2 dzień Brauzeit, Anno Sigmari 2529,
gdzieś na trakcie między Schilderheim a Altdorfem,
Wielkie Księstwo Reiklandu, ImperiumByło mniej więcej południe, gdy przecinaliście las piaszczystą, wijącą się zygzakami pośród gęstych drzew ścieżką. Słońce było jeszcze na tyle bezczelne, żeby przysmażać wasze ciała, gdyż aura dopiero od kilku chwil zorientowała się, że czas przygotowywać się do snu, więc w okolicy spadały dopiero pierwsze, jesienne liście z piętrzących się ponad waszymi głowami drzew. Gościniec był pusty, przynajmniej w polu widzenia (choć nie było ono wielkie, ze względu na liczne zakręty). Mimo wszystko rozglądaliście się czujnie po okolicy, zdając sobie sprawę, jak niebezpieczne są lasy Imperium.
Los połączył waszą trójkę tydzień temu w jakiejś wiosce o nieznanej nazwie. Siedzieliście akurat w tej samej gospodzie, gdy sioło zostało zaatakowane przez zwierzoludzi i mutantów. Wioska dzielnie się broniła, a wy mocno się w tym przysłużyliście. Tak się złożyło, że wir walki rzucił was koło siebie, więc wspieraliście się, ochraniając plecy i wycinając wroga. Potem postanowiliście wyruszyć razem, gdyż jak wiadomo - w kupie raźniej. Karin i Alric podróżowali przodem na swych wierzchowcach, a za nimi kroczył dzielnie Solomon. Sołtys sioła nie mógł zapłacić wam złotem za pomoc, gdyż wioska była jedną z biedniejszych, więc na drogę dostaliście torbę dobrego jedzenia na kilka dni - ogórki, ser, trochę mięsa i chleb.
Niedługo później usłyszeliście tętent kopyt za plecami i gdy się odwróciiście, ujrzeliście jedynie dwie zakapturzone postaci odziane w czarne płaszcze, którzy przemknęli obok was w galopie, jakby spieszyło im się gdzieś, po czym zniknęli wam z pola widzenia. Nie reagowali na żadne wasze próby nawiązania kontaktu, po prostu galopowali, jakby się paliło. Kwadrans później, gdy mijaliście jeden z leśnych zakrętów, zauważyliście, że owi jeźdźcy, których widzieliście wcześniej, namiętnie obijali pod jednym z drzew mężczyznę w czarnym habicie. Leżąc na ziemi, był kopany i bity pięściami po plecach, a jego twarz była niemal cała we krwi. Widząc was jednak, wyciągnął rękę i krzyknął.
- Pomocy! Zaraz mnie zabiją! - W jego oczach dostrzegliście strach i nadzieję jednocześnie.
Napastnicy natomiast nie zareagowali, dalej obtłukując nieszczęśnika. Znajdowaliście się jakieś dziesięć metrów od zbirów i ich ofiary.
Co robicie?