Ruszyła konwersja forum! Przez ten czas wyłączyliśmy możliwość pisania nowych postów, ale po zalogowaniu się można pisać na chacie. Poniżej znajdują się też linki do naszej grupy Steam i facebooka, gdzie również będą ogłoszenia. Modernizacja forum powinna zakończyć się najpóźniej do wtorku.

Najnowsze newsy z naszej strony:


    Polub nasz profil na facebooku! oraz dołącz do naszej Grupy STEAM

    Autor Wątek: "Przemyślny rycerz Francois Beckenbauer..."  (Przeczytany 1132 razy)

    Opis tematu:

    0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

    Offline Anjin Miura

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 3
    • Piwa: 0
    "Przemyślny rycerz Francois Beckenbauer..."
    « dnia: Kwietnia 04, 2012, 01:14:01 »


    Prolog, czyli o dzieciństwie i młodości niezrównanego Francoisa.


    16 lipca 1223 roku, gdy siły konfederacji Rodoków poprzez zajęcie bastionu lojalistów - Jelquali, przypieczętowały niechybny upadek wielkiego, niezrównanego dotychczas Cesarstwa Kaladrji, uxhalski wajdelota Laveris ver Ungling miał w wielkim swym żalu i rozpaczy napisać list do swego vis a vis z Veluci, Rabbana Pentopromentareniego, w którym zamieścił te oto jakże symboliczne i znamienite dla okresu pełnego turbulencji i niepewności słowa. Brzmiały one mniej więcej tak: "Witam." W dalszej części jednak nieszczęśliwy Ungling wylewa swoje najszczersze żale: "[...]Jednak, nie wypowiadam słów owych tak jak robiłem to za czasów gdy wielkie Cesarstwo broniło pokoju na tym bożym świecie. Pomimo braku zmiany w pisowni, moje "Witam", które z takim umiłowaniem kieruję z reguły do Ciebie umiłowany mój przyjacielu poeto, nigdy nie będzie już takie same. Nastąpiły bowiem w naszym życiu zmiany, nastała nowa epoka. Mogę jedynie mieć nadzieję, że wytrzymamy tę straszliwą próbę czasu[...] i pewnego, upragnionego dnia, wraz z Jutrzenką nad Kaladrią zajaśnieje nowe, silniejsze Cesarstwo, dzięki któremu i moje "Witam", i Twoje "Cześć" odzyskają swój dawny, radosny wydźwięk[...]". Pamiętający dawną chwałę i potęgę Cesarstwa opłakiwali i po stokroć przeklinali dzień, w którym młodzi, głupi i chorobliwie ambitni ludzie zniszczyli największy dar, jakim los mógł Kaladrię kiedykolwiek obdarować. Młodzi z kolei, żądni krwi i chciwi bogactw, poczytywali sobie sukces za szczęśliwy omen obwołując dzień zdobycia Jelquali jakże dumnym tytułem Dnia Zwycięstwa. Wieść o ostatecznym upadku Cesarstwa szybko rozeszła się wzdłuż i wszerz Kaladrji. Twórcza część krainy czym prędzej spłodziła dziesiątki trenów, żali i lamentów, głównie tragicznych i głównie - proroczych. W jednym, którego autor jest nieznany, pojawiła się tak cenna i ważna dla zrozumienia tej historii strofa:

    Cytuj
    "No kurwa ja pierdole Cesarstwo upadło,
    Korona złota i berło złote w pizdu potrzaskane,
    Przez słabość, głupotę, nienawiść i zawiść,
    Tak wielki ciemnogród scalić chyba tylko Murzynem,
    Czarnemu bowiem czarnym gównem rządzić by się zdało."

    Elegia o śmierci Cesarstwa, moralności i twojej starej, autor nieznany.

    W tych, jakże mocnych i jasnych, ale i czarnych i tajemniczych słowach zarazem jeden z wielu pieśniarzy, którego nazwiska o dziwo historia (albo co ciekawsze urząd podatkowy) spisać nie zdołały, kryła się jednak pewna metoda. Niewielu szaleńców poczęło wierzyć w Czarne Proroctwo, które miało się wypełnić i wybudzić Cesarstwo z agonii w którą zapadło niechybnie. Pamięci bowiem o dziele tak wielkim nie sposób wymazać, nie było to w smak nawet dawnym rebeliantom, co paradoksem jest niemałym. Historia, nieubłaganie pisząc kolejne swe rozdziały wraz z wypełniającymi jej klepsydrę piaskami czasu, wykazała że hasło "Cesarstwo Caladrii" dalej jest w cenie i dalej jest pożądane. Ci, którzy je obalili błyskawicznie rozpoczęli między sobą rywalizację o miano tego, kto na nowo odtworzy najświatlejsze państwo znane dziejom wszelakim. Proroctwo zawarte w "Elegii..." mówiło również, że w dniu upadku Cesarstwa, w dniu "Tak czarnym, że bardziej schyba się już nie da| Tak bowiem kurwiście czarnym, jak ciemnogród tego świata niezmierzony" narodzi się czarny człowiek, który zjednoczy rozbitą krainę. Istotnie, chyba nikomu poza ciemnymi ludźmi nie przyszło by do głowy wychodzić na świat w trakcie krwawego szturmu na miasto. Tedy bowiem na świat wyszedł on, któremu późniejsza historia nada wiele znamienitych tytułów takich jak, wymieniając ledwie najpopularniejsze: Francois Lepotężny, Fighter Niezrównany, Pierwsze Ostrze Kaladrii, Ramię Sprawiedliwości, The Special One, Czarna Śmierć Życia, Kapitan Mambo, jak także wyniesione z dzieciństwa (a uwielbiane przez pieśniarzy) J.W Destructor (/dżei dablju destraktor/) czy po prostu, a raczej przede wszystkim Rycerz Czarnego Oblicza (u bardów poprawnych politycznie jako Rycerz Afroamerykańskiej Facjaty)...choć rycerzem wcale się tak naprawdę nie urodził. Czarny za to był jak cholera. A do wszystkich godności i tytułów dobił się ciężką pracą i wiarą. Ojcem Francois, bo tak na imię ma główny bohater tychże "Uciesznych Przygód" był Jean-Paul Beckenbauer, po którym syn odziedziczył smykałkę do kradzieży i "kurwiście czernistą" barwę sierści barwę skóry. Ojciec, zawodowy złodziej i włamywacz od zawsze przyuczał syna do odziedziczenia rodzinnego fachu, wiele czasu poświęcając równiez Caladrii "Eee, pierdoły...choć lepiej okraść karczmarza." - jak później cytował dumnie nauki swego ojca w pamiętnikach dzielny Francois. Gdy jednak nasz bohater wydoroślał musiał porzucić szlachetny fach grabienia bogatych i biednych i udał się na niedaleki dwór, gdzie nauczył się dworności, obyczajów, a przede wszystkim nauczył się dzierżyć orężę jak prawdziwy mąż zdolny do zjednoczenia Cesarstwa. Służbę odsłużył, naukę odebrał, doświadczenia zebrał, pomimo to jednak nawet on sam nie myślał o wiekopomnej misji. Jak mówi anegdota, dwór hrabiego musiał porzucić po sprzeczce z jedną z dworskich dam: "Spierdalaj pani, nie będę się mył!" - jak każe głosić legenda miał wykrzyczeć rozwścieczony pomazaniec Boży, który w gniewie i szaleństwie pokonał białogłową i hrabiego w szaleńczym pojedynku. Natenczas, przyodziany w bylejakie szmaty, dzierżący ledwo trzymającą się kupy szablę skradł, zgodnie z ojcowskimi naukami konia i oddalił się od dworu, wracając do miasta swojego dzieciństwa, w którym doznał wielu uciech i skradł niemało kurczaków, słowem, gdzie kwiat kaladryjskiego rycerstwa wiódł żywot tak beztroski i szczęśliwy...


    Konfederacja Rodoków

    Jelquala jednak, po latach nieobecności Francoisa zmieniła się, zdecydowanie. Ojciec naszego bohatera już dawno opuścił ten świat, powieszony po złapaniu na gorącym uczynku. Francois, który nigdy nie miał przyjaciół wśród równieśników bo sam miał popierdolony ryj był zbyt wielkim geniuszem i indywidualistą, by przejmować się nieudacznikami. Teraz jednak, osamotniony w wielkim mieście, nie wiedział co ze sobą począć. Gdy pewnego razu po powrocie, przechadzając się w ciemnościach Francois zwiedział otulone blaskiem Księżyca miasto, w którym dane mu było przeżyć dzieciństwo o którym tak wiele teraz rozmyślał, (pobij tak długie zdanie, o przeciętny pisarzyno!) usłyszał odgłos kroków, szybki i nerwowy. Zaledwie odwrócił się za siebie i ujrzał czarną, prawie tak jak on sylwetkę, która coraz szybciej podążała w jego stronę. W stronę człowieka, którego bogowie upatrzyli sobie jako tego, który przywróci Kaladrii jej dawny blask i uchyli jej boskiego raju. Podążała ona w stronę człowieka czarnego jak wegiel o licu prawdziwego bohatera, którego misja przerosła by największych rycerzy i najświetlejszych władców czasów przeszłych i przyszłych. Podążała ona w kierunku postaci, której imię w przyszłości będzie wielbione przez miliony, na ustach milionów noszone i szczęśliwie, ze łzami wielkiej wdzięczności tak głośno wszem i wobec ogłaszano...podążała ona wreszcie w stronę osoby...


    "Jeżeli ktoś naprawdę uwierzył, że ten patałach o mordzie potencjalnego pedofila będzie jednoczył Kaladrię, a ta opowieść będzie tak wzniosła, poważna i monumentalna, to dam mu piątkę. Serio." - napisał we wstępie do swej powieści jak zawsze cyniczny i wredny kergicki kronikarz, Mirza Qashivazi z Tash Qulun.


    Koniec prologu.

    __

    Tyle. Gram na normalnym Kriegbandzie. Postaram się napisać wielkie dzieło o cudach i czynach, tak naprawdę będąc wrednym człowiekiem pozbawionym zasad kultury i zasad moralnych, a także pewnie (niechcący) rasistą. Ale to tylko trochę tak będzie. Ej, ej. Tylko trochę. :D

    To co, cicho tu. Może rozruszam towarzystwo i ktoś się postara konkurencję zrobić. Trudno o to nie będzie. Zapraszam, :D

    Sincerely,
    Miura