiłoby szarżę ustawionych na tyłach wroga Ranterthion z Delaronem na czele. Oszołomieni wrogowie zbiegliby ze wzgórza, przez co naraziliby się na atak pozostałych dwóch tysięcy kawalerzystów. Bitwa byłaby wygrana, a Grund martwy. Znając porywczość jego, i jego ludzi plan miał ogromne szanse powodzenia. Był jednak jeden problem. Delaron mógł prześlizgnąć się tylko ze swą gwardią. Dlatego możliwym było, że wrogowie nie zaczęliby uciekać i Delaron niechybnie by zginął. Problem rozwiązali Nordowie. Ich szarżą byłaby druzgocąca w skutkach dla wroga, przez co oszołomiony wróg zacząłby na pewno uciekać na widok kawalerii spychającej go w stronę wroga. Dodatkowo sam udział Delarona miał wielkie znaczenie, gdyż wieść o zabiciu przez niego Durdana i zdziesiątkowania oddziałów Vaegarskich rozeszła się po całej Calradii błyskawicznie. Rozpoczęły się przygotowania do bitwy...
CDN
-
No no no wszystko przeczytałem i bardzo mi się twoje wypracowania podobają !
Oby cię wena twórcza nie opuściła.
Może kiedyś zostaniesz pisarzem ;pp tego ci życzę.
Pozdrawiam
-
Nie chcę psuć nic z tego co napisałeś.
Świetnie, monumentalna bitwa zbliża się... poznaliśmy największych taktyków, strategów i wojowników Calradii, a niektórzy mieli opisane swoje specjalności, czekam na opis bitwy, fragmenty w których to wspomnisz przykładowo Valgdorf'a który swoimi strzałami kładzie wrogów wokół, bardzo ładnie opisałeś taktykę nadchodzącej bitwy, ale nieco zbyt mało uwzględniłeś Vaegirów, ich decyzje, pod wpływem takiego zagrożenia daliby się tak zmanipulować? Nie twierdzę, że to irracjonalne, być może Vaegirzy zawierzają swoje bitwy ich Bogom? Liczą w siłę oręża nie umysłu? Z niecierpliwością czekam na przebieg bitew!
Pozdrawiam.
-
Vaegarzy są dziwnym plemieniem, gdyż nie patrzą na to co irracjonalne, a co nie. Ich największą siłą jest ich liczba i Strażnicy (elita łuczników, których posiadają niemal dziesięć tysięcy), a także doskonała piechota wojowników uzbrojonych w berdysze i chronionych przez zbroje łuskowe. Ogólnie Vaegarzy posiadają ok. cztery razy tyle wojska co Unia (czyli całkiem sporo, a z tego ponad połowa to łucznicy). Oprócz tego są niezwykle wrażliwi na obelgi, szczególnie źle reagują na nie dowódcy, którzy od razu stają się porywczy i prowadzeni żądzą zemsty (przynajmniej niektórzy). W dodatku Vaegarzy to politeiści. Czczą trzy bóstwa :
- Maldir - bóg wojny, któremu składają ofiary przed i w trakcie wojny, wierząc, że im obfitsze będą tym większe zyski i mniejsze straty poniosą w wojnie, często ich delikatnie mówiąc "fanatyczni" wodzowie składają nawet ofiary z kilku jeńców, by ubłagać bóstwo,
- Waldir - bóg zwycięstwa, Vaegarzy wierzą, że im obfitsze będą ofiary dla niego, tym większa szansa na zwycięstwo i mniejsza na porażkę,
- Zaldir - bóg przegranej bitwy, Vaegarzy składają mu ofiary i modły w nadziei, że nie pomoże ich wrogom w zwycięstwie.
Oprócz tego Vaegarzy wierzą, że Waldir i Zaldir ciągle ze sobą walczą i są bardzo zazdrośni o ofiary tego drugiego. Wierzą, że jeżeli któreś z bóstw otrzyma choćby trochę większą ofiarę, od razu narazi się na zazdrość drugiego, która przerodzi się szybko w walkę.
Dlatego też zawsze składają im obu równe, niezbyt duże ofiary, najwięcej oddając Maldirowi, który jest bezstronny. Vaegarzy wierzą, że on zasługuje na najwięcej, ponieważ od niego zależą losy całej wojny, a nie tylko jednej bitwy.
Dodatkowo Vaegarzy wierzą w czwarte bóstwo, nie związane bezpośrednio z wojną. Jest to Uldir, bóstwo śmierci i zarazy. Vaegarzy wierzą, że ubłagać go mogą jedynie Uldarowie, trędowaci kapłani. Są to pustelnicy z różnych regionów Calradii i gór Geroi przyprowadzeni na ziemię Vaegarów by składać modły do Uldira. Vaegarzy wierzą, że trędowaci to jego wybrańcy, którzy w zamian za swoją ofiarę (pokrycie swego ciała zarazą) otrzymują w darze możliwość przepowiadania chorób, zaraz, epidemii itp.
-
Ostatni akapit... pomysłowy! Sienkiewicz się nie umywa :)
Dziękuję po stokroć! To się nazywa porządny opis kultury! Czyli już rozumiem, że napewno Vaegirzy będą straceni...
Czekam na bitwę, nie zakłócam więcej spokoju, pisz w najlepsze!
-
Całkiem fajnie się to opowiadanko rozwija. Wiesz, co ci podpowiem? W regularnych opowiadaniach/powieściach, które nie chcą wyłamywać się z kanonu, nie używamy nawiasów - do przypomnienia czegoś lepiej już użyć gwiazdki * lub stworzyć nawias za pomocą meandr naszego języka. Nie powinno używać się także liczb arabskich, piszemy je słownie! żadnych "1, 2-óch" itp - NIGDY w żadnym opowiadaniu. Lepiej napisać "jeden, dwóch". Nie używaj też zbyt wiele "itd., itp.". Kolejność jest nieprzypadkowa. Ogólnie jak ktoś czyta jakiś tekst zawierający te skróty na głos, to nie wymawia "itd.", ale "i tak dalej". Teraz przeczytaj sobie na głos w pełnej wersji: "chorób, itp., itd.". Niezbyt się układa głos, prawda? A spróbuj tak: "chorób, itd., itp.". Lepiej, prawda?
Np. to zdanie bez nawiasów zbudowałbym tak:
Vaegarzy wierzą, że trędowaci to jego wybrańcy, którzy w zamian za swoją ofiarę, czyli pokrycie swego ciała zarazą, otrzymują w darze możliwość przepowiadania chorób, zaraz, epidemii czy innych zagrożeń ze strony natury.
-
Wielkie dzięki za radę. Postaram się robić tak jak napisałeś, bo jak przeczytałem przytoczony przez Ciebie fragment rzeczywiście zabrzmiało to lepiej. Jeszcze raz dziękuję. Aha i data kolejnego podrozdziału już prawie pewna, będzie to jutro wieczorem lub w sobotę po południu. Dziękuję wszystkim za komentarze i za rady. Aha no i postanowiłem dodać coś do kultury Swadian, czyli krótkie wzmianki o religii, a także jak mniej więcej dzielił się rok Swadiański.
Swadianie po rozpadzie plemienia Sandarian szybko założyli spójne i silne państwo, głównie dzięki pomocy zaprzyjaźnionych z nimi plemion i rodu Vaegirów. Rok Swadiański wyglądał zupełnie inaczej niż nasz. Rok w języku Swadian to Paldr, czyli cykl. Liczył on równo trzysta sześćdziesiąt dni. Dzielił się on na cztery części liczące dziewięćdziesiąt dni każda. Wszystkie części Swadianie nazywali po prostu Vir, czyli "ćwierć", ale poza tym każda część miała swoją własną nazwę.
Pierwszą była część o nazwie Ar Salwir, co znaczy dosłownie "początek życia". W tym czasie zaczynały się pierwsze rytuały godowe swadiańskich koni, a także zaczynano przygotowywać się do Wielkich Zbiorów Chmielu na początku części Ar Falwir, czyli naszego odpowiednika lata.
Ar Falwir można tłumaczyć na dwa sposoby :
pierwszy to "początek zbiorów", ponieważ rozpoczynano w tedy zbiory chmielu,
drugi to "początek słońca", ponieważ Swadianie wierzyli, że właśnie w tedy słońce z największą mocą obdarowuje ich swoją życiodajną mocą.
Kolejną częścią jest Ar Talwir, czyli "początek śmierci". W tym czasie drzewa i rośliny zrzucały liście i obumierały, a ludzie i zwierzęta nawiedzani byli przez liczne choroby i zarazy. W tedy Swadianie składali modły do Jedynego prosząc go o błogosławieństwo, jak najdłuższe zbiory, a także o zdrowie dla ludzi i zwierząt, a przede wszystkim koni.
Ostatnią częścią cyklu jest Ar Galwir, czyli "początek chłodu". W tym czasie konie Swadian osiągały wiek pozwalający im na rozpoczęcie treningu w specjalnych, wielkich halach, a chłód powodował opady śniegu. Swadianie modlili się w tedy o to, by nie uświadczyli głodu, by ich konie były najwspanialsze, i by życie jak najszybciej wróciło do Calradii.
Rok dzielił się na dwanaście trzydziestodniowych miesięcy. Każdy z nich miał nazwę w starocalradiańskim języku, przez co nie mogli ich rozumieć nawet Swadianie. Miesiąc w języku Swadian to "Larnw" czyli część. Swadiańskie miesiące to : Larnw Mirw, Larnw Palb, Larnw Lib, Larnw Firwm, Larnw Tieriw, Larnw Olis, Larnw Dirw, Larnw Ariw, Larnw Griw, Larnw Zirw, Larnw Cibwil i Larnw Ilwir.
Nazwa każdego z miesięcy składa się z dwóch słów. Przez wieki Swadianie zdołali przetłumaczyć jedynie słowo Kalwdir, czyli Larnw w ich języku. Drugiej części nazwy nigdy nie przetłumaczono.
Każdy z miesięcy dzielił się na trzy dziesięciodniowe tygodnie. Każdy tydzień miał swoją nazwę, która powtarzała się co miesiąc. Pierwszy nazywał się Rilwmir, czyli dosłownie "pierwszy".
Drugi zwał się Tilwmir czyli, "środkowy",
a trzeci zwał się Uilwmir, czyli "ostatni".
Każdy z nich składał się z dziesięciu dni, których nazwy powtarzały się co tydzień. Tak samo jak nazw miesięcy nie udało się ich przetłumaczyć. Były to : Alw, Malw, Zalw, Galw, Palw, Balw, Calw, Olw, Volw i Tolw. Ostatnie trzy dni miały nazwy różniące się budową od pozostałych. Były to dni odpowiadające naszemu weekendowi. Dni te były wolne od pracy.
W kalendarzu Swadian nie brakuje świąt. Jest ich tak wiele, że nie dałoby rady wymienić wszystkich, dlatego też wymienię i opiszę jedno, najważniejsze. Było to święto Jardwir Kars, czyli "święto koni". Odbywało się ona dnia Olw, tygodnia Uilwmir, miesiąca Larnw Ilwir, części Ar Galwir, czyli w ostatnich dniach naszej zimy, kiedy nie było już śniegu. Wtedy przez wielką, centralną ulicę każdego swadiańskiego miasta przechodziła parada składająca się z jeźdźców i koni, które zakończyły szkolenie. Przewodzili im najwięksi weterani i wodzowie. Najhuczniej świętowało oczywiście Praven, gdzie paradzie przewodniczył sam Lord Garenhold, a po zakończonej wojnie Delaron i jego potomkowie. Tego dnia na rynku pojawiały się stragany z pięknymi wyrobami rzemieślników. Największy wybór mieli jednak wojownicy, bowiem kowale, płatnerze, a także moc innych rzemieślników handlujących ekwipunkiem sprzedawali swe wyroby. Był to jedyny dzień w którym żołnierze mogli kupić ekwipunek. Co roku dostawali w tym celu od dowódców po pięćset monet, a świeżo wyszkoleni rekruci, których nie było wielu po tysiąc monet. Na straganach można było zobaczyć najwspanialsze siodła, miecze, tarcze, zbroje i wszelkiej maści inny ekwipunek, o którym niektórzy mogli tylko pomarzyć. Liczne wyroby nie były na sprzedaż, gdyż rzemieślnicy po prostu chcieli się pochwalić swymi umiejętnościami. Tego dnia nie brakowało także handlarzy najróżniejszymi dobrami i straganów ze świeżymi owocami, warzywami i przede wszystkim piwem z wiosek. Ludzie z pobliskich osad pędzili do miasta jak szybko się dało jeszcze na długo przed świętem, by zająć miejsca na stragany ze swymi towarami. Nie brakowało także rozrywki. Na arenach najzdolniejsi wojownicy na ochotnika walczyli z dzikimi zwierzętami. Jeśli wygrali, wychodzili jako bohaterowie i otrzymywali wiele wspaniałych darów. Jeżeli przegrali, ... no cóż lepiej żeby nie przegrywali, bo kończyło się to rożnie. Oprócz oglądania walk ze zwierzętami można było obejrzeć liczne pojedynki, w których wojownicy walczyli o nagrodę, a także często o serce ukochanej. Walki te prawie nigdy nie kończyły się śmiercią walczących, gdyż prowadzono je do "pierwszej krwi", a walczono prawie całkiem tępymi mieczami. Zasady były proste. Atakować można było jedynie korpus przeciwnika z bezwarunkowym zakazem zadawania pchnięć. Oprócz walk ludzie mogli wysłuchiwać opowieści i pieśni bardów, opowiadających o miłości, zdradach, wojnach, odwadze i o śmierci. No i oczywiście nigdy nie brakowało piwa, które sprzedawano prawie wszędzie. Mimo to było ograniczenie picia, by zapobiec walką i chaosowi. Każdy mężczyzna mógł wypić najwyżej trzy kufle piwa, a kobieta najwyżej jeden duży kufel, odpowiadający jednemu i połowie zwykłego. Nie powinno dziwić, że wielką popularnością cieszyły się nocne spotkania w karczmach. Święto kończyło się toastem za nowych, wspaniałych wojowników i ich konie.
-
Na początku myślałem, że twoje opowiadania rodzą się z pracowitości i w zasadzie więkoszość, może takie ułożyć, teraz ogłaszam wszem i wobec: Masz Talent.
Kolejny mały majstersztyk, pozdrawiam w nadzei na więcej...
P.S Byle wytrzymac do jutra!
-
Jak zwykle bardzo ciekawie. Ale mam kilka pytań.
1. Po skończeniu Swadian (bo na razie najwięcej piszesz o nich) przeniesiesz się na Vaegirów czy na inne plemię?
2. Jeżeli przeniesiesz się na inne plemię to czy będziesz pisał w tej samej formie - czyli opowieść jakiegoś wojownika, a kultura, historia i zwyczaje w tle? (najlepiej zostań przy tym)
3. Dodasz wzmianki o innych miejscach, o których mowa, ale nie ma ich w grze (Geroia itp.)
-
1. Nie Swadian tylko Sandarian.
2. Z tego co mi wiadomo Delaron ma ( chyba ) objeżdzać inne krainy.
3. To ma być ( chyba ) w dalszej części opowieśći.
Do autora : Dobrze piszesz i masz niezły talent jednak z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki.
Licze także, że jak skończysz opowieść to zaczniesz inną.
-
A więc tak po skończeniu "Opowieści o Delaronie" planuję napisać kilka, a dokładnie to cztery krótkie opowieści dotyczące każdego pozostałego plemienia. Będą składały się z kilku jednoczęściowych rozdziałów pomiędzy którymi pojawią się wzmianki o kulturze. Tak będę pisał w podobnej, ale nie identycznej formie. W krótszych opowieściach pojawią się informacje na temat stosunków calradiańskich plemion z ludami z poza Calradii. Ogólnie to dwie z czterech opowieści mówić będą tylko i wyłącznie o stosunkach z innymi ludami. Opowieści te będą dotyczyć wojny Nordów z Geroiczykami, czyli pojawią się opisy Nordlandu, i to dość szczegółowe. Druga z opowieści mówić będzie o życiu koczowniczych ludów Vaeragów na terenie Geroi na długo przed Wielką Wojną. W pozostałych opowieściach dotyczących Khergitów i Rhodoków pojawią się wzmianki o innych ludach. Poza tymi opowiadaniami napiszę także bardzo dokładny opis kultury Vaeragów i rodu Vaegirów,w którym pojawi się tak jak u Swadian opis kalendarza, a także inne informacje. Oprócz tego planuję napisać "wypracowanie" opisujące bardzo dokładnie dziewięć pozostałych Wielkich Świąt Swadiańskich (jedno już opisałem). Planuję uporać się z tym do wakacji, a przez długi okres wolnego czasu mam zamiar napisać "Stare Cesarstwo" opowiadające o dalszych losach rodu Delarona i Cesarstwa od jego początku do rozpadu na wielkie królestwa Vaegirów i Swadian. Potem napiszę tak jak w przypadku historii Delarona kilka dodatków. Co będzie później? Tego nie wiem nawet ja. Aha i racja co do tego, kogo opisuję najdokładniej leży zarówno po stronie Gacka3000, gdyż plemię Sandarian zostało unicestwione, jak i po stronie Dania432, bo Swadianie nie ogłosili niepodległości (jeszcze), więc wciąż formalnie należą do plemienia Sandarian.
-
1. Nie Swadian tylko Sandarian.[...]
Autor pisze o Sandarianach ogólnie, ale więcej uwagi poświęca Swadianom. Tak jak w przypadku Vaeragów i Vaegirów.
-
Dobrze, ale skoro robisz tyle opowieści to radzę tobie, abyś posklejał to wszystko do kupy. Czekam na kolejne cześci.
-
Bardzo Was wszystkich przepraszam za brak jakichkolwiek informacji. Zrobiłem sobie przerwę od pisania gdyż muszę przygotowywać się do sprawdzianu z angielskiego, który ostatecznie zadecyduje o mojej ocenie na półrocze (mam szansę na 6). Nowy podrozdział pojawi się na pewno W PIĄTEK po południu. Jeszcze raz wszystkich Was bardzo przepraszam za nie zamieszczenie tutaj wiadomości o swojej obecnej sytuacji.
-
Ja wiernie czekam - nie narzekam :)
Pozdrawiam i powodzenia, oby było 6.
-
Dzięki wielkie. Kolejny podrozdział (ten po dzisiejszym) pojawi się równo za tydzień, w piątek. Przepraszam, że tak długo, ale następny tydzień mam zawalony sprawdzianami (poniedziałek - angielski, środa - polski, piątek - matematyka). Aha, no i oczywiście oto kolejny podrozdział.
Opowieść o Delaronie.
Cz. III
Rozdz. I
Cz. II " Cisza przed burzą"
Delaron stał na czele armii Unii szykując się do wyruszenia na pole przyszłej bitwy. U jego boku stali Aldarian wraz z Ariandą, a także ukochana Losiren. W dłoni trzymał nowy, stworzony specjalnie dla niego sztandar. Przedstawiał on pięć zwierząt, cztery srebrne i jedno złote, wszystkie na czerwonym tle. Były to koń, niedźwiedź, sokół, pies i złoty lew, symbol Delarona. Każde zwierze symbolizowało jedno z państw walczących pod sztandarem unii. Delaron rozkazał wymarsz armii, kiedy tylko była ona gotowa. W czasie trzydniowej, niezwykle męczącej i dla ludzi, i dla zwierząt drogi na pole bitwy Delaron nic nie mówił. Podczas jednego z ostatnich postojów siedział on cały dzień w swym namiocie rozmyślając. W tym czasie jego przyjaciele i wojownicy świętowali jego trzydzieste drugie urodziny. Przez cały ten czas myślał o jednym, o sensie tej wojny. Zdawał sobie sprawę, że gdyby nie to, że Vaegarzy się ukrywali do wojny by nie doszło. Było jednak jeszcze coś. Do tej pory myślał i mówił o swym wrogu jak o barbarzyńcach i najeźdźcach. Teraz jednak zrozumiał, że było i jest inaczej. W końcu to JEGO plemię zaatakowało Vaeragów bez powodu, gdyż byli oni pokojowo nastawieni i to właśnie władcy JEGO plemienia doprowadzili do jego zagłady. Te myśli nie pozwalały Delaronowi świętować. Zastanawiał się, czy na pewno dobrze czyni. Wtem do namiotu wszedł Galdhorn. Widząc strapienie przyjaciela postanowił z nim porozmawiać. Gdy wysłuchał powodów obaw i niepokojów Delarona zrozumiał o co chodzi i wytłumaczył wojownikowi, że jeżeli chce pokoju to musi albo wygrać albo przegrać wojnę, przy czym poddanie się byłoby bez sensu. Wyjaśnił on Delaronowi, że wojna nie jest przerwą w pokoju, tylko że to pokój jest przerwą w ciągłych wojnach.
Powiedział mu, że jeżeli chce przynieść pokój tej krainie musi wygrać i ją zjednoczyć. Delaron zrozumiał słowa przyjaciela i postanowił już się nie zamartwiać, gdyż zdawał sobie sprawę z tego, że to doświadczony przez liczne wojny Nord ma rację w tej sprawie. Poszedł więc świętować.
Kolejnego dnia droga nie dłużyła się armii Unii. Pogoda była piękna, a ludzie z mijanych przez wojsko wsi mili i gościnni. Zdawali sobie oni sprawę z tego, że ci ludzie mogą nareszcie zakończyć tę wojnę, dlatego chcieli ich gościć u siebie mimo ich liczby. Pomimo licznych propozycji Delaron nie pozwalał na postój, gdyż twierdza Dhorak była już niedaleko, a oni nie mogli się spóźnić. Kiedy zbliżało się południe dotarli na miejsce obóz rozbijając na niewielkim wzgórzu przed wielką równiną na której przeciwległym końcu znajdowało się drugie, znacznie większe wzgórze. Podczas zachodu słońca Delaron przechadzał się po wzgórzu oglądając rozległą polanę porośniętą trawą i najróżniejszymi ziołami. Wtem ujrzał skupisko pieszych ludzi otoczonych przez grupę konnych. Od razu domyślił się, że są to Sandarianie i Khergici, których wysłał. Natychmiast pochwycił swój róg wojenny i zadął w niego tak mocno jak tylko potrafił. Na jego dźwięk z namiotów wyszli wszyscy żołnierze szybko formując szeregi, zaś konni ruszyli by dosiąść swych wiernych rumaków. Delaron wiedział, że za chwilę ukarzą się im na przeciwległym wzgórzu setki Vaegarskich sztandarow, dlatego od razu wydał rozkazy każdemu ze swych dowódców by rozmieścili swe wojska na pozycjach. Rhodokowie z Nordami ukryli się w pobliskim lesie, mimo początkowych protestów Nordów, którzy nie chcieli walczyć niehonorowo, ale w końcu ulegli prośbom Delarona. Łucznicy Vaegirów ustawili się u stóp wzgórza, zaś zaraz za nimi stanęło kilka tysięcy swadiańskich i świeżo przybyłych sandariańskich mieczników. Na flankach stanęły cztery tysiące kawalerii. Delaron przygotowywał swój oddział do ataku na tyły wroga. Po chwili na drugim wzgórzu pojawiły się dziesiątki tysięcy wrogów. Sandarianie mówili o liczbie trzydziestu tysięcy, w rzeczywistości było ich dwa razy więcej. Delaron był przerażony. Jego plan legł w gruzach. Przeciwnicy rozstawili swe wojska na pozycjach, a Delaron opracował inny plan, bardzo ryzykowny. Gdyby udało mu się na czele kawalerii rozbić oddział przywódcy wroga reszta przeciwników pozbawionych dowódcy wpadłaby w panikę. Delarona najbardziej trapiło jednak to, skąd przeciwnicy wiedzieli o pułapce, gdyż było to pewne, bo w Khudan stacjonowało trzydzieści, a nie sześćdziesiąt tysięcy ludzi. Ktoś musiał zdradzić...
CDN
-
A może Vaegarowie z czystej zapobiegawczości wzięli ze sobą posiłki? Ale można jak zawsze spekulować, a tego dowiemy się w następnym odcinku (...)
Co do sprwdzianów współczuję, ale ja mam często gorzej, nieraz zdarzało się pisać po 4-5 spr. w tygodniu, ale wrócmy do tematu.
Szczerze zdziwiłem się, że w gęstwinę lasów poszli Nordowie, myślałem że lepiej działają w polu niż z zaskoczenia i swoim krzykiem przerażą Vaegarów, do lasu mogliby pójść urodzeni tam Rhodokowie, którzy jak sądzę byli mistrzami zasadzki i wspaniale posługiwali się łukami oraz umieli wykorzystać w stu procentach walory lasu, ale może Nordowie którzy wyskoczą z ukrycia zrobią ogromną wyrwę w oddziałach strzeleckich w obozie wroga, któż wie?
Czekam z niecierpliwością i pozdrawiam.
-
Nowy podrozdział pojawi się w niedzielę lub poniedziałek z powodu braku czasu. Żeby jakoś to Wam zrekompensować do tego czasu pojawiać się będą szczegółowe opisy oddziałów wykorzystywanych przez poszczególne plemiona. Dziś pojawi się opis armii Swadian.
Swadia
Podstawą armii Swadian jest piechota mieczników i kawaleria. Posiadają oni także łuczników, ale bardzo niewielu. Największą siłę Swadian stanowi dyscyplina i długie szkolenia bojowe i taktyczne.
Tak oto prezentują się oddziały Swadii.
Milicja mieczników
Są to lekko opancerzone oddziały których zadaniem jest ochrona osad i miast. Noszą oni skórzane buty, hełmy, pasy i niekiedy rękawice. Ich korpusy chronią pancerze z wyprawionej i często wzmacnianej skóry, a także bardzo często czerwone przeszywanice.
Do walki używają krótkich mieczy. Osłaniają się trójkątnymi tarczami.
Piechota mieczników
Znacznie ciężej uzbrojone niż milicja oddziały stanowiące regularne wojsko Swadian. Do walki używali mieczy i sztyletów służących do atakowania znajdujących się blisko przeciwników. Chronili się tarczami. Często używali rękawic i kapturów kolczych. Ich korpusy chronione były przez znacznie cięższe i mocniejsze skórznie niż te służące jako ochrona milicji. Niekiedy miecznicy korzystali z lżejszych kolczug. Ich największą zaletą było świetne wyszkolenie i dyscyplina.
Piechota zbrojnych.
Elitarna piechota Swadian. Niewiele różnili się oni od zwykłych mieczników. Najważniejszą różnicą było to, że jako pancerzy używali tylko kolczug, a niekiedy nawet zbroi łuskowych.
Drużynnicy
Oddziały lekkiej kawalerii mającej za zadanie przede wszystkim ochronę szlaków handlowych. Ich uzbrojenie niewiele różniło się od tego, z którego korzystali milicjanci. Oprócz mieczy wykorzystywali oni do walki także włócznie. Wielką przewagę dawało im to, że jeździli konno, a konie swadiańskie nie dzieliły się na słabsze i silniejsze, wszystkie były świetne.
Drużynnicy zbrojni
Podstawa kawalerii Swadian. Mieli oni za zadanie miażdżyć i wycinać w pień przeciwników. Do walki używali lanc i mieczy. Chronili się tarczami. Jako pancerzy używali przeszywanic na które zakładali kolczugi. Nosili metalowe hełmy.
Jazda pancerna
Doskonała, ciężkozbrojna kawaleria mająca za zadanie chronić i walczyć u boku dowódców. Jako pancerzy używali ciężkich kolczug. W walce posługiwali się mieczami i ciężkimi, długimi lancami. Najlepsi z nich mieli szansę dołączyć do elity elit swadiańskiej armii - Ranthertion.
Łucznicy
Byli to lekkozbrojni żołnierze wyćwiczeni w posługiwaniu się krótkimi łukami. Wywodzili się najczęściej z myśliwych. Do walki wręcz używali sztyletów i nabijanych gwoździami maczug. Jako pancerzy używali bardzo często koszul lnianych i wełnianych kaftanów.
-
Ciekawy będzie z pewnością opis wojsk Nordyckich :)
Wszystkie były świetne... chyba trochę pokolorowałeś :)
Wg. mnie konni powinni również zaopatrzyć się w sztyle, gdyż po stracie konia również będą musieli walczyć w bliskich starciach jak miecznicy.
Ogółem opis jest ładny.
Cóż, tak się ułożyło, że dziś z moich ust wylała się fala krytki, nie dotyczy ona rzeczy ważnych, wybacz.
Jak zawsze czekam z niecierpliwością.
-
Witam po raz kolejny. Moja długa niezapowiedziana nieobecność spowodowana była grypą i niezdolnością do czegokolwiek poza leżeniem w łóżku. Dziś pojawi się opis wojsk Vaegarów, a już jutro wojsk Rhodoków. Opis nordów będzie największy i wg. mnie najciekawszy, więc pojawi się jako ostatni.
Drwale
Kiedy jakiś vaegarski lord organizował długotrwałą wyprawę wojenną zaczynał ją od objechania kilku wiosek i zbierania żołnierzy-brańców. Drwale walczyli za pomocą toporów. Słynęli z braku dyscypliny i wyszkolenia. Ich zadaniem było tylko i wyłącznie dać ich armii przewagę liczebną i nie uciec na widok pierwszego napotkanego oddziału kawalerii. Jako pancerzy używali pozszywanych futer i skór.
Myśliwi
Do armii dostawali się tak samo jak drwale, ale byli oni znacznie lepiej wyszkoleni w walce, podczas której korzystali z oszczepów i rzadko kiedy z łuków. Używali tych samych pancerzy co drwale.
Topornicy
Regularnie wojska Vaegarów. W walce używali ciężkich dwuręcznych toporów. Nosili skórzane hełmy i kamizelki, a także cięższe skórzane zbroje lamelkowe (płytkowe). Byli bardzo narażeni na ataki strzelców.
Piechurzy
Walczący każdym rodzajem narzędzi mordu stanowili całkowitą podstawę vaegarskiej piechoty. Niekiedy chronieni przez trójkątne tarcze nosili skórzane kaftany i kamizelki a na głowach kolcze kaptury wyściełane skórą lub innym w miarę miękkim materiałem. Byli dość dobrze wyszkoleni i zorganizowani.
Elita Waldira
Elitarni topornicy wyposażeni w ciężkie, oburęczne berdysze. Chronieni byli przez zbroje łuskowe i metalowe, zdobione maski wojenne. Było ich stosunkowo niewielu ale mimo to potrafili dokonać rzezi.
Łucznicy
Regularne wojska zasięgowe do walki używające krótkich łuków. Z bliska walczyli pałkami. Ich ciała chronione były przez zwykłe koszule i futrzane stroje. Stanowili całkowitą podstawę armii Vaegarów.
Strażnicy
Elita elit armii vaegarskiej do walki używająca łuków wojennych chroniona przez zbroje łuskowe i ciężkie hełmy. Bardzo często przechylali oni szalę zwycięstwa na stronę swego państwa. Było ich niewielu a za zadanie mieli chronić najważniejsze miejsca i lordów, a także władce. Bardzo często urządzali zasadzki i mordowali wrogów po cichu.
-
No, no bardzo ładny opis, długo czekaliśmy, powiem że było warto, ale pozostaje niedosyt :)
Strażnicy - myślę, że można dla nich znaleźć rolę fabularną np. pod osłoną nocy spróbowali by zamachu na Delarona...
Pozdawiam i zdrówka życzę.
-
Przepraszam za długą nieobecność, ale niestety moje ferie zimowe wielkimi krokami zbliżają się ku końcowi, muszę zacząć czytać krzyżaków i skończyć ich przed końcem ferii (krótka książka, jutro rozpocznę czytanie :)), a w dodatku kończyłem inną książkę. Jakby tego było mało mój "wspaniały" internet radiowy nie reaguje za dobrze na deszcz i tym bardziej śnieg, więc zostałem od poniedziałku do wczoraj odcięty od internetu (do późnego popołudnia, no ale jest jeszcze warband i znajomi z klanu). W każdym bądź razie już wróciłem i oto opis "armii" rhodockiej.
Rhodokowie nie posiadali zorganizowanej armii. Ich siłą wojskową byli łowcy i myśliwi. No ale skoro radzili sobie na polowaniach na wielkie górskie niedźwiedzie i na wilki, to czemu nie mieliby dać sobie rady z ludźmi?
Łowcy
Dość liczna część zajmującej się przede wszystkim myślistwem społeczności rhodockiej. Ich jedynym pancerzem były przepaski i stroje z niewyprawionych skór jeleni i rzadziej wilków. Do walki używali prymitywnej broni w postaci toporków i oszczepów z kamiennymi ostrzami i grotami, rzadko wykonanymi z brązu. Najwspanialsi z nich używali broni żelaznej. Było ich jednak bardzo niewielu i najczęściej dowodzili oni grupami Łowców. Poza tradycyjnym pancerzem Łowcy tatuowali swe ciała, wierząc, że uodparnia ich to na ból, co w pewnym sensie było prawdą, gdyż niełatwo było nawet im wytrzymać setki nakłuć i nacięć na skórze, a także straszliwego pieczenia wywołanego przez barwniki i często kończącego się zabójczym zakażeniem. Medycyna rhodocka była jednak na tyle rozwinięta, że tamtejsze choroby, nawet zakaźne nie stanowiły dużego zagrożenia.
Wojownicy
Dość rzadko spotykane oddziały, które w pewnym sensie można było nazwać armią. Do walki używali niewielkich żelaznych toporków, a chronili się niedużymi okrągłymi tarczami. Ich ciała chronione były przez pancerze ze skór wielkich górskich niedźwiedzi. Wojownikami zostawali łowcy, którzy zabili samotnie wielkiego niedźwiedzia. Mimo braku zaawansowanej broni jak na przykład swadiańskie miecze stanowili oni świetne wojsko doskonale radzące sobie w urządzaniu zasadzek.
Leśni Zwiadowcy
Niezwykle rzadko spotykani żołnierze stanowiący w pewnym sensie armię religijną. Służyli oni druidom i bronili najdalszych granic rhodockich lasów bardzo często wiele tygodni spędzając poza domem. W późniejszym okresie istnienia tych oddziałów pojawił się zwyczaj nakazujący zachować czystość Zwiadowcom, aby całkiem oddali się służbie lasu i nie rozpraszali się takimi rzeczami jak rodzina. Do walki na odległość używali łuków i włóczni do rzucania, a w zwarciu walczyli za pomocą kosturów zakończonych długimi, półmetrowymi, lekko wygiętymi ostrzami (coś jak naginata tylko znacznie krótsze). Jako pancerzy używali przepasek ze skór. Prawie całe ciała mają wytatuowane.
Druidzi-Wojownicy
Różnią się znacznie od zwykłych druidów, ponieważ są to zazwyczaj młodzi ludzie, którzy zamiast skupiać się na ratowaniu życia, skupiają się na jego odbieraniu. Różnią się także od wojowników, są bowiem znacznie mniej liczni, a do walki używają tylko noży o zakrzywionych, mających dwadzieścia centymetrów długości ostrzach. Jako zbroi używają długich, białych szat ozdabianych zielonymi malunkami przedstawiającymi najróżniejsze wzory zarówno geometryczne, jak i roślinne. Stanowią oni elitę "sił zbrojnych" Rhodoków.
-
[...]Rhodokowie nie posiadali zorganizowanej armii. Ich siłom wojskową byli łowcy i myśliwi. No ale skoro radzili sobie na polowaniach na wielkie górskie niedźwiedzie i na wilki, to czemu nie mieliby dać sobie rady z ludźmi?[...]
Bardzo fajne opisy jednostek, jednak pozostaje pewien niedosyt (tak jak to ujął wesch). Czekam na kolejny rozdział.
-
Dziś dopiero przeczytałem, bo w końcu ferię się rozpoczęły :)
Opis zadowalający, lecz po takiej terapii (nie dałeś żadnego fragmentu przez tydzień) oczekiwałem na więcej, ale gdy teraz nam miarkujesz, zapewne na koniec otrzymamy wielkie wyjaśnienia i bitwy, nie chcę Ciebie przez to naciskać i zmuszać do tego abyś zrobił dużo, bo liczy się jakość a nie ilość co już nie raz udowodniłeś. Nie chcę abyś pracował pod presją otoczenia, żeby nadal historia była tak wspaniała, a nie żeby stała się gó****.
Pozdrawiam i powodzenia w czytaniu "Krzyżaków".
-
Fajny opis czekam na następny podrozdział.
PS. Mi ferie się dopiero zaczną 14 lutego (ale macie fajnie).
-
Witam Wszystkich!!! Po prawie miesięcznej przerwie postanowiłem wreszcie ruszyć swój leniwy tyłek i chociaż spróbować coś wymyślić. Co z tego wyszło? To ocenicie Wy... jutro:). Ponieważ dziś muszę zamęczyć was kolejnym opisem armii, ostatnim potrzebnym do napisania opisu bitwy, który ujrzycie jutro ( nie mam określenia dla swojego lenistwa, jeśli tego jutro nie napiszę).
A więc czas na opis Nordów...
Dla odmiany zacznę od najpotężniejszych oddziałów bojowych, a raczej w dowolnej kolejności bo nie było lepszych i gorszych Nordów. Nordowie nie mieli zbyt różnorodnego wojska, gdyż wśród nich panowało proste przekonanie, że każdy powinien walczyć tym czym mu się podoba.
Berserkerzy
Nordowie, którzy mieszkali w górach Nordlandu i zajmowali się polowaniami na niedźwiedzie i wilki często za pomocą... własnych rąk.Nie uznawali czegoś takiego jak pancerz. Ich jedyną osłoną były przepaski na biodra. Liczyły się dla nich tylko szybkość i siła ataku, więc jak można łatwo się domyśleć byli niezwykle narażeni na ostrzał. Po Wielkiej Wojnie o Nordland pozostało ich zaledwie kilkuset.Walczyli za pomocą wielkich, oburęcznych toporów lub mieczy i tarcz. Siali śmierć i zniszczenie w szeregach wroga, a dzięki swej szybkości byli w stanie poruszać się dwa razy szybciej niż jakikolwiek inny oddział piechoty. Nie znali strachu i walczyli do ostatniego wojownika, tak jak nakazywał nordycki Kodeks Wojownika. Do walki używali czasem toporków do rzucania, którymi potrafili nawet zabić pędzącego w ich stronę na koniu jeźdźca.
Mistrzowie Młota
Potężni wojownicy, którzy wywodzili się z nordyckich ludów mieszkających w centrum Nordlandu. Ich ulubioną bronią jak mówi nazwa wojowników był młot dwu- lub jednoręczny. Nie zadawał on takich obrażeń jak topory czy miecze, ale wprawny wojownik potrafił roztrzaskać nim tarczę wraz z ramieniem przeciwnika. Najlepsi z tych wojowników słynących ze swej zdolności niszczenia pozycji wroga zdolni byli nawet do roztrzaskania ma drobny pył czaszki pędzącego w ich stronę konia. Potrzebna do tego była nadludzka siła i doskonałe wyczucie czasu, które oni niewątpliwie posiadali. W przeciwieństwie do berserkerów używali pancerzy w postaci ciężkich, doskonale chroniących kolczug i metalowych hełmów.
Huskarlowie
Najbardziej różnorodna jednostka nordycka. Huskarl posługiwał się do walki na dystans długim łukiem, kiedy wróg był bliżej używał toporków i oszczepów do rzucania, a gdy dochodziło do walki w zwarciu huskarl niszczył tarczę przeciwnika dwu- lub jednoręcznym toporem, albo zasypywał go gradem potężnych ciosów jednoręcznego miecza. Byli to bez wątpienia najbardziej wszechstronni wojownicy jacy chodzili po ziemiach Calradii, gdyż opanowali do perfekcji każdą dziedzinę walki. Ochronę zapewniały im duże, wypukłe, okrągłe tarcze i lżejsze wersje kolczug używanych przez Mistrzów Młota. Niekiedy nosili hełmy. Podczas wielkiej Wojny Sześciu Królestw (tak, mowa o tych z Warband'a :)) "ewoluowali" w elitarną piechotę siejącą postrach wśrod przeciwników.Stało się to jednak kosztem ich wszechstronności i mistrzostwa w każdej dziedzinie krwawego rzemiosła wojownika.
-
którymi potrafili zabić pędzącego w ich stronę na koniu jeźdźca
A widziałeś kiedyś jeźdźca pędzącego na piechotę? :)
Oprócz tego dobre, nawet bardzo. Dziwi trochę nieobecność łuczników.
-
Tak, też myślałem, że to bez sensu. Łuczników nie było, gdyż 90 procent huskarli używało łuków i przewyższało w strzelectwie nawet "zawodowych" łuczników Swadii.
-
Kolejny dobry, wzorowy opis jednostek, ale żadnej rewelacji, emocji, dosyć przewidywalne i mało oryginalne, ale liczymy, że akcja rozwinie się, czekamy :)
-
Bardzo podobał mi się opis jednostek Nordów. Czekam na jutrzejszy opis walki. :)
Pozdrawiam
Theoden.
-
Witam Wszystkich po raz kolejny. Dziękuję za komentarze. Przy okazji, Wesch, przepraszam, że nie napisałem swojego zdania na temat twojej opowieści, ale dopiero dziś pierwszy raz w ogóle spojrzałem na informacje na temat wiadomości do mnie wysłanych:). Zrobię to jednak jutro, gdyż za chwilę muszę kończyć. Mam nadzieję, że twe miłosierdzie wytrzyma kolejny dzień zwłoki z mojej strony:).
Opowieść o Delaronie
Cz. III
Rozdz.I
cz.III "Pole Zagłady"
Delaron wciąż zastanawiał się nad tym, w jaki sposób Waegarzy wiedzieli o tym, że przygotował pułapkę. Musiał myśleć szybko, gdyż wielka bitwa zbliżała się wielkimi krokami. Cały czas myślał o tym, czy jego przypuszczenia na temat zdrady są prawdziwe. Ostatecznie stwierdził, że nie ma na to jakichkolwiek dowodów i, że znacznie bardziej prawdopodobny był błąd jego zwiadowców i szpiegów w Khudan. Wtem jednak coś wyrwało go gwałtownie z zamyślenia. Był to potężny, niezwykle głośny odgłos waegarskiego rogu wojennego. Słychać go było na całym polu bitwy. Jego dźwiękowi towarzyszył silny podmuch wiatru, przez który zdawać się mogło, że to właśnie ten potężny huk "przygniótł" to ziemi nieliczne łany zbóż, zioła i trawy. Dźwięk ten natychmiast przypomniał Delaronowi co właściwie tu robi. Natychmiast ruszył w stronę swych dowódców. Był już pewny tego co ma zrobić. Gdy tylko się do nich zbliżył ogłosił stanowczo, że zamiast zabawy w bieganie po lasach wypowie wrogowi walną bitwę. Przez chwilę wszyscy patrzyli na niego ze zdziwieniem, sądząc, że postradał zmysły. Ciszę przerwał jego donośny głos niosący na lekkim wietrze kolejne rozkazy. Delaron miał prosty plan. Mówiąc o wycofaniu wojsk z lasu chodziło mu wyłącznie o Nordów. Rhodokowie mieli za wszelką cenę bronić boru przed przeciwnikiem i odciągać jego uwagę, gdyż Delaron miał zamiar przeprowadzić przez niego swą dzielną kawalerię. Miała ona oflankować przeciwnika przechodząc przez las za pomocą wcześniej przygotowanych dróg i przejść. Nordów Delaron ustawił tak jak wcześniej kawalerię, na flankach. Gdy wszystko było gotowe, w stronę obozu ruszył Khergicki zdrajca służący Waegarom. Jechał on na białym rumaku, w ręku trzymając niewielki skrawek papieru, a na plecach duży, oburęczny miecz. Wyglądem nie różnił się od innych Khergitów.
Gdy dotarł do Delarona i jego dowódców rzucił na ziemię miecz, a list dał słudze rycerza. Delaron nie słuchał tego, co czytał jego służący, po części dlatego, że doskonale wiedział co to było. W liście była mowa o wyzwaniu na harce najznamienitszych wojowników Delarona przez najwspanialszych Waegarskich wojowników. Nie było tam jednak wyzwania od ich władcy. Delaron zajęty był jednak czym innym. Patrzył na pięknie zdobiony miecz, który wydawał się mu dziwnie znajomy. Był to bogato zdobiony oburęczny brzeszczot o niemalże błękitnym ostrzu. Wtem Delaron rozpoznał go i wielka żałość połączona z żądzom zemsty ogarnęła jego umysł i ciało. Był to Kardulas, miecz Moltara zabitego przez dowódcę strażników pod Wąwozem Śmierci. Ruszył natychmiast na środek przyszłego pola bitwy u boku mając swych przyjaciół. Wśród nich znajdował się także żądny zemsty Aldarian, wraz ze swym łukiem, Nailmirem. Gdy dotarli na miejsce ujrzeli trzech rosłych wojowników stojących naprzeciwko. Delaron natychmiast ruszył w kierunku rozpoznanego błyskawicznie dowódcy strażników.
Z Kardulasem w dłoni ruszył w kierunku przeciwnika równym krokiem.Wróg nie zamierzał jednak czekać na walkę w zwarciu. Zamiast tego począł strzelać do idącego w jego kierunku wojownika. W oczach Delarona dojrzeć można było żądze krwi, krwi tego właśnie przeciwnika. Wszystkich zadziwił refleks Delarona. Unikał on każdego pocisku wystrzelonego z łuku przeciwnika z niezwykłą wprost łatwością. Gdy był już kilka metrów od wroga chwycił Kardulasa w obie ręce i począł biec. Widząc, że łukiem nic nie zdziała Weagar chwycił oburęczną szablę, którą nosił na plecach. Już po chwili rozgorzała straszliwa walka. Delaron zadawał błyskawiczne cięcia i pchnięcia, z których o dziwo żadne nie trafiło w ciało doskonale broniącego się wroga. Delaron od razu pojął, że nie będzie to łatwa walka. Wiatr się wzmagał, słońce zbliżało ku zachodowi, a po walczących wciąż nie można było dostrzec zmęczenia, czy zwątpienia w zwycięstwo. Teraz to Darwyt rozpoczął natarcie. Było ono jednak krótkie, gdyż Delaron niemal natychmiast rozpoczął kontratak. Walka wydawała się nie mieć końca. W pewnym momencie doszło do czegoś, co o mało nie spowodowało załamania się wojsk Unii. Kiedy Arianda i Alderian dobijali swych przeciwników, Darwyt zadał potężny cios swą szablą, który dosięgnął piersi Delarona rozpruwając kolczugę i poważnie raniąc rycerza. Wydawało się, że przeciwnik postąpi honorowo i ustąpi, dopóki Delaron nie wstanie, ten jednak zamiast tak uczynić zadał kolejny cios tym razem w plecy rycerza. Wydawało się, że to już koniec. Waegar odwrócił się i myśląc, że już zwyciężył uniósł w górę obie ręce dziękując Waldirowi za zwycięstwo. Mylił się jednak. Gdy tylko to uczynił, wciąż przytomny ale poważnie ranny Delaron podniósł się z ziemi i uderzył przeciwnika rękawicą, by się odwrócił. Zdziwiony wojownik zrobił to i aż krzyknął ze zdumienia. W jego oczach pojawił się strach. Nie zdążył nawet unieść miecza, gdy ostrze tym razem Daliara uderzyło w jego szyję, skracając go tym samym o głowę. Armia Unii wydała z siebie radosny okrzyk, podczas gdy Waegarzy łamiąc jakiekolwiek zasady Kodeksu Wojownika ruszyli do szaleńczego ataku. Był to ich największy błąd.
Delaron upadł i stracił przytomność. Natychmiast podbiegli do niego Aldarian wraz z Ariandą, a także Ulfarn i Kaldmor wraz z Galdhornem. Niemal natychmiast otoczyła ich cała masa wrogów. Wojska Unii nie stały jednak biernie, i gdy tylko zauważyły co się dzieje ruszyły na ratunek dowódcy. Z lasu wybiegli niczym stado wilków głodni Waegarskiej krwi Rhodokowie, wrogów błyskawicznie otoczyła swadiańska kawaleria, a Nordowie dopadli już do pierwszych szeregów przeciwnika siekąc wrogów bez litości. W czasie kiedy Konnica Delarona miażdżyła łuczników Waegarów nie okazując litości, jego towarzysze nie pozwolili wrogom choćby spojrzeć na przyjaciela. Kto tylko spróbował się zbliżyć natychmiast upadał ze strzałą Aldariana albo Kaldmora w głowie. Wróg tracił już cierpliwość i po prostu zaatakował. Rozpoczęła się rzeź, jednak nie Rycerzy Unii, tylko Waegarów. Galdhorn swym potężnym, oburęcznym toporem siekł bezlitośnie wszystkich najbliższych wrogów odcinając im głowy i niemalże przecinając wpół. Arianda swymi sztyletami sprawnie kładła wrogów za pomocą setek celnych cięć. Aldarian wraz z Kaldmorem kładli wszystkich znajdujących się naokoło wrogów tworząc w ten sposób wielki okrąg waegarskich trupów. Ulfarn także nie ustępował towarzyszom ze wszystkich sił atakując przeciwników swym jednoręcznym ostrzem. Wrogów jednak nie ubywało. Wprost przeciwnie, było ich coraz więcej,a okrąg wokół Delarona i jego przyjaciół coraz bardziej się zawężał.
Mimo złej sytuacji Delarona i innych dowódców, bitwa wydawała się zbliżać ku końcowi. Kawaleria już ponad godzinę temu wysiekła do nogi waegarskich łuczników, Nordowie na prawej flance napierali na wroga ze wszystkich sił zażynając kolejnych przeciwników, a Sandarianie i Swadianie jak jeden mąż spychali wroga do lasu, gdzie kończyli z nim pozostali w odwodzie rhodoccy łowcy. Coraz więcej wrogów się poddawało, a gdy zginęła już ponad połowa Waegarów przy stratach Unii wynoszących zaledwie swa i pół tysiąca rannych i tysiąc martwych dowódcy kawalerii Swadian zadęli potężnie w rogi zwycięstwa. Jedynie Ranthertion nie cieszyli się, wciąż wzrokiem szukając swego pana. Gdy wydawało się, że Delaron poległ na całym polu bitwy słyszeć się dało potężny odgłos rogu. To Delaron resztkami sił zadął w swój pozłacany róg wojenny. Ranthertion natychmiast dojrzeli dowódcę wraz z przyjaciółmi otoczonego pozostałymi przy życiu, nieustępliwymi Waegaarami. Doszło wtedy do prawdziwej masakry. Sześciuset zaledwie Ranthertion zaszarżowało z pełnym impetem wbijając się w dwa tysiące wrogów i zmiażdżyło ich nie szczędząc nikogo.
Delaron wraz z towarzyszami przetrwał tylko dzięki temu, że znajdowali się w sporym dole w ziemi o stromych ścianach, a Waegarowie bali się zeskoczyć i schodzili powoli małymi grupkami. Ci którzy postanowili skakać łamali sobie nogi i ginęli z rąk mężnych przeciwników. Bitwa zakończyła się pełnym zwycięstwem Unii. Po obu walczących stronach były straty, jednak armia unii miała na sam koniec łącznie pięć tysięcy rannych i tysiąc trzysta zabitych, podczas gdy straty Waegarów wynosiły pięć tysięcy rannych, prawie czterdzieści tysięcy martwych i piętnaście tysięcy w niewoli. Zwycięstwo Unia zawdzięczała nie tylko lepszemu wyszkoleniu i uzbrojeniu,ale przede wszystkim głupocie Waegarów, którzy nie tylko nie słuchali dowódcy, ale w dodatku byli przez niego przekonywani do samobójczego ataku.
CDN
-
Zauważyłem jedną literówkę czyli "swa" chyba chodziło o dwa. A tak to opowieść dość fajna. Czekam na następny :)
-
Czytałem, ale szczerze to oczekiwałem na lepszy opis walki, ten był dosyć spokojny, nie trzeba się było niczym przejmować, uspokajałeś każdym zdaniem. Część taktyczna walki, też uboga, ale cóż przeczytałem, może być, ten rozdział nie należy do najlepszych.
Pozdrawiam
-
Hmm zgadzam się z tobą Wesch, ponieważ ja sam chciałem, żeby walka była taka "łagodna" i szybka, ponieważ mam swój powód, który dotyczy następnej bitwy, która zakończy się... nie powiem jak:).
-
Cóż, jeśli się nie mylę minęło już około pół roku (120 dni, jak twierdzi czerwony napis który ukazał się mi nad postem), odkąd byłem na forum ostatni raz, nie licząc, zaglądania do działu o modach. No więc postanowiłem kontynuować opowieść, a konkretniej zacząć nową. Nie będę dłużej gadał tylko od razu umieszczę tu przygotowany wcześniej prolog.
"Kroniki Calradii Tom II - Kroniki Zendar"
Prolog
Słońce powoli wschodziło nad Zendar. Miasto zaczynało budzić się do życia, mieszkańcy wychodzili na ulicę by porozmawiać, coś zjeść, i dowiedzieć się czegoś ciekawego od wędrownych kupców. Tak było codziennie. Mimo to ta "rutyna" odpowiadała mieszkańcom miasta. Cieszyli się każdym dniem życia, mimo iż niemalze każdy był taki sam. Cieszyli się, bo byli Wolni. Nie wiedzieli dlaczego cesarz Gildor III dał im ten niezwykły, bezcenny przywilej. Wiedzieli to tylko mnisi z klasztoru, i miejski konstabl - Herek.
Zendar było bardzo dużym miastem, zbudowanym na planie prostokąta. Otoczone było wysokim murem z jasnoszarego kamienia. Domy w Zendar stały w równych rzędach na całej długości i szerokości miasta. Były dwupiętrowe, zbudowane z cegły. W każdym mieszkały trzy rodziny, po jednej na piętrach i jedna na parterze. Przez środek miasta biegły dwie, szerokie, brukowane drogi. Zaczynały się przy kazdej z czterech miejskich bram, a spotykały się w samym centrum miasta - rynku. Na jego środku stał ogromny posąg -Delarona, bohatera Calradii, jak twierdzili znawcy Kroniki. Na samym rynku kwitnął handel. Sprzedawcy wystawiali swe towary na licznych, kolorowych straganach. Oprócz tego na rynku znajdowała się także arena - centrum miejskiej rozrywki, warsztaty rzemieślnicze, wielka, kamienna siedziba konstabla i klasztor Braci Kronikarzy, prowadzących bibliotekę, i zajmujacych się medycyną. Zendar znane było w całej Calradii jako wielki raj dla kupców. Było przystankiem i głównym celem dla większosci karawan.
Mimo, iż na ulicach wciąż było cicho, to w klasztorze gwar, krzyki i wrzaski nie pasujące wogóle do tego miejsca słychać było już od poprzedniego wieczora...
- Nie lenić się!!! Musimy znaleźć tę księgę!!!
Osobą, która wydawała te potworne krzyki był ojciec Maurycy, mnich z pobliskiego klasztoru, zajmujący się biblioteką. Był bardzo młody, jak na mnicha, miał zaledwie dwadzieścia osiem lat. Wszyscy mówili na niego "ojcec Maurycy" ale on wolał, gdy nazywano go po imieniu. Tego dnia był niezwykle zdenerwowany. Ofiarami jego wrzasków, byli jego pomocnicy. Od poprzedniego dnia szukali pewnej księgi.
-Ruszajcie sie szybciej, jeśli nie zdążymy, sprowadzimy hańbę na całe miasto!!!
-Dobrze, ojcze Maurycy.
-Nie zdążymy, napewno nie zdążymy, już po honorze miasta i moim, ba całego klasztoru. -rozpaczał
Wtem zza jednego z największych regałów rozległ się okrzyk radości.
-Mam, znalazłem!!! - krzyczał niewysoki chłopiec
-Co?! Niemożliwe!!! Alvirze de Nalsij, jeśli mnie okłamujesz to...
-Czy ja cię kiedyś okłamałem, Maurycy?
-Dobrze, pokarz gdzie ta księga.
-Tam, na górze.
Wskazywał na ogromną, okutą księgę, zatytuowaną "Cronis des Calradis ils II, Cronis des Zendari" , co w języku starocalradyjskim oznaczało "Kroniki Calradii tom II, Kroniki Zendar"
Mnich był niezwykle szczęśliwy "cesarz, będzie zadowolony"- myślał.
Nagle drzwi biblioteki się otworzyły, i wszedł do niej orszak zbrojnych, z postawnym rycerzem na czele.
-Jestem sir Goldwir z dworu cesarza Gildora III. Przybyłem po księgę, o ktorą prosił cesarz. - powiedział rycerz
-Oczywiście, tutaj jest. - mówił zdenerwowany Maurycy
-Proszę.
-Dziękuję bardzo mnichu. Dobrze, czas nagli wyruszamy.
-Poczekaj proszę, panie, czy mógłbyś zabrać ze sobą tego oto chłopca? Przydałby ci się dodatkowy pachołek, a ten tutaj nie zna świata poza Zendar. Opiekuję się nim od dawna, nauczyłem go nawet starocalradyjskiego. Na imię ma Alvir.
-Hmm, Alvir? A na nazwisko?
-De Nalsij, panie - powiedział Avir osobiście
-Alvir de Nalsij.
-De Nalsij? Hmm, interesujace. Dobrze, wezmę go ze sobą, rzeczywiście przydałaby mi się dodatkowa służba. Szykuj się więc chłopcze, wyruszamy jutro o świcie.
Alvir był niezwykle szczęśliwy, że zobaczy dwór samego cesarza, wprost nie mógł w to uwierzyć. Następnego dnia wstał wcześnie rano, nie mogąc spać ze szczęścia. Gdy wyruszyli, liczył na podróż pełną przygód, była ona jednak długa i nudna. Pewnej nocy, we śnie Alvir wspominał wszystkie wydarzenia zawarte w Kronice, które znał niemalże na pamięć...
CDN
-
Hmmm.... Po pierwsze, o wiele, wiele, wiele lepiej piszesz ode mnie, po mimo paru literówek (chodzi o niektóre słowa, brak polskich znaków) ale to szczegół. Bardzo podobał mi się prolog :). Oczekuję na ciąg dalszy. ;)
Pozdrawiam
Theoden.
-
Popieram przedmówce. Nastrojowy klimat zbudowałeś, nie wiem czy mogę ale proszę Cie o to abyś nie postanowił zrobić z tego kolejny oklepany schemat młodzieńca który chce być królem. To tylko moje zdanie(nie musisz w ogóle się tym przejmować). Chodzi mi o to że po przeczytaniu tego rozdziału poczułem fajny klimat i oby tak dalej. Miło się czyta ,ja niekiedy narzekam na to co napiszę i brak weny do mojego opowiadania że masakra. Tobie życzę sporo chęci i zamieszczaj kolejną część , czekamy;)
Ah,i pozwolę sobie zamieścić ocenę;)
7/10 (nie wiem jak dalej Ci pójdzie i czego mamy się spodziewać dlatego 7)
-
Bardzo dziękuję za komentarze. Aha, Aldred, co do twoich "obaw" o losy opowieści, to powiem ci tyle, że nikt żadnym nowym cesarzem nie zostanie;). Ogólnie postanowiłem, że ta część Kronik zostanie poświęcona Zendar i jego historii od założenia, do największych lat świetności. Poszczególne opowiadania będą pojawiały się w kolejnych momentach podróży i na samym dworze cesarza. Chodzi o to, że cesarz, jako wielki "fanatyk" historii Calradii poprosił o "Kroniki Zendar" by w obecności największych swoich doradców wyszukać błędy, ale i osiągnięcia dawnych mieszkańców Calradii. Tak więc historia "bieżąca" (Alvira i innych bohaterów) przeplatać się będzie z opowieściami i legendami dotyczącymi samego Zendar. Postanowiłem, że kolejne części mojej kroniki (do których mi jeszcze daleko, i o których nie chcę myśleć, żeby nagle nie stracić pomysłów do tej części) to będą kolejne księgi odczytywane na dworze Gildora III, dotyczące historii ludzi zamieszkujących Calradię, tak wiec każdy nowy rozdział będzie odrębną opowieścią dotyczącą historii opisywanej kultury (w tym przypadku Wolnych Ludzi z Zendar). A jako, że mam mnóstwo pomysłów i chcę je wszystkie (no, prawie wszystkie) wykorzystać, to pierwsza opowieść dotycząca samego założenia Zendar pojawi się już dziś. Nie wiem dokładnie kiedy (zależy od tego kiedy wena mnie "odwiedzi").
A więc zamieszczam tu pierwszą opowieść, może wydawać się krótka, ale taka miała być, kolejna pojawi się w najbliższym czasie (mam nadzieję).
"Kroniki Calradii Tom II - Kroniki Zendar"
Opowieść pierwsza
"Przez sól do wolności"
W roku 854 trzeci cesarz Calradii - Delaron I wysłał w góry na granicy Swadii i ziem Vaegirskich ekspedycję, której zadaniem było odszukanie soli - białego złota. W nagrodę mieli oni dostać Zendari, czyli Wolność, a cesarz miał wybudować dla nich miasto o takiej właśnie nazwie - Zendar.
W obozie górników panowała nieprzyjemna atmosfera. Poszukiwania soli trwały już ponad cztery lata. Z dziesięciu tysięcy wysłanych ludzi przy życiu pozastała połowa. Pozostali zrezygnowali. Mimo to nikt z pozostałych nie wątpił w sens wyprawy, no może prawie nikt...
-Martin ty obiboku, wstawaj robota czeka!!!
-Ehh, zaraz, przecież dopiero co słońce zaczęło wschodzić, daj jeszcze pospać, wczoraj w nocy musiałem zmienić jakiegoś przeklętego kalekę, który rzekomo "poważnie ucierpiał wskutek złamania ręki, co uniemożliwiło mu dalszą pracę".
-Ty chyba żartujesz?! Przecierz ze złamaną ręką nie da się pracować! A zresztą co się dziwisz, że ciebie wybrali żebyś go zmienił, przecierz tylko ty nie przepracowałeś wszystkich godzin obowiązkowych, pamiętasz?!
-Kłamstwa tych przekletych strażników, jasne że przepracowałem...
-No oczywiście, że tak!!! Przepracowałeś, ale tylko pod warunkiem, że bieganie po obozie do beczki z piwem i z powrotem można pracą nazwać!!!
-No a nie? Nie wiem co za imbecyl postawił tę beczkę tak daleko od środka naszego obozu, w pozostałych mają dobrze ustawioną. A przy okazji, nie chcesz napić się piwa? Trochę zostało ze wczoraj.
-Po pierwsze sam tę beczke ustawiłeś tak daleko idioto, kiedy jeszcze miałeś tam swój namiot, a po drugie nie prubuj mnie przekupić piwem, ruszaj się, robota czeka!
-Ehh dobra juz idę, ale nie wrzeszcz już tak Ulmir, dobra?
Martin był najmłodszym, i zdecydowanie najbardziej leniwym członkiem ekspedycji. Zgłosił się tylko dlatego, bo jak twierdził jego życie i tak jest nudne i nie ma nic lepszego do roboty.
Ulmir był za to znacznie starszy i bardzo pracowity. Miał czarne włosy i brodę, był niewysoki, znacznie niższy od Martina, ale za to sporo silniejszy.
Gdy dotarli na miejsce zbiórki, większość obozu już tam była. Wszyscy ustawiali się w kolejce do dużego stołu na środku obozowiska, przy którym żony pracowników rozdawały wcześniej przygotowane racje żywności. Obóz był dosć duży, położyny był w niewielkiej kotlinie. Składał się z około dwustu namiotów. Mieszkało w nim prawie tysiąc pracowników z żonami. Żywność otrzymywali od cesarstwa, ze specjalnie przygotowanych dostaw. Kazdy obóz, a było ich pięć równej wielkości, otrzymywał jedna dostawę na tydzień. Nie było to wystarczająco dużo porzywienia, by wyżywić tylu ludzi, dlatego ci z robotników, którzy wiedzieli co nieco o polowaniu, zdobywali pożywienie w zamian za zwolnienie z pracy.
Po śniadaniu wszyscy skierowali się w kierunku kopalni. Nikt się nie cieszył, ani nie smucił. Gdy zeszli na sam dół szybu, jeden z młodszych robotników o imieniu Reldi podszedł do Ulmira.
- Ulmir, ty jesteś doświadczonym górnikiem, powiedz nam proszę, na jakiej głębokości jesteśmy dokładnie?
-Hmm, będzie jakieś kilkaset stóp, może pięć setek, może sześć.
-Aha, czy to już wystarczajaco głęboko?
-Moim zdaniem tak, tutaj możemy rozpocząć ponewne poszukiwanie.
Wszyscy wysłuchali Ulmira i natychmiast wzięli się do pracy. Ulmir był dla wielu młodszych górników autorytetem, człowiekiem, który nigdy się nie poddaje.
Wszyscy pracowali ciężko, w ciszy. Nikt się nie odzywał. Nikt nie chciał przeoczyć choćby najmniejszej bryłki niezwykle cennej soli. Gdy grupa Ulmira zakończyła swoją pracę, nie znajdując nic ciekawego, do kopalni weszła grupa Oliviera, w której znajdował się między innymi Martin. Niechętnie postanowił jednak zaszczycić kolegów swoją obecnoscią, wspominając poranną rozmowę z Ulmirem. Po kilku godzinach cięzkiej pracy stało się coś strasznego. Strop kopalni się zawalił, a kamienie przygniotły starego Oliviera. Gdy kurz opadł, okazało się, że poza dowódcą grupy nikt nie zginął. Takie wypadki zdarzały się nieczęsto, tak więc morale górników straszliwie spadło. Wszyscy wzięli się za wydobycie z gruzów ciała Oliviera, nawet Martin. Gdy pozostali wyszli, on pozostał w kopalni jeszcze chwilę. Gdy odwrócił się by wyjść z szybu, coś mignęło mu przed oczyma. Nie mógł dokładnie określić, co to było. Wziął do ręki pochodnie, i poświecił w miejcu, w którym strop się zawalił. Gdy tam spojrzał, zaparło mu dech w piersiach. Znajdowało sie tam Ogromne złoze soli.
Martin natychmiast wybiegł z kopalni by powiadomić resztę. Zmutek po srtacie kolegi zszedł na drugu plan. Teraz wszyscy cieszyli się, z odkrycia Martina.
Przez następne dni z obozu Ulmira wysyłani byli posłańcy do pozostałych obozowisk, w celu powiadomienia o odkryciu pozostałych. Jak się później okazało, inni także odnaleźli sól w swoich kopalniach. Po kilku miesiącach w miejscu, gdzie znajdowały się obozy, stanęły niewielkie osady, w których mieszkali gornicy, którzy nie chcieli odejsć do nowego domu, twierdząc, że tu jest ich miejsce. Po kilku latach na granicy ziem swadiańskich i nordyckich pojawiło się niewielkie jeszcze wtedy miasto, Zendar.
CDN
-
Szczerze, to miło mi się czytało, lecz czasem lekko atmosferę psuły te błędy. :/ No ale nic się nie stało, zapewne szybko pisałeś tę część. Ale ogólnie, to również i ta opowieść mi się podobała, choć krótka, ale była ciekawa. :)
-
Nowy rozdział/opowieść, a raczej jego pierwsza część (będzie dość długi) ukarze się dopiero jutro. Wysłałbym go dziś, ale gdy kończyłem pisać komputer na chwile stracił zasilanie, i to co napisałem nie zapisało się:(. Bardzo przepraszam, za tak długie zwlekanie.
Przepraszam bardzo, Wszystkich czekających na kolejną część, pojawi się jutro, ale za to w całości. Dziś nie dałem rady bo... a co będę gadał, wakacje są, ciekawsze się rzeczy do roboty ma niż ślęczenie nad klawiaturą i pisanie (Warband), i mniej ciekawe też (rwanie malin, mieszkanie na wsi zobowiązuje do pracy, no niestety nie tylko przy kompie się żyje;)).
Nie przeczę, zapisywanie moich rozmyślań na temat historii Calradii jest moja pasją, nie mniejszą niż historia ogólnie, ale jednak są też inne rzeczy, które można robić (Warband). Jeszcze raz bardzo przepraszam zainteresowanych tym, co piszę, i no cóż, Warband czeka ;)
-
Powiem ci kolego, że jedziesz na wyobraźni.
Twoja opowieść to sucha kronika, którą niestety sucho się czyta, nie ma tam ani grama emocji, niestety. Także budowa zdań siada, częste powtórzenia, błędy... to wszystko psuje nastrój.
Ale cóż, o kronikę nie ma co się czepiać, takie już one są... mimo wszystko można by wprowadzić coś ciekawszego, bo ja po pierwszej "częsci" dalem sobie spokoj.
Pozdrawiam
-
E tam... Mi się podoba. Tylko szkoda, że nie poznaliśmy dalszych losów Delarona i zakończenia tej wielkiej wojny. Po prologu sądzę, że już jest dawno po wydarzeniach z poprzedniej części (przecież żyjącym nie stawia się pomników). Być może w trzeciej części wypełnisz lukę pomiędzy pierwszą a drugą częścią kroniki... zobaczymy.
-
Co do twojego komentarza Mortis to cóż mogę powiedzieć, do głowy przychodzi mi tylko jedno "O gustach się nie dyskutuje" a co do tego, że to co piszę to "sucha kronika", masz trochę racji. Przepraszam bardzo za błędy ortograficzne, ale no cóż piszę na świeżo, do tego w dokumencie word pad, który mi tych błędów nie ukazuje, a sam pisząc na szybko nie przywiązuje do nich większej uwagi (dlatego od dziś znów zaczynam pisać od razu na tawernie). Co do dzisiejszego rozdziału, miał się pojawić dziś rano, ale gdy go kończyłem komputer znowu odmówił posłuszeństwa i wszystko się usunęło (uroki korzystania z dziewięcioletniego kompa)... Jedno jest pewne rozdział ukarze się dziś, nie wiem czy w pełnej okazałości, czy w większości, ale się ukarze (trzymajcie mnie za słowo). Dobra a ja idę jeść śniadanie, bo zgłodniałem i komputer mi humor popsuł:(.
Dobra, więc zamieszczam kolejny rozdział, jest to jego pierwsza część, a będzie ich prawdopodobnie trzy, tak więc niektórym może wydawać się krótki (bo taki jest).
Kroniki Calradii Tom II - Kroniki Zendar
Opowieść druga - "Przybysze"
Cz I
Noc była już w pełni. Na niebie ujrzeć można było księżyc w pełnej okazałości. Droga prowadząca do Zendar nie była oświetlona, choćby nawet jedną, najmniejszą latarnią. Mimo to dwójka wędrowców poruszała się nią od świtu, kierując się do coraz bliższego Zendar, robiąc tylko krótkie i nieliczne postoje. Obaj podróżnicy byli mniej więcej równi wzrostem i obaj nosili ciemnoszare płaszcze z kapturami zakrywającymi im niemalże całą twarz. Od dłuższego czasu rozmawiali ze sobą :
-Ej Drimnorze, jedziemy do tego Zendar i jedziemy, a jego nie ma.
-Nie nam, tak doświadczonym podróżnikom narzekanie na trudy podróży, Vilianie.
-Ehh, jak zwykle masz rację, przyjacielu. Ty się na tym lepiej znasz, powiedz, ile to godzin już tak jedziemy od ostatniego postoju?
-Będzie z sześć, może siedem, a co?
-Zastanawiam się, czy by może jeszcze chwilę nie wypocząć?
-Zbyt wielkie ryzyko, przyjacielu. Jeśli się zatrzymamy to jak nas bandyci nie napadną to wilki zjedzą, lepiej jedźmy dalej, do świtu przynajmniej.
-Dobrze, jak chcesz, ale powiedz mi, co w tym Zendar takiego, że ci tak pilno, bo wiesz, skoro jedziemy razem...
-Już mówiłem, to moja sprawa, a to że ze mną jedziesz to twój pomysł i twoja odpowiedzialność.
-Dobra, jak nie chcesz mówić to nie mów, ja nie będę się uprzykrzał.
-Mówisz to już siódmy raz, przyjacielu, ale od teraz trzymam cię za słowo.
Nagle na drodze ukazało się kilku zbrojnych ludzi. Było ich co najmniej pięciu, a w każdej chwili mogli pojawić się następni.
-Głowę dam sobie uciąć, jeśli nie zbóje! - powiedział do towarzysza Vilian
-To nastawiaj karku, już obcinam, przecież to są strażnicy, nie widzisz, że jeden jakiś sztandar trzyma? Pewnie z Zendar, a są tu zapewne na zwiadzie, muszą mieć niedaleko stróżówkę, do miasta jeszcze z pół mili.
Nagle rozmowę przerwał dowódca strażników trzymający chorągiew.
-Kto wy i czego tu szukacie o tej godzinie? Mówić zaraz!!!
-Spokojnie, bez nerwów, jesteśmy zwykłymi podróżnikami zmierzającymi do Zendar szlachetny panie. - odpowiedział Drimnor
-Jaki dowód macie na to?
-Najlepszy z nich to my sami, bandyci by się we dwóch nie zapuszczali tak blisko miasta, a w dodatku uciekli by na wasz widok.
-Co racja, to racja, a więc mówicie, że do miasta zmierzacie? To się dobrze składa, właśnie kończyliśmy zwiad i nasz oddział także powraca do Zendar, już zostaliśmy zmienieni. Pozwólcie panowie, że was odprowadzimy, drogi niebezpieczne teraz, łatwo o spotkanie bandy zbójów.
-Bardzo dziękujemy za propozycję, chętnie wyruszymy razem z wami.
Strażnicy byli uzbrojeni tylko we włócznie i sztylety, niektórzy mieli także tarcze. Nosili także materiałowe kaftany i tabardy z herbem miasta. Jedynie ich dowódca miał lepszy rynsztunek w postaci metalowego hełmu, kolczugi i miecza. Wędrowali tak przez ponad dwie godziny, a miasta wciąż nie było widać. Wydawało się, że po drodze nie spotka ich żadna przygoda,. Nagle z pobliskich zarośli wybiegła grupa zbrojnych w długie noże, maczugi, łuki i oszczepy ludzi. Byli to bandyci. N a ich widok strażnicy natychmiast uformowali szereg. Napastników było około dwudziestu. Niektórzy, uzbrojeni w broń zasięgową ostrzelali skromną formację strażników, po czym zaatakowali. Widać było, że nie zamierzali ustąpić. Oddział trzymał formację tylko przez kilka minut, później się rozpadła. Vilian i Drimnor widząc to zrzucili płaszcze i dobyli ukrytych pod nimi, długich mieczy. Jako, że szli pieszo, by dać wypocząć koniom, tak też musieli walczyć. Strażnikom w międzyczasie udało się usiec kilku bandytów, jednak dwóch żołnierzy zostało zabitych. Bandyci nie ustąpili, dalej atakując. Gdy Drimor i Vilian dobiegli do walczących strażników, nieżywych było ich już trzech. Jak się okazało podróżnicy obeznani byli z walką mieczem, gdyż szybko położyli dwóch kolejnych bandytów. Szczególnie dobrze radził sobie Drimnor. Było tak do momentu, w którym został otoczony przez trzech bandytów. Stał nieruchomo z mieczem trzymanym oburącz, przyglądając się napastnikom. Spokojnie czekał, aż zaatakują. Nagle jeden z nich ruszył ku Drimnorowi wymachując nad głową maczugą. Widząc to podróżnik poczekał chwilę, a gdy przeciwnik zadał cios, zrobił unik półobrotem jednocześnie atakując z prawej strony uderzając w plecy przeciwnika, który zachwiał się, po czym padł martwy. Widząc to do ataku rzucili się pozostali, atakując z dziką furią, ale wędrowiec blokował każdy ich cios z łatwością. Gdy uznał, że ma już dość tej zabawy kopnięciem odepchnął jednego z przeciwników, po czym wyprowadził potężne pchnięcie prosto w jego brzuch, następnie obrócił się ku kolejnemu przeciwnikowi jednocześnie atakując ciosem z góry i uderzając wroga prosto w głowę. Vilian nie radził sobie gorzej, i w tym czasie zabił dwóch bandytów serią celnych ciosów. Po kilku chwilach bitwa zakończyła się, wszyscy bandyci nie żyli. Zginęło także trzech strażników i jeden został raniony.
-Dziękuje wam przyjaciele za pomoc. - powiedział dowódca strażników - Muszę pochować naszych poległych towarzyszy, po czym wyruszę do stróżówki powiadomić głównodowodzącego. Cóż, do miasta już niedaleko, wątpię by mogło się jeszcze coś złego panom przytrafić.
-Dziękujemy za ochronę, i współczujemy śmierci towarzyszy, pomoglibyśmy przy pochówku, ale czas nagli, a ja jeszcze dziś muszę byś w Zendar. - powiedział Drimnor, po czy odwrócił się i wyruszył wraz z przyjacielem w dalszą podróż...
CDN
-
Będzie Ciąg dalszy? I kiedy?