Jechał z zawrotną prędkością w ciemnym tunelu, leżąc na dość długiej, co najmniej dwumetrowej drezynie. W powietrzu unosił się słaby zapach spalenizny i Artem pomyślał z niedowierzaniem, że pojazd chyba jest na benzynę. Oprócz niego na drezynie było czterech ludzi i duży, brązowy podpalany pies. Jednym z czwórki był ten, który uderzał Artema po policzkach, drugi okazał się brodatym facetem w czapce uszance z naszytą czerwoną gwiazdą i w waciaku. Za plecami kołysał mu się długi automat, w rodzaju tej „motyki”, którą Artem miał wcześniej, tyle że z dodatkowo przytwierdzonym pod lufą bagnetem. Trzecim był chłop na schwał, którego twarzy Artem nie mógł z początku dojrzeć, a potem o mało nie zeskoczył na tory ze strachu: jego skóra była bardzo ciemna, i dopiero kiedy mu się przyjrzał, trochę się uspokoił: to nie był czarny, odcień skóry był zupełnie inny, a i twarz miał on normalną, ludzką, choć z nieco wydętymi wargami i spłaszczonym jak u boksera nosem. Ostatni z nich posiadał względnie zwyczajną powierzchowność, za to jego piękna, szlachetna twarz i męski podbródek przypominały Artemowi trochę plakat z Puszkińskiej. Ubrany był w szykowną skórzaną kurtkę przewiązaną szerokim paskiem z podwójnym rzędem dziurek i oficerskim bandoletem, a z pasa zwisała mu imponujących rozmiarów kabura. Z tyłu drezyny pobłyskiwał karabin maszynowy diegtiariowa i dziarsko powiewała czerwona flaga. Kiedy padł na nią przypadkowy promień latarki, stało się jasne, że to nie do końca sztandar, a właściwie, że to w ogóle nie jest żaden sztandar, ale oberwany strzęp materiału z czarną podobizną brodatej twarzy. Wszystko to razem o wiele bardziej przypominało bzdurne przywidzenie, niż jego wcześniejszy sen z Hunterem, który bez litości wyrżnął całą Puszkińską.
– Ocknął się! – zawołał radośnie ten z wąskimi oczami. – No, wisielec, gadaj, za co to było?
– Oficera im… zastrzeliłem – wyznał niechętnie.
– No, to niezły kozak z ciebie! Tak to się robi po naszemu! Tak ich trzeba! – skomentował z entuzjazmem wąskooki, a potężny ciemnoskóry chłopak siedzący z przodu odwrócił się do Artema i podniósł brwi z uwagą. Artemowi przemknęła przez głowę myśl, że ten to już na pewno kaleczy słowa.
– Czyli nie na próżno zrobiliśmy tam taki burdel – uśmiechnął się szeroko wymawiając wszystko tak nienagannie, że Artem pogubił się i nie wiedział już, co myśleć.
– Jak cię zwą, bohaterze? – spojrzał na niego przystojniak w skórze, i Artem przedstawił się.
– Ja jestem towarzysz Rusakow. To jest towarzysz Banzai – ten w kurtce wskazał wąskookiego. – To towarzysz Maxim – ciemnoskóry znów wyszczerzył zęby w uśmiechu – a to towarzysz Fiodor.
Do psa doszedł na końcu. Artem zupełnie by się nie zdziwił, gdyby jego też przedstawiono jako „towarzysza”. Ale pies nazywał się po prostu Karacupa. Przy tym, szybko się wyjaśniło, że wszyscy zwracali się do siebie nawzajem trochę inaczej. Do dowódcy mówili „towarzyszu komisarzu”, ciemnoskórego nazywali raz Maksimka, innym razem Lumumba, wąskookiego po prostu Banzai, a brodacza w uszance – wujek Sasza.
– Witamy w Pierwszej Międzynarodowej Czerwonej Brygadzie Bojowej Metra Moskiewskiego imienia Towarzysza Ernesto Che Guevary! – zakończył uroczyście towarzysz Rusakow.
Artem podziękował i umilkł. Najbardziej intrygowała go fizjonomia na trzepoczącym na wietrze płótnie, i nieśmiało zapytał:
– A kto to jest na waszej fladze? – w ostatniej chwili powstrzymał się, żeby nie chlapnąć „na waszej szmacie”.
– A to, bracie, jest właśnie Che Guevara – wyjaśnił mu Banzai.
– Jaka czegewara? – nie zrozumiał Artem, ale po nabiegłych krwią oczach towarzysza Rusakowa i drwiącym uśmieszku Maxima domyślił się, że palnął głupstwo.
– Towarzysz. Ernesto. Che. Guevara – odmierzył każde słowo oddzielnie komisarz. – Wielki. Kubański. Rewolucjonista.
Teraz wszystko zabrzmiało o wiele czytelniej, i chociaż nie stało się bardziej zrozumiałe, Artem postanowił zrobić entuzjastyczny wyraz twarzy i zamilknąć. W końcu ci ludzie uratowali mu życie, i denerwować ich teraz swoją ignorancją byłoby nieuprzejmie.
– Dlaczego to zrobiliście? Czemu mnie… odbiliście? – próbując znaleźć odpowiednie słowo spytał Artem.
– Planowy wypad. Dostaliśmy informację – uśmiechając się tajemniczo, wyjaśnił Banzai.
– O mnie? – spytał z nadzieją Artem, który po słowach Chana o jego specjalnej misji, zaczął wierzyć we własną wyjątkowość.
– Nie, ogólną – Banzai zrobił ręką nieokreślony ruch – że planują bestialskie mordy. Towarzysz komisarz postanowił temu zapobiec. Poza tym, takie mamy zadanie: szarpać te swołocze cały czas.
– Z tej strony nie mają barykad, nawet żadnego mocnego reflektora, tylko zwykłe posterunki z ogniskami – dodał Maksimka. – No to przejechaliśmy prosto przez nich. Niestety, trzeba było użyć cekaemu. A potem granat dymny, my w maskach przeciwgazowych, ciebie żeśmy zdjęli, tego domorosłego esesmana szybko osądziliśmy trybunałem rewolucyjnym, i wio z powrotem.
Wujek Fiodor, milczący i popalający jakieś świństwo, które dymiło tak, że aż oczy łzawiły, nagle się przejął:
– Tak, mały, porządnie ci tam przylutowali. Chcesz spirytu? – i, wyciągnąwszy ze stojącej na drezynie żelaznej skrzynki do połowy opróżnioną butelkę z jakimś mętnym płynem, potrząsnął nią i podał Artemowi.
Ten potrzebował dużo odwagi, żeby wziąć łyk. W środku jakby ktoś przejechał mu papierem ściernym, ale imadło, które ściskało mu głowę przez ostatnią dobę, nieco puściło.
– Czyli jesteście… Czerwoni? – spytał ostrożnie.
– My, bracie, jesteśmy komuniści! Rewolucjoniści! – powiedział z dumą Banzai.
– Z Linii Czerwonej? – drążył Artem.
– Nie, sami z siebie – jakoś niepewnie odrzekł tamten i szybko dodał: – To ci wyjaśni towarzysz komisarz, on jest u nas na odcinku ideologii.
Towarzysz Rusakow po jakimś czasie wrócił i oznajmił:
– Wszędzie cisza – jego wspaniała, męska twarz wyrażała spokój. – Możemy zrobić przerwę.
Nie było z czego rozpalić ogniska. Mały czajniczek powiesili nad maszynką spirytusową i rozdzielili po równo kawałek zimnej wieprzowej szynki. Jadali, jak na rewolucjonistów, podejrzanie dobrze.
– A dlaczego jesteście przeciw faszystom? To znaczy, ja też jestem przeciw, ale wy jesteście rewolucjonistami, i…
– My tak te gnidy za Hiszpanię, za Ernsta Thälmanna i drugą wojnę! – zaciskając wściekle zęby, wycedził towarzysz Rusakow, i choć Artem znów nic nie zrozumiał, ustrzegł się błędu i nie zdradził swojej niewiedzy.
Kubki wypełniły się wrzątkiem i wszyscy się ożywili. Banzai zaczął zasypywać brodacza jakimiś idiotycznymi pytaniami, ewidentnie, żeby go zdenerwować, a Maksimka, przysiadłszy się do towarzysza Rusakowa, cicho zapytał:
– A powiedzcie, towarzyszu komisarzu, co marksizm-leninizm mówi o bezgłowych mutantach? Mnie to już od dawna niepokoi. Chciałbym być mocny ideologicznie, a w tej kwestii ciągle mam lukę – jego olśniewająco białe zęby błysnęły w uśmiechu wyrażającym poczucie winy.
– Widzisz, towarzyszu Maximie – nie od razu odpowiedział komisarz – to jest, bracie, trudna sprawa – i głęboko się zadumał.