Jak wiadomo, każdy z nas, pisząc coś z głębin swej wyobraźni, korzysta z najróżniejszych wzorców i doświadczeń. Im takowych więcej, tym lepiej dla bogactwa intelektualnego naszego tekstu - zaś wielość tychże, pozwala stosować krytykę - oddzielać ziarna od plew, to co dobre, od tego co gorsze, etc.
Dlatego Conradzie, zasmuciła mnie Twa wypowiedź, ponieważ: Nie dość, iż posiadasz własny styl, który, wiem to, kształtuje się dość długo, a ten wykształcony - ulega deformacjom i ciągłym ulepszeniom. (nie ma tu czegoś takiego jak "doskonałość", choć niektórym możnaby ją śmiało zarzucić). Do tego dbasz o język (choć sam przyznałeś się do słabej interpunkcji, uważam, że wymaga to tylko trochę pracy z Twojej strony). A tak żeby Cię dobić, sądzę, że Twe opowiadania są conajmniej dobre - potrafisz przedstawić własny pogląd na świat, czy wręcz - własny świat wedle logicznych, zrozumiałych i czytelnych reguł.
I mimo, iż nie skomentowałem Twej pracy, uważam, że jest warta pochwały i ze swojej strony polecam Ci ją kontynuować - tylko w ten sposób będziesz coraz lepszy. Wiem po sobie - odrzuciłem na baaardzo długi czas wszelkie działania zmierzające do podniesienia długopisu i zaczęcia zdania - a teraz, gdy napisałem to, co przeczytaliście, sam nie jestem całkiem zadowolony (jednak tę cechę posiadam odkąd spróbowałem tego procederu, zwanego dalej pisaniem, więc specjalnie mnie to nie martwi).
Grevious, dzięki za konstruktywną krytykę.
*************
- Bezwartościowa kupo śmieci! - dziko ryknął Weimar, opluwając przy tym bladego jak trup żołnierza, pod którym lekko ugięły się nogi. Po kamieniach, z łoskotem potoczył się podrdzewiały szyszak, który z impetem spadł z głowy początkującego łowcy, gdy jego coraz bledsza twarz przyjęła cios otwartej dłoni w twardej, skórzanej rękawicy. Sam żołdak ledwo utrzymał równowagę, chwiejąc się, wycierał łzy z policzków. Innym łowcom głów ciężko było stwierdzić, czy wywołanych przez strach, czy raczej ból.
- Bękart - wysyczał rozwścieczony przywódca i błyskawicznym ruchem przyłożył sztylet do szyi żółtodzioba - A teraz, huncwocie, teraz wszystko pięknie wyśpiewasz. - zdanie wypowiadając tak nisko i gardłowo, iż zdawało się raczej warczeniem wygłodzonego wilka, niż ludzką mową.
- Ja.. - prawie zapiszczał piechur i zupełnie tracąc panowanie nad sobą, zalał się łzami, bełkocząc niezrozumiałe formuły, co przypominało modły wioskowego szamana w transie. Przez łzy nie dostrzegł znaku wydanego przez Weimara ręką, nie wiedział też, kiedy stracił przytomność.
Ranek w górach przebiegał w wojskowej krzątaninie w niemal zupełnej ciszy, kiedy to łowcy kończyli zwijać obóz. Taki widok cieszył Weimara. Wiedział, że dyscyplina była wpajana tym ludziom od najmłodszych lat, na równi z poznawaniem arkanów sztuki walki. Teraz, w znakomitej większości nie mieli sobie równych, potrafiąc rozbić każdy podobny liczebnie oddział - bitnością dorównywali niemal nordyckim huskarlom, uzbrojenie mieli lepsze niż niejeden swadiański zbrojny, a vaegirskiego strzelca, dzięki znajomości swego miejsca w szeregu i wzajemnym zaufaniu potrafili podejść, nim ten zdążył ich zauważyć i założyć strzałę na cięciwę. Wszechstronnego wyszkolenia nie zawdzięczali Weimarowi - on jednak najlepiej potrafił je wykorzystać, posiadając przy tym wypracowywany wśród nich autorytet, w tych dawnych czasach, gdy był tylko sierżantem pod wodzą Kreiza z Praven, aroganckiego kapitana najemników..
- Mówię ci, Weimar, ta dziewka nie miała sobie równych - rozmarzał się Talbert na temat ich ostatniego, kilkudniowego pobytu w Tuldze, którego celem było nabranie sił przed dalszą drogą i uzupełnienie zapasów - które to Kreiz, jak i cały oddział rozumieli zupełnie inaczej. - Jaka to szkoda, że nie spędzę z nią i tej nocy.. Cóż ona ze mną wyczyniała! - kontynuował żołnierz gładząc bełta, w dziwnie delikatny sposób. Weimar, dopiero co odznaczony za odwagę dzięki poprowadzeniu szarży na dwukrotnie liczniejszy oddział vaegirskich piechurów, dezerterów z armii bojara Crahaska, świetnie rozumiał wywody swego przyjaciela Talberta. Sam też skorzystał z miejscowego burdelu, a przyznać trzeba, że ofertę to mieli niezgorszą. Teraz jednak powracali z sennych i nocnych marzeń do szarej rzeczywistości, niespiesznie maszerując w poszukiwaniu kolejnej brudnej roboty.
- Szkoda, że jej nie poznałeś Weimar. - nie rezygnował kusznik - Wiesz, przyszło mi na myśl, że może jak uzbieram dość złota, to wrócę tam i.. - nagły świst zakończył marzenia Talberta, zakańczając tym samym jego żywot. Purpurowe lotki sterczały z prawej strony hełmu, zaś z jego drugiej strony ukazując brutalną prawdziwość brunatnej krwi, niespiesznie kapiącej z grotu strzały.
W tym samym momencie wśród, odległych o jakieś dwieście stóp, gęstych drzew, oddział usłyszał głośny, narastający tętent kopyt i po chwili oczom zdezorientowanych najemników ukazały się konne sylwetki, których szczegółów jeszcze nie sposób było dostrzec. Jednak Weimar wiedział - już to kiedyś słyszał i znał ten styl atakowania podróżnych. Tak stracił swego pierwszego przyjaciela.
- Khergici! - wrzasnął i zaczął rykiem wydawać komendy - Nie rozpraszać się! Do drzew! Pawężnicy, osłaniać resztę! - mimo narastającej wrzawy, oddział zareagował błyskawicznie, słysząc donośny głos sierżanta. Pawężnicy ustawili się w szereg, powoli wycofując się wraz z innymi do wątłej granicy drzew po drugiej stronie traktu - Weimar wiedział, że to wątła nadzieja, widząc rosnący oddział przeciwników, ale przynajmniej będą mogli zabrać więcej z nich ze sobą. Przełknął ślinę na tę myśl. Rozejrzał się w poszukiwaniu kapitana, lecz nigdzie go nie dostrzegł.
Dziwne, już dłuższy czas go nie widziałem, pomyślał szybko. Pewnie jest gdzieś na tyłach.. jakie to typowe! Ten bałwan nie potrafiłby władać chłopami, a co dopiero oddziałem wyszkolonych ludzi. Wszystko dzięki tym swoim podejrzanym znajomościom. Prawdą jest, co mówili Talbert i inni - ostatnio Kreiz zachowywał się inaczej niż wcześniej. Nie zwróciłem uwagi tylko dlatego, że nigdy go nie lubiłem. Ale cała ta sytuacja wygląda zbyt nienaturalnie. Znam te tereny - myślał gorączkowo sierżant - tu Khergici się nie zapuszczali od wieków! Ale przyjdzie jeszcze czas na roztrząsanie tych spraw i ja się tym zajmę - obiecał sobie.
Rozejrzał się. Nie mylił się, mieli marne szanse. Khergitów - a było to regularne wojsko, w większości jeźdźcy wspomagani przez łuczników znanych z diabelskiej celności i takowej taktyki - było o połowę więcej niż ich. Najlepszym znanym mu sposobem było podpuszczenie konnych do szarży, by kusznicy po wystrzeleniu salwy, mogli w starciu bezpośrednim dorzynać konie i ogłuszonych jeźdźców. Taktyka ta sprawdzała się jednak przy zrównoważonych siłach obydwu stron. W tej sytuacji - o czym sierżant doskonale wiedział, tak jak i większa część jego ludzi - zapanuje chaos. Wciśnięty wśród innych, Weimar czekał pierwszego uderzenia, i bardzo chciał wierzyć, że nie będzie ono ostatnim.
Szczęk broni, kwik koni, wrzask ludzi. Wszystko to zdawało się nie mieć końca. Weimar zamknął oczy. Gdy je otworzył, ujrzał przerażającą scenę. Oddział, przed chwilą liczący ponad czterdziestu pieszych został zredukowany do połowy. Żołnierze zbili się w małą gromadkę. Sierżant nakazał kusznikom ostrzeliwanie krążących łuczników konnych. Jednak rozglądając się, stwierdził, że przeciwnicy ponieśli o wiele dotkliwsze straty niż mógł przypuszczać. I wtedy dojrzał jeźdźca różniącego się od innych tak koniem jak i uzbrojeniem. Weimar znał tego konia - pięknego, białego rumaka w szare łaty.
I znał też tego jeźdźca. Znał go nazbyt dobrze, by nie krzyknąć z wrażenia - Kreiz! - teraz były kapitan najemników prowadził przeciw nim kolejną szarżę pozostałych konnych.
Sierżant, depcząc po ciałach, dostrzegł już naciągniętą kuszę w ręku jednego z nich. W drugim nieszczęśnik trzymał bełta. Gdyby miał tylko kilka sekund więcej - pomyślał Weimar. Podniósł obydwa przedmioty, wprawnie zakładając bełta na łoże kuszy. Wymierzył tak, jak go uczono od najmłodszych lat, wpierw w domu przez ojca, dalej w koszarach u kaprala Stronda.
Bełt niemal rozłupał czaszkę zdradzieckiego kapitana, wywołując tym samym zamieszanie i paniczną ucieczkę khergitów, których kilku jeszcze padło od bełtów i wśród wiwatów najemników.
Kapitan spojrzał na swych ludzi. Jak wiele zmieniło się od tamtej pory, jak długą drogę razem przeszli. Każdy z tych ludzi stracił przynajmniej jednego przyjaciela, odkąd zaciągnął się do najemnej kompanii. Weimar znał ich wszystkich, tych weteranów, którzy gotowi byli poświęcić dla niego wszystko, wiedząc, że on gotów zrobić jest to samo dla nich. I to była jego jedyna wiara, bo niejedno mieli razem jeszcze przejść.
Weimar uśmiechnął się krótko, pierwszy raz od wielu miesięcy.