Forum Tawerny Four Ways
Mount&Blade Warband => Warband Singleplayer => Wątek zaczęty przez: DimoN w Maja 09, 2010, 11:11:09
-
Witam.Nie znalazłem takiego wątku więc zakładam go,dotyczy on naszych opowiadań z M&B WarBand ale mogą być też wymyślone.Byłem kiedyś na forum o grze Racer i tam w tym wątku był gorący po 3 dniach :)
Na początek.Był rok 1093 ,grupka ludzi z różnych stron świata szukała różnych skarbów itp.Gdy Przepływali znaleźli dosyć sporą wyspę.Budowali tam wioski i miasta oraz zamki.Tych ludzi było 6.Każdy z osobna założył swoje królestwo.Więc powstało Królestwo Swadii , Królestwo Rhodoków , Królestwo Vaegirów , Królestwo Nordów , Sułtanat Sarrinidzki i Khanat Khergicki.Królestwa rozbudowywały się po latach i stawały się coraz mocniejsze i silniejsze.Wysp nazwano Carladią.Wtedy przybyłem ja, Otton.Tak miałem na imię,mój ojciec był myśliwym a ja podczas młodości byłem kształciłem się u kowala.Przyszły lata dorosłości a więc wyruszyłem z Europy do Carladii.Dołączyłem się wtedy do Swadiańskiej karawany do Praven.Byłem nie zbyt bogato wyposażony,siekiera ,włócznia i jakieś ubrania z butami.Usłyszałem jak by ktoś wołał "Uważaj !" "Uciekaj w stronę tawerny!" Nie kłamiąc przestraszyłem się,wtedy widziałem z daleka jak podbiegał do mnie najemnik i mieczem.Był raczej przygotowany by mnie zaatakować,nie wiedziałem co robić.Przybiegł do mnie i skaleczył mnie w ramie,ponieważ trochę odszedłem,wtedy wziołem moją siekierkę i zaczeła się walka.Z nie wielkim trudem pogonałem go,wtedy dowiedziałem się co to znaczy słowo "Bitwa".Wtem podszedł do mnie jakiś człowiek.Był on kupcem z Praven.Zaprowadził mnie do swojego domu i powierzył mi pierwsze zadanie.Musiałem przyprowadzić lekki oddział w około 8 osób.Werbowałem ludzi z pobliskich wiosek i przyszedłem do niego drugi raz.Powiedział ,żebym uwolnił z kryjówki jego brata.Natychmiast wyruszyłem,ich kryjówka leżała w lesie blisko od Praven.Biegniemy tam z moją drużyną aż dotarliśmy na miejsce.Szczerze mówiąc trochę strachu mnie obleciało ale chciałem być odważny jak mój ojczyn.Po prostu nie bać się niczego tylko to wykonywać.Idę w stronę kryjówki ale po drodze atakują mnie kamykami.Pozabijaliśmy ich aż dotarliśmy do serca kryjówki,tam czekał skuty brat mojego zleceniodawcy.Pokonałem kilka osób lecz niestety jeden z moich ludzi został zraniowny.Zabrałem go na mojego konia i poszedłem po osobę po którą miałem iść.Bardzo mi dziękował i poszedł do swojego brata.Gdy przybyłem do Praven do kupca,odpowiedział mi ,że wyrusza w Strony Azji,ponieważ tu został ograbiony.Jego karawana została ograbiona.Było mi go szkoda ,że pierwszy znajomy wyrusza.Wtem czas ,czyli około tydzień zbierałem oddział.Zebrałem już około 25 ale musiałem i im płacić więc udałem się do Króla Swadii.Przywitałem się i spytałem się czy ma zadanie dla mnie.Moje drugie zadanie było znalezieniem bandyty i go ukarać.Zrobiłem i odebrałem 300 denarów.Bardzo duża kwota dla mnie.Wykarmiłem swoich ludzi i dokupiłem lepszy ekwipunek.Dalej robiłem misje w stylu "Doniesiciela".Zadań było pełno aż byłem z nim na 25 przyjaźni.Wtedy mianował mnie na swojego wasala.
Dalej dowiecie się w następnym poście.
-
Opowiadanko no.. hmm... po prostu opowiedziałeś fabułę wprowadzającą do M&B i różne questy. Każdy to zna. No wymyśliłeś jeszcze początki Calradii... No cóż, może jeszcze się to opowiadanku rozwinie. Mam jedną wielką prośbę... nie popełniaj błędów! Przecież źle napisane wyrazy są podkreślane na czerwono. Poza tym jest opcja "sprawdź ortografię".
Dalej dowiecie się w następnym poście.
No proszę... tylko nie w następnym poście... wykorzystaj opcję zmień, a nie pisz drugiego posta (zwłaszcza, że miał by to być post pod postem). To tyle co mam do powiedzenia. Życzę powodzenia!
Pozdrawiam!
-
Dam ci rade, jak piszesz pisz zwięźle i płynnie a nie tak chaotycznie.
Poza tym dziwne jakbym podszedł do ciebie na ulicy i powiedział: "Cześć fajny jesteś lubię cię na 11, idziemy do baru ?" Nie pisz takiej głupoty, napisz po prostu "byliśmy w przyjaźni"
-
Rok 1410,parne,czerwcowe popołudnie. Geralt,słynny watażka mający pod rozkazami 25 "rezunów" jechał konno wolnym tempem przez las zmierzając do swej kryjówki(w której chciał schować złoto z splądrowanej wioski) w Jastrzębich Górach. Żołnierze śpiewali wesołe wojskowe piosenki i rozmawiali o przyszłych rozbojach. Geralt mający przy sobie swego najlepszego żołnierza,"gwardię przyboczną", doświadczonego choć okrutnego zabijakę Sorokę,spoglądał w niebo po którym latały wrony,strasznie kracząc.
-Zły znak -powiedział Geralt.
-Masz rację.Kraczą nad nami jak nad padliną. Jak myślisz,gdzie teraz jest Rachwelt? -odparł Soroka.
-Nie mam pojęcia,i to mnie przeraża. Spaliliśmy jego wioskę,wymordowaliśmy chłopów i napiliśmy ich głowy na płot. On żyje teraz zemstą,pragnie krwi. Naszej krwi...
-Ukryjemy się w lesie i przeczekamy burzę?
-Nie,Rachwelt rozpuści zwiadowców i jeśli nas nie znajdzie, raczej wypali lasy niż zaniecha pościgu.
-Jakie rozkazy?
-Ciągła gotowość i czujność...
Świst! Ciepła krew trysnęła na twarz Soroki.
-Dostałem w ucho! Kusznicy! Naprzód!
Ptactwo było świadkiem niesamowitego widowiska. 26 jeźdźców wyjechało z lasu na polanę,zatrzymali się,zsiedli z koni i utworzyli ciasne koło. Każdy z wojowników był chroniony przez ciężką zbroję i uzbrojony w długie dwuręczne miecze,kusze oraz topory. A byli to straszni wojownicy,ogromni,masywni,siłą równi turom. Z drugiej strony pędziła chmara tatarskich mołojców,liczna niczym orda. Prowadził ją rycerz jadący na ogromnym koniu,podobnym do żubra. Nagle w powietrzu rozległ się dźwięk piszczałki i chorda runęła na krąg pancernych rycerzy. Wyspa przeciw morzu,taka była różnica wojsk. Lecz wojownicy Geralta nie szukali ratunku.Oni pragnęli pomsty,krwi,postanowili drogo oddać swe życia. Cięcia ich mieczy i toporów były nadludzkie.Zlani krwią wrogów,oszalali ze wściekłości,z okrzykiem na ustach rzucali się w pojedynkę na całe gromady. Powalali jeźdźców i konie,rozcinali ich na pół,rozrąbywali głowy.Soroka z pianą na ustach gromił najtęższych wrogów,gasił dusze ludzkie.Jego wielki topór co chwila spadał w mrowię wrogów,robił krwawe bruzdy w ich szeregach. Rachwelt(on to bowiem był dowódcą tatarów) myślał że ta garstka straceńców wytnie w pień jego doborowy oddział,więc chcąc się ratować spiął swego rumaka ostrogami i pognał w stronę lasu. Jednak baczny na wszystko Geralt chwycił kuszę Soroki i ubił konia pod Rachweltem,po czym formując klin,runą w samobójczym ataku na tatarską ordę chcąc zabić Rachwelta. Krwawe olbrzymy rozdarły tatarów i rozpoczęła się rzeź.Tatarzy zaczęli się poddawać lecz litość zamarła wtedy na ziemi. Padły ich setki,ranni z odciętymi kończynami wykrwawiali się jęcząc z bólu. Geralt z Soroką dogonili Rachwelta na skraju lasu,lecz zdradliwy tatar wyciągną małą,ukrytą kuszę i strzelił do rozpędzonego Geralta...
Geralt zamarł w bezruchu,jego mózg na chwilę przestał normalnie pracować,lecz po chwili dotarło do niego co się stało. Wierny Soroka zasłonił swym ciałem Geralta,przyjmując bełt w brzuch i upadając rzucił swój topór w Rachwelta. Trafił w głowę. Rachwelt padł,brocząc krwią z roztrzaskanej czaszki.Geralt uklękną przy konającym przyjacielu.
-To zaszczyt ginąć przy twoim boku,panie-powiedział z trudem Soroka.
-Nie,zaszczytem jest żyć przy twoim.
Oczy Soroki uciekły wgłąb czaszki a posieczony po twarzy Geralt padł martwy na ciało przyjaciela...
Żołnierze Geralta bezpiecznie wrócili do kryjówki,zabrali z niej złoto które oddali(po połowie) rodzinie dowódcy i Soroki.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Inspirowałem się mistrzem pióra,Henrykiem Sienkiewiczem.
-
Chyba Sapkowskim... Obaj nie słyszeliście o tym, że po znaku interpunkcyjnym stawiamy spację?
Edit: Po za tym to zły dział. Jest dział media. No i offtopic.
-
Hahahaha :D W dziale Warbanda nie mie medii :F
-
Chyba nie czytałeś książek Sapkowskiego i Sienkiewicza. Jeśli nie masz o czymś zielonego pojęcia,siedź cicho.
-
Ja tam nie czytam akurat...
-
Toż to przecież I tom najnowszej powieściu Henryka Sapkowskiego! plagiat! ^^
-
Koniec dyskusji! Lepiej napiszcie jakąś fajną historię.
-
Lipiec 1410 roku. Tawerna "Pod Misiem Kudłaczem". W pomieszczeniu było ciemno,duszno i parno. W migotliwym świetle świecy,przy stole siedział człowiek odziany w czarny skórzany pancerz. Jego twarz była przeorana bliznami,jedna przechodziła przez prawe oko. Nieznajomy pił piwo,nagle poczuł na swym ramieniu ciężką rękę.
-Ujio,jest robota-powiedział wysoki,dobrze zbudowany,łysy człowiek.
-Kto?-odpowiedział Ujio.
-24 siepaczy watażki Geralta i jego psa,Soroki.
-Chciałbym jeszcze trochę pożyć-powiedział Ujio.
-Ja nie pytam cię o zgodę,rozumiesz? W razie odmowy może spotkać Cię nieszczęśliwy wypadek. Jestem bratem Rachwelta,zabitego przez Geralta i jego zbirów. Pragnę pomścić jego śmierć,a ty mi w tym pomożesz!
-50000 denarów.
-Masz pięć dni-odparł Aremus(brat Rachwelta)
Noc. Dom rozpusty u Ardiel.
Przesiadywało w nim 7 żołnierzy Geralta. Ujio wszedł niezauważony, zakradł się za plecy jednego żołnierza. Ogromny,pleczysty żołdak otrzymał cios sztyletem w bok szyi. Krew trysła obficie, jednak wytrzymały bandzior szybko odwrócił się i uderzył skrytobójcę opancerzoną pięścią w nos. Ujio zatoczył się, jednak był pod wpływem narkotyków które eliminowały ból,więc szybko wyciągną katanę i chlasną draba w twarz. Reszta zbirów krzyknęła widząc śmierć kompana. Runęli na zabójcę z wielkim impetem i rozpoczęła się walka. Doświadczenie zbirów w walkach w ciasnocie(w karczmach) brało górę nad umiejętnościami Ujio który parował potężne ciosy i cofał się przed nawałą tytanów. Nagle jeden z żołnierzy nieopatrznie podniósł rękę odsłaniając serce. Wykorzystał ten moment skrytobójca zanurzając ostrze katany w przeciwniku. Ten zwalił się jak dąb,upadając przewrócił kompana. Żołdak próbował wstać lecz ostrze katany przygwoździło go do podłogi. Czterech żołdaków cofnęło się przed skrytobójcą zbijając się w ciasną masę. Jednak zrobili straszny błąd za który zapłacili życiem. Ujio wyczerpany walką musiał szybko ją zakończyć. Wyrwał więc katanę z ciała poległego żołnierza i rzucił ją poziomo w grupę wrogów. Buchnęła krew,dwie głowy znalazły się w powietrzu. Rzut Ujio był bardzo silny dzięki narkotykom. Obaj żołnierze przestraszeni do granic możliwości próbowali uciec przez boczne wyjście. Ujio rzucił sztyletem który wbił się w kark jednego z nich. Ostatni zbir już,już myślał że uda mu się uciec,gdy skrytobójca wykonał niesamowity skok przez całą długość pomieszczenia,upadł na przeciwnika,obalił go i błyskawicznym ruchem skręcił mu kark. Korzystając z zamieszania Ujio wybiegł z domu rozkoszy i znikną w tłumie gapiów na ulicy.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-
Chcesz powiedzieć że nie wyciągnąłeś nic z powieści Sapkowskiego? Z tego co mi wiadomo Henryk Sienkiewicz nie napisał Wiedźmina. A gospoda "Pod Misiem Kudłaczem" znajduje się w slumsach Wyzimy Klasztornej. Jak to wyjaśnisz?
PS. Po myślniku też stawia się spację.
PS2. Nie pisz posta pod postem.
-
Użyłem tylko imienia z Sagi Wiedźmin. Czy to inspirowanie się książką? Reszta jest podobna do opisów walk w Krzyżakach Sienkiewicza. A co do drugiego opowiadania i "Misia Kudłacza" to nie napisałem(o tym opowiadaniu) że nie inspiruję się Sapkowskim. Nie chce zwady.
-
No nie wytrzymam!
Naiwne, infantylne, koszmarny przykład grafomanii... błagam zaprzestań tego procederu!
Bardzo prosze!
-
Wow, gdybyś tego nie odśnieżył SIEG, to by mnie ominęło takie cudeńko.. Zatem - serdeczne dzięki SIEG [ale chyba nie hail?];)
Chłopaku-pisarczyku, dla mnie żondzisz i miarzdżysz kąkuręncję!
Gdybyś przy nicku nie miał 94 to bym pomyślał, że masz cięty dowcip.
A Wy, pany, nie czepiajta się, w wieku 16 (!) lat popełnia się chyba najwięcej błędów (poczynając od tego, że nie chodzi się na język polski do szkoły).
Aż mi krew z nosa "trysła" z wrażenia. I to mocno, jakby była pod wpływem narkotyków.
Pozdrawiam!
ps. Co to za dziwna mania, żeby pisać bzdury typu: gość "wyciągną" miecz, a potem "znikną" w tłumie. Coraz więcej takiego badziewnego języka widzę na forach i już wcale mnie to nie bawi.
-
Pisałem to szybko. Ja z kolei zauważyłem na forum rozmnożenie się chamów. Co ja Ci zrobiłem że tak mnie "jedziesz"? Nie wiem po co ten sarkazm.
-
Pisałem to szybko. Ja z kolei zauważyłem na forum rozmnożenie się chamów. Co ja Ci zrobiłem że tak mnie "jedziesz"? Nie wiem po co ten sarkazm.
Publikując coś uchodzące za pracę musisz liczyć się z krytyką, również tą bardziej "ostrą" i chamską. Takie życie...
-
A kto Cię tak gonił, że musiałeś się spieszyć i natychmiast wklejać na forum, czyli widok publiczny?
Może moje słowa były ostre, czy jak to nazwałeś: chamskie. Per aspera ad astra, człowieku.
I jednak sądzę, że Ci to wyjdzie na zdrowie. Zapamiętasz, żeby nie popełniać pewnych błędów i nie wystawiać się na ośmieszenie (chyba, że jakieś dziwne upodobania?), bo jakbyś się przyłożył, to może ktoś by Ci nie przyłożył - takimi komentarzami.
Ostatecznie jednak rozbawiłeś mnie swą opowieścią, więc życzę powodzenia w tworzeniu. I może trochę więcej lektur - dzięki nim poznasz bardzo ciekawe słownictwo i jeszcze ciekawszą, piękną, polską gramatykę.
Nikt nie jest doskonały, toteż nie poddawaj się. (Rada: kiedy napiszesz cokolwiek, odłóż to na dłuższą chwilę - dzień, tydzień - a nawet miesiąc. Po co? Sam zobaczysz).
Sam kiedyś pisałem, więc wiem co mówię, czy też raczej - piszę.
-
O mój mistrzu! O mój guru! W twym nieomylnym,wszechogarniającym rozumie na pewno narodziło się jakieś wspaniałe dzieło. Uraduj nasze oczy tym niesamowitym opowiadaniem.
-
Hmm... no cóż... i kto tu jest chamski? Kolega dał ci dobrą radę, a ty na niego naskakujesz. Udowodniłeś teraz, że wcale nie jesteś od niego lepszy bo postąpiłeś dokładnie tak jak on! Faktycznie gdybyś się bardziej do tego przyłożył to mogłoby coś fajniejszego powstać. Życzę powodzenia w przyszłości i natchnienia na dalsze prace.
Pozdrawiam!
-
Cholernie denerwują mnie teksty typu "zróbcie coś lepszego a potem krytykujcie". Powiem ci coś co było już wiele razy omawiane: samokrytyka! Zanim coś opublikujesz przeczytaj to, sprawdź po kilka razy i pomyśl czy może się to komuś spodobać! To że ktoś krytykuje twoje ekhem... dzieło, nie znaczy że niema do tego prawa jeśli nie napisze niczego lepszego.
-
By nie rzucać słów na wiatr..
Łowcy głów
- Chłopcze.. - Weimar przyciszonym głosem zwrócił się do klęczącego nieopodal, nagiego i związanego wyrostka - Teraz odpowiedz samemu sobie, czy było warto? Zanim odejdziesz w swą najdłuższą podróż, zrób coś dla siebie i przeproś bogów za swoje marne życie. Za to, coś uczynił wszystkim tym, którzy mieli nieszczęście cię spotkać, nim to ja spotkałem ciebie.
Chłopak załkał niczym dziecko przyłapane przez strasznego ojca na kradzieży. Mimo zachodzącego słońca i kładącego się cienia na pobliskich stokach górskich, ludzie otaczający Weimara dostrzegli strużkę moczu wypływającą spod nóg młodzieńca na kamienie. Pogardliwy grymas wykrzywił twarz pokrytą bliznami. Przywódca dał znak jednemu ze swych ludzi przez skinienie dłoni. Żołnierz podszedł i solidnym kopniakiem twardego, skórzanego buta powalił więźnia na ziemię. Dookoła rozniósł się nieprzyjemny trzask łamanego zęba. Żołnierz, przeklinając kopnął jeńca raz jeszcze, by ten przewrócił się na bok. Z ust młodzieńca, wraz ze strużką krwi dobył się jęk, przerywany chęcią łapczywego złapania powietrza.
- Cholera - zaklął Weimar głośno, widząc żałosny stan początkującego bandyty - Tauler będzie wściekły. Kopnąwszy najbliższy kamień, który poleciał w stronę nieszczęsnego chłopaka, uderzając go tam, gdzie mężczyznę boli najbardziej, usiadł i zamyślił się, nie zważając na ciche śmiechy swych ludzi.
Odkąd zacząłem przyjmować zlecenia na łapanie tego ścierwa, tych górskich szumowin, wszystko idzie coraz gorzej. Weimar - zrób to, idź tam, dobry Weimar, pocałuj mnie w rzyć Weimar. Pieprzony Tauler. Na co mi było wiązać się z takim gnojkiem? Ach, tak. Tauler obiecywał - będziemy bogaci, zobaczysz, Weimar. I nie pierwszy raz złoto okazało się silniejsze od instynktu i doświadczeń. Owszem, Tauler, ten cholerny Tauler, teraz jest bogatszy niż kiedykolwiek. Szlag! Straciłem prawie połowę ludzi w ciągu dwóch miesięcy, nie licząc tych żółtodziobów, którzy przyłączyli się, by szukać chwały i złota. Zginęli od strzał szybciej niż zdążyli wpaść na to, że coś jest nie tak. Trzydziestu dwóch ludzi. O morale nie wspominając - wcale się nie zdziwię, jeśli jutro obudzę się sam. Albo co gorsza - nie obudzę się.
Ta ostatnia banda to było apogeum przekleństwa, które na mnie spadło wraz z Taulerem. - rozważał dalej Weimar - Ścigaliśmy ich tydzień, a na domiar złego - wiedzieli o tym. I zastawili pułapkę w tym cholernym przesmyku. Nader skuteczną, muszę przyznać. Po czym co się stało? A jakże, żółtodzioby.. w amoku pozabijali wszystkich jeńców, psie syny! I gdyby nie to, że prawie wszyscy przy tym zginęli, skończyliby na galerach.
No tak, wszystkich, poza tym tam - spojrzał na starającego się uspokoić, wtedy bandytę, a teraz poszukujące mamusi, zagubione dziecko. Ile za niego dostanę? - pomyślał oglądając drgające od zimnego, jesiennego wiatru nagie ciało chłopca. - Pewnie najniższą sumę. Cholerny Tauler. - splunął z paskudnym grymasem.
- Jak się nazywasz? - spytał dzieciaka, widząc w jego oczach całkowity brak nadziei.
- Nie zabijajcie mnie! - wrzasnął, plując krwią i zakrztusiwszy się, począł dalej się mazać.
- Zadałem ci pytanie, psie. - warknął i skinął na żołnierza, po czym dodał zimno - I wiedz, że mi się odpowiada.
Podczas kilku kopniaków od wyznaczonego przez Weimara oprawcy, starał się przypomnieć sobie ile razy już wypowiadał podobne słowa, ile razy widywał identyczne sceny. Zbyt wiele, pomyślał. W lokalnych wsiach jego imię było dobrze znane, matki straszyły nim swoje dzieci, by przestrzec przed złymi uczynkami. Tak, jego zła sława w ciągu kilku ostatnich lat służenia panom jako najemnik, stała się większa, niż kogokolwiek innego w tej profesji. Może to i dobrze, pomyślał. Przynajmniej mnie zapamiętają.
- Dość - zganił żołdaka odzianego w dobrze utrzymaną kolczugę. Ekwipunek był jedną z rzeczy, o które dbał najbardziej. Tak dla siebie, jak i swoich ludzi. Wiedział, że aby wzbudzać respekt - czyli większe sumy u zleceniodawców, musi dbać o profesjonalny sprzęt. I nakazywał to samo swoim podkomendnym, a za wszelkie uchybienia surowo ganił. - Zabijesz go. Daj mu chwilę na przemyślenie.
- Czy sądzisz, chłopcze, że traciłbym swój cenny czas na takie ścierwo jak ty, gdybym chciał cię zabić? Czy uważasz, że mnie to bawi? - w oku Weimara pojawił się nieprzyjemny błysk - Jeśli tak, to mylisz się. Nie zamierzam cię zabijać. Odpracujesz wszystko z nawiązką. Zostaniesz galernikiem. - zły uśmiech wykrzywił twarz mężczyzny - Twoja banda, niech ją szlag, sprawiła mi nie lada problemów. I dlatego właśnie spotka cię los gorszy od śmierci, choć osobiście wolałbym widzieć jak wykrwawiasz się na śmierć, śmieciu.
- Starczy tych bzdur, ty - zniecierpliwiony wskazał jednego z żółtodziobów - masz go pilnować, albo zajmiesz jego miejsce.
- Tak jest, panie - odrzekł z wiejskim akcentem żołnierz, nieudolnie przytupując na znak przyjęcia rozkazu
Weimar westchnął. Już noc, a rano trzeba dostarczyć towar - pomyślał, po czym poszedł przygotować sobie miejsce do snu. Łowcy poszli za jego przykładem, pomijając strażnika więźnia i dwóch ludzi pełniących wartę na obrzeżach obozu.
*************
To tak tytułem wstępu i kiedy będę miał czas, dokończę.
-
Szkoda że M&B nie pozwala się wcielić w takiego pozbawionego skrupułów najemnika... Kocham narrację pierwszoosobową i choć u Ciebie narrator występuje w 3 osobie to zapiski myśli głównego bohatera tworzą złudzenie iż jest to narracja pierwszoosobowa. Bardzo dobry tekst - demitologizuje pociesznych łowców głów z gry. Ukazuje tą profesje nie jako uganianie się w głupich czapach z kijem za rzecznymi piratami, lecz jako brutalny, wyzbyty z emocji interes.
-
Przez ciebie nie napiszę już żadnego opowiadania, Horn :(
-
Jak wiadomo, każdy z nas, pisząc coś z głębin swej wyobraźni, korzysta z najróżniejszych wzorców i doświadczeń. Im takowych więcej, tym lepiej dla bogactwa intelektualnego naszego tekstu - zaś wielość tychże, pozwala stosować krytykę - oddzielać ziarna od plew, to co dobre, od tego co gorsze, etc.
Dlatego Conradzie, zasmuciła mnie Twa wypowiedź, ponieważ: Nie dość, iż posiadasz własny styl, który, wiem to, kształtuje się dość długo, a ten wykształcony - ulega deformacjom i ciągłym ulepszeniom. (nie ma tu czegoś takiego jak "doskonałość", choć niektórym możnaby ją śmiało zarzucić). Do tego dbasz o język (choć sam przyznałeś się do słabej interpunkcji, uważam, że wymaga to tylko trochę pracy z Twojej strony). A tak żeby Cię dobić, sądzę, że Twe opowiadania są conajmniej dobre - potrafisz przedstawić własny pogląd na świat, czy wręcz - własny świat wedle logicznych, zrozumiałych i czytelnych reguł.
I mimo, iż nie skomentowałem Twej pracy, uważam, że jest warta pochwały i ze swojej strony polecam Ci ją kontynuować - tylko w ten sposób będziesz coraz lepszy. Wiem po sobie - odrzuciłem na baaardzo długi czas wszelkie działania zmierzające do podniesienia długopisu i zaczęcia zdania - a teraz, gdy napisałem to, co przeczytaliście, sam nie jestem całkiem zadowolony (jednak tę cechę posiadam odkąd spróbowałem tego procederu, zwanego dalej pisaniem, więc specjalnie mnie to nie martwi).
Grevious, dzięki za konstruktywną krytykę.
*************
- Bezwartościowa kupo śmieci! - dziko ryknął Weimar, opluwając przy tym bladego jak trup żołnierza, pod którym lekko ugięły się nogi. Po kamieniach, z łoskotem potoczył się podrdzewiały szyszak, który z impetem spadł z głowy początkującego łowcy, gdy jego coraz bledsza twarz przyjęła cios otwartej dłoni w twardej, skórzanej rękawicy. Sam żołdak ledwo utrzymał równowagę, chwiejąc się, wycierał łzy z policzków. Innym łowcom głów ciężko było stwierdzić, czy wywołanych przez strach, czy raczej ból.
- Bękart - wysyczał rozwścieczony przywódca i błyskawicznym ruchem przyłożył sztylet do szyi żółtodzioba - A teraz, huncwocie, teraz wszystko pięknie wyśpiewasz. - zdanie wypowiadając tak nisko i gardłowo, iż zdawało się raczej warczeniem wygłodzonego wilka, niż ludzką mową.
- Ja.. - prawie zapiszczał piechur i zupełnie tracąc panowanie nad sobą, zalał się łzami, bełkocząc niezrozumiałe formuły, co przypominało modły wioskowego szamana w transie. Przez łzy nie dostrzegł znaku wydanego przez Weimara ręką, nie wiedział też, kiedy stracił przytomność.
Ranek w górach przebiegał w wojskowej krzątaninie w niemal zupełnej ciszy, kiedy to łowcy kończyli zwijać obóz. Taki widok cieszył Weimara. Wiedział, że dyscyplina była wpajana tym ludziom od najmłodszych lat, na równi z poznawaniem arkanów sztuki walki. Teraz, w znakomitej większości nie mieli sobie równych, potrafiąc rozbić każdy podobny liczebnie oddział - bitnością dorównywali niemal nordyckim huskarlom, uzbrojenie mieli lepsze niż niejeden swadiański zbrojny, a vaegirskiego strzelca, dzięki znajomości swego miejsca w szeregu i wzajemnym zaufaniu potrafili podejść, nim ten zdążył ich zauważyć i założyć strzałę na cięciwę. Wszechstronnego wyszkolenia nie zawdzięczali Weimarowi - on jednak najlepiej potrafił je wykorzystać, posiadając przy tym wypracowywany wśród nich autorytet, w tych dawnych czasach, gdy był tylko sierżantem pod wodzą Kreiza z Praven, aroganckiego kapitana najemników..
- Mówię ci, Weimar, ta dziewka nie miała sobie równych - rozmarzał się Talbert na temat ich ostatniego, kilkudniowego pobytu w Tuldze, którego celem było nabranie sił przed dalszą drogą i uzupełnienie zapasów - które to Kreiz, jak i cały oddział rozumieli zupełnie inaczej. - Jaka to szkoda, że nie spędzę z nią i tej nocy.. Cóż ona ze mną wyczyniała! - kontynuował żołnierz gładząc bełta, w dziwnie delikatny sposób. Weimar, dopiero co odznaczony za odwagę dzięki poprowadzeniu szarży na dwukrotnie liczniejszy oddział vaegirskich piechurów, dezerterów z armii bojara Crahaska, świetnie rozumiał wywody swego przyjaciela Talberta. Sam też skorzystał z miejscowego burdelu, a przyznać trzeba, że ofertę to mieli niezgorszą. Teraz jednak powracali z sennych i nocnych marzeń do szarej rzeczywistości, niespiesznie maszerując w poszukiwaniu kolejnej brudnej roboty.
- Szkoda, że jej nie poznałeś Weimar. - nie rezygnował kusznik - Wiesz, przyszło mi na myśl, że może jak uzbieram dość złota, to wrócę tam i.. - nagły świst zakończył marzenia Talberta, zakańczając tym samym jego żywot. Purpurowe lotki sterczały z prawej strony hełmu, zaś z jego drugiej strony ukazując brutalną prawdziwość brunatnej krwi, niespiesznie kapiącej z grotu strzały.
W tym samym momencie wśród, odległych o jakieś dwieście stóp, gęstych drzew, oddział usłyszał głośny, narastający tętent kopyt i po chwili oczom zdezorientowanych najemników ukazały się konne sylwetki, których szczegółów jeszcze nie sposób było dostrzec. Jednak Weimar wiedział - już to kiedyś słyszał i znał ten styl atakowania podróżnych. Tak stracił swego pierwszego przyjaciela.
- Khergici! - wrzasnął i zaczął rykiem wydawać komendy - Nie rozpraszać się! Do drzew! Pawężnicy, osłaniać resztę! - mimo narastającej wrzawy, oddział zareagował błyskawicznie, słysząc donośny głos sierżanta. Pawężnicy ustawili się w szereg, powoli wycofując się wraz z innymi do wątłej granicy drzew po drugiej stronie traktu - Weimar wiedział, że to wątła nadzieja, widząc rosnący oddział przeciwników, ale przynajmniej będą mogli zabrać więcej z nich ze sobą. Przełknął ślinę na tę myśl. Rozejrzał się w poszukiwaniu kapitana, lecz nigdzie go nie dostrzegł.
Dziwne, już dłuższy czas go nie widziałem, pomyślał szybko. Pewnie jest gdzieś na tyłach.. jakie to typowe! Ten bałwan nie potrafiłby władać chłopami, a co dopiero oddziałem wyszkolonych ludzi. Wszystko dzięki tym swoim podejrzanym znajomościom. Prawdą jest, co mówili Talbert i inni - ostatnio Kreiz zachowywał się inaczej niż wcześniej. Nie zwróciłem uwagi tylko dlatego, że nigdy go nie lubiłem. Ale cała ta sytuacja wygląda zbyt nienaturalnie. Znam te tereny - myślał gorączkowo sierżant - tu Khergici się nie zapuszczali od wieków! Ale przyjdzie jeszcze czas na roztrząsanie tych spraw i ja się tym zajmę - obiecał sobie.
Rozejrzał się. Nie mylił się, mieli marne szanse. Khergitów - a było to regularne wojsko, w większości jeźdźcy wspomagani przez łuczników znanych z diabelskiej celności i takowej taktyki - było o połowę więcej niż ich. Najlepszym znanym mu sposobem było podpuszczenie konnych do szarży, by kusznicy po wystrzeleniu salwy, mogli w starciu bezpośrednim dorzynać konie i ogłuszonych jeźdźców. Taktyka ta sprawdzała się jednak przy zrównoważonych siłach obydwu stron. W tej sytuacji - o czym sierżant doskonale wiedział, tak jak i większa część jego ludzi - zapanuje chaos. Wciśnięty wśród innych, Weimar czekał pierwszego uderzenia, i bardzo chciał wierzyć, że nie będzie ono ostatnim.
Szczęk broni, kwik koni, wrzask ludzi. Wszystko to zdawało się nie mieć końca. Weimar zamknął oczy. Gdy je otworzył, ujrzał przerażającą scenę. Oddział, przed chwilą liczący ponad czterdziestu pieszych został zredukowany do połowy. Żołnierze zbili się w małą gromadkę. Sierżant nakazał kusznikom ostrzeliwanie krążących łuczników konnych. Jednak rozglądając się, stwierdził, że przeciwnicy ponieśli o wiele dotkliwsze straty niż mógł przypuszczać. I wtedy dojrzał jeźdźca różniącego się od innych tak koniem jak i uzbrojeniem. Weimar znał tego konia - pięknego, białego rumaka w szare łaty.
I znał też tego jeźdźca. Znał go nazbyt dobrze, by nie krzyknąć z wrażenia - Kreiz! - teraz były kapitan najemników prowadził przeciw nim kolejną szarżę pozostałych konnych.
Sierżant, depcząc po ciałach, dostrzegł już naciągniętą kuszę w ręku jednego z nich. W drugim nieszczęśnik trzymał bełta. Gdyby miał tylko kilka sekund więcej - pomyślał Weimar. Podniósł obydwa przedmioty, wprawnie zakładając bełta na łoże kuszy. Wymierzył tak, jak go uczono od najmłodszych lat, wpierw w domu przez ojca, dalej w koszarach u kaprala Stronda.
Bełt niemal rozłupał czaszkę zdradzieckiego kapitana, wywołując tym samym zamieszanie i paniczną ucieczkę khergitów, których kilku jeszcze padło od bełtów i wśród wiwatów najemników.
Kapitan spojrzał na swych ludzi. Jak wiele zmieniło się od tamtej pory, jak długą drogę razem przeszli. Każdy z tych ludzi stracił przynajmniej jednego przyjaciela, odkąd zaciągnął się do najemnej kompanii. Weimar znał ich wszystkich, tych weteranów, którzy gotowi byli poświęcić dla niego wszystko, wiedząc, że on gotów zrobić jest to samo dla nich. I to była jego jedyna wiara, bo niejedno mieli razem jeszcze przejść.
Weimar uśmiechnął się krótko, pierwszy raz od wielu miesięcy.
-
Niczym w starym dobrym westernie - Khergici jak Indianie, Najemnicy Weimara jako osadnicy i jeźdźcy Kreiza=US Cavalary ;) Ale ja lubię westerny i nie uważam czerpania z nich inspiracji za coś złego. Podoba mi się ten wątek o kapitanie i zachowaniu Kreiza - jest bardzo perspektywiczny. Natomiast dlaczego nie dokończyłeś tego wydarzenia na wstępie? Cóż się stało z nieszczęsnym łowcą? Gdyż wątpię aby podczas walki najemnicy przejmowali się jakimś tam jeńcem... O ile nie zostawili go wcześniej w Tuldze.
-
Nie przyszło mi na myśl, że można to będzie porównać do westernu, ale ok, faktycznie - są pewne podobieństwa (zupełnie przypadkowe, bo sam nie jestem ich wielkim fanem, ale czasem zdarzy się obejrzeć). Grevious, wydarzenie z młodym łowcą zostało celowo pominięte (czyt.: przeniesione na później) ponieważ wprowadziłem retrospekcję (z wcześniejszego życia Weimara, gdy był tylko sierżantem, jeszcze nie kapitanem), by trochę przybliżyć jego postać i sądziłem, że końcówka drugiego akapitu w dość jasny sposób przenosi czytelnika w niezbyt odległą przeszłość (i ponieważ na końcu znów wracam do 'teraźniejszości').
Co do szczegółowości - zdaję sobie sprawę, że na przykład opis walki został trochę skrócony, ale gdybym się rozpisał (a mógłbym), zajęłoby mi to dużo więcej i miejsca, i czasu - a książki jednak nie piszę jak na razie;]
Zresztą, Grevious - mam nadzieję, że ciąg dalszy wyjaśni wszelkie wątpliwości (a napiszę niebawem, gdyż w tej chwili brak czasu nie pozwala mi się tym zająć - jak na złość co chwilę ktoś czegoś potrzebuje;)
*************
Łowcy głów maszerowali aż do zmierzchu, cały czas obserwując monotonny, górzysty teren rozciągający się aż po horyzont. Trzydziestu jeden uzbrojonych ludzi karnie postępowało krok za krokiem w stronę długo oczekiwanej Veluki, nie prowadząc żadnych rozmów. Zmęczenie dało się we znaki - pomyślał kapitan, przystanąwszy z boku wąskiej ścieżki i obserwując swój oddział, poruszający się dwójkami.
Sam również jestem zmęczony. Jak dotrzemy do miasta, dam im wszystkim dwutygodniowy urlop, zasłużyli przecież. A to ścierwo - popatrzył na koniec orszaku i idącego ze związanymi nogami więźnia, którego biała lniana koszula w całości pokryta była zaschniętą krwią - dostanie się w ręce Taulera. W porównaniu z tym diabelskim pomiotem, ze mnie jest całkiem miły chłop - i myśl ta jakby poprawiła mu nastrój. Strażnik więźnia, zarazem zamykający pochód spojrzał niespokojnie na przywódcę, jakby przeczuwając wzrok zimnych oczu Weimara, oczu koloru morskiej głębi. Kapitana zastanowiło to spojrzenie.
Może i nazbyt brutalnie postąpiłem z tym chłopcem, ale tylko w ten sposób utrzymam porządek w kompanii. Nawet najwierniejsi potrafią przecież zdezerterować. Ileż takich sytuacji byłem świadkiem.. Dziesiątek? Może setek. Obawiają się mnie, ale na swój sposób kochają - do tej pory nie spotkali lepszego przywódcy niż ja. Pomacał mieszek wiszący u grubego, skórzanego paska, po czym rozsznurował go i wyjął zeń małe szmaciane zawiniątko. Było zakrwawione. Odgiął poły zawiniątka i przyjrzał się z obrzydzeniem purpurowemu przedmiotowi. Zerknął na jeńca ponownie. Ten szedł, szurając brudnymi onucami po kamieniach, a z otwartych ust wciąż ciekła krew. Tak, pomyślał Weimar, może nie jestem taki miły jak myśli Tauler. I on, ten wieprz, wkrótce się o tym dowie.
Przechodząc koło kapitana, młody, bo nawet nie dwudziestoletni więzień, choć wydawało się to niemożliwe, jeszcze bardziej pobladł na widok zawiniątka. I byłby upadł, gdyby nie czujność strażnika Schlienna, cenionego przez Weimara weterana z wielu bitew, który podtrzymał chłopaka i bez wysiłku poprowadził go kawałek, nim temu wróciły siły.
- Kompania, stój! - krzyknął kapitan na czoło orszaku. Podkute buty wydały na kamieniach donośny dźwięk, który echo powtórzyło jeszcze kilka razy, po czym wszystko umilkło. - Vorker, do mnie! - zawołał Weimar, a od czoła kompanii natychmiast zaczął truchtem zbliżać się łowca o siwiejących włosach, lecz dobrze zbudowany i w pełni sił.
Vorker był najstarszym mężczyzną w oddziale i - niezaprzeczalnie - posiadał największe doświadczenie taktyczne spośród ludzi Weimara. Historia złączyła ich losy, kiedy Weimar przejął obowiązki kapitana po haniebnej śmierci Kreiza, zarządzając dalszą podróż na zachód do Veluki przez Halmar, gdzie poznał też Taulera. Wtedy właśnie wkroczył na rynek miasta, obserwując niezwyczajne poruszenie. Miano powiesić rozbójnika, mordercę imieniem Vorker Grauhelm, jak dowiedział się Weimar od jednego z mieszczan. Zaciekawiony podszedł bliżej, przeciskając się przez tłum gapiów, by słyszeć czytane przez kata słowa wyroku i przyjrzeć się bandycie.
- ...i wedle panującego prawa, ustanowionego przez księcia Matheasa dla miasta Veluca roku tysiąc dwieście pięćdziesiątego, podejrzanego Vorkera Grauhelma orzeka się winnym wszelkich zarzutów, którymi są zabójstwa Brena z Jelkali oraz Ystana Nasego, wiernych sierżantów garnizonu miasta Veluca. Morderca z zimną krwią zaatakował swe ofiary w gospodzie "Pod tabardem", po czym uciekł z miejsca przestępstwa zostawiając wykrwawiających się książęcych żołnierzy na pastwę losu. Kara dla takiego łotra bez czci i wiary jest jedna - śmierć przez powieszenie w trybie natychmiastowym.. - dalej już Weimar nie słuchał słów kata, teraz przyglądał się bandycie i szubienicy, starając się też dostrzec samego księcia na trybunach, którego w końcu dostrzegł, otoczonego przez dobrze uzbrojonych i zapewne - jak zdążył osądzić - jeszcze lepiej wyszkolonych żołnierzy. Przebił się przez tłum i zatrzymał się przed murem gwardzistów.
- Mam bardzo ważną sprawę do księcia - rzekł do jednego z nich - Sprawę nie cierpiącą zwłoki.. - mówiąc to, z cichym brzękiem wcisnął nieduży, ale ciężki mieszek w wolną rękę wojownika, który wcisnął go szybko pod napierśnik, po czym odwrócił się i podszedł do księcia kłaniając się. Zerkając na łowcę głów i wskazując go władcy palcem. Weimar widział jak książę mówi coś gwardziście i zezwala mu odejść.
- Książę nie jest w nastroju - powiedział do łowcy strażnik - Lepiej dla ciebie, żeby to było naprawdę istotne, bo tłum będzie miał więcej uciechy z dwóch wisielców niż z jednego. - ostrzegł i odsunął się, robiąc przejście Weimarowi, który natychmiast ruszył i ukląkł dziesięć stóp od władcy Veluki.
- Panie - oddał honor księciu Matheasowi
- Streszczaj się, najemniku - rzekł szorstko szlachcic i dodał - Możesz wstać.
- Panie - powtórzył Weimar wstając - człowiek, który ma zostać powieszony, jest mi winien pieniądze. Chciałbym je odzyskać.
- Najemnicy - żachnął się władca - I pieniądze. Coś, czego nie da się rozdzielić. - westchnął - Ile jest ci winien ten morderca?
- Przeszło tysiąc denarów, panie - poważnie i zimno odpowiedział łowca.
Zauważył nagły błysk w oku księcia.
- Tysiąc, powiadasz.. - zastanawiając się mówił powoli - i sądzisz pewnie, że ma taką sumę? Którą pewnie z przyjemnością ci odda?
- Panie, jeśli darujesz mu jego nic niewarte życie, z pewnością tak będzie. - i dodał po chwili - I ty na tym skorzystasz, mój panie.
Dłuższa chwila minęła nim książę rozważył sugerowaną przez Weimara propozycję, lecz odrzekł wreszcie:
- Pięćset denarów, nie mniej. Albo skończysz razem z nim, o tam - wskazał pacem szubienicę. - Masz tydzień.
- Jesteś nader łaskaw, mój panie - zakończył Weimar, kłaniając się. - Nie zawiedziesz się.
I odszedł.
Egzekucję przerwano ku rozczarowaniu mieszczan, co objawiło się wyciem tłumu, który wkrótce rozszedł się znudzony. W rozmowie łowcy z Vorkerem okazało się, że nie mylił się co do jego umiejętności bojowych. Oczywiście uratowany i dożywotnie wdzięczny niedoszły wisielec nie miał ani denara, ale i na to Weimar był przygotowany. W zamian za ratunek zaproponował Vorkerowi bezpłatną służbę w swojej kompanii na okres trzech miesięcy, na co ten przystał bez wahania, będąc honorowym wojownikiem. I Weimar nie zdziwił się, że jego wersja wydarzeń z tawerny "Pod tabardem" znacząco różniła się od tej oficjalnej.
- Na rozkaz, Weimarze - Vorker karnie stanął na baczność przed swym przywódcą
- Zarządź postój na noc, dziś i tak nie dotrzemy do Veluki - rozkazał Weimar
- Tak jest!
Powoli i nieuchronnie zapadał zmrok.
-
Trochę się zaczynam gubić w tych retrospekcjach - może przydałoby się definitywne wyjaśnienie wydarzeń z przeszłości i skupienie się już tylko na teraźniejszości? Mimo to nadal czytam z dużą satysfakcją. Bardzo fajnie że opisujesz niektórych najemników, nie są już bezosobową masą. Postać Weimara jest coraz bardziej fascynująca - widać że masz głowę pełną pomysłów.