Ja podobnie jak Aharo uważam każdą trylogię za odrębną przygodę i nie chcę wybierać najlepszej/najgorszej, ale pwoeim kilka słów o tej Disneyowskiej.
Generalnie wyszła średnio przez brak jednej wizji, widać było, że Abrams i Johnson kompletnie inaczej widzieli tę trylogię (widac to było chociażby po odrębnej wizji mocy, gdzie Abrams szedł w moc ukazaną w epizodach 1-3, czyli najważniejsza jest krew, a Johnson poszedł w coś nowego - czyli każdy może być tak potężnym rycerzem Jedi). I uważam, ze ta trylogia wyszłaby dużo lepiej, gdyby za sterami siedział jeden reżyser.
Osobiście wolałbym Johnsona, bo choć było kilka głupich scen, a nawet wątków w TLJ, to jednak była to najoryginalniejsza część najnowszej trylogii, która chyba jako jedyna dostarczyła mi trochę emocji (nagła śmierć Snoke'a, świetny pojedynek z jego gwardzistami, potem scena z Luke'm i zwrot akcji, gdy się okazało, że nie było go tam fizycznie - uważam, że to bardzo dobrze wyszło i te wydarzenia zapamiętam z całej trylogii najmocniej). Abrams był dla mnie zbyt zachowawczy, w epizodzie 7 dokonał kalki epizodu 4, za to w epizodzie 9 wszystko było do bólu przewidywalne (uwaga, tutaj zaczynam spoilery z epizodu 9) oraz zdecydowanie pomieszał główną fabułę (która powinna być jednak oryginalna, jak w epizodzie 8) z wprowadzaniem smaczków odnoszących się do starych cześci. Doskonałymi przykładami tych smaczków jest duch mocy Yody oraz R2D2 wyświetlający hologram Lei w Ostatnim Jedi. Zdecydowanie złym przykładem jest wskrzeszanie zabitego już Imperatora (bo nie tylko jest to smaczek, który stał się główną fabułą, ale również niszczy to koncepcję Anakina równoważącego moc, która była forsowana w epizodach 1-6), który wraca jakiś uber potężny, by i tak dać się zabić zatrzymaniem jego błyskawic przez dwa miecze świetlne. Zdecydowanie lepiej wyszedłby jego mniej bezpośredni powrót, np. jako zły duch opetujący swoją wnuczkę i spychający ją na ciemną stronę mocy, przez co to Kylo musiałby ją zatrzymać. Albo w ogóle zrobienie z niego czegoś na zasadzie ducha mocy Yody - jedna, dwie sceny, a nie cała fabuła na nim oparta.