Rozdział trzeci.
Jegomość zwrócił się w końcu do mnie. Zauważyłem stosunkowo młodą, pociągłą twarz o rysach podobnych, co moi nordyccy towarzysze na statku.
- Hmm... Zanim się przedstawimy... W rogu jest wiadro z wodą i czysta ścierka. Jeżeli chcesz odświeżyć swą skórę i stal - nie krępuj się. Widzę, że nie pochodzisz stąd... A z resztą, doprowadź się do porządku, ja pogonię służacych za strawą.
Nieznajomy miał również dosyć twardy, acz miły głos z kilkoma dziwnymi akcentami. Nic dziwnego, skoro był kupcem. Odprowadziłem go wzrokiem i usiadłem na stołku nieopodal kąta wskazanego przez gospodarza. Wysłużony miecz położyłem delikatnie na podłodze, szmatę zamoczyłem w wiadrze i przetarłem sobie twarz. Po kilku ruchach, gdy syf w jakimś stopniu opuścił mą facjatę rozejrzałem się po sali. Ściany z obrobionego drewna podpierały także drewniany sufit. Na podłodze z pięknie wygładzonego kamienia leżały wyprawione skóry. Po środku izby - stół, w kącie naprzeciwko mnie - kapusta, a na kapuście kot. Gdzieś na prawo od stołu znalazło się jeszcze palenisko z kotłem. Sama izba była porównywalna do niektórych mieszkań w moim byłym mieście, a tutaj jeszcze był pokój dla służby i zapewne jakaś sypialnia.
Po westchnięciu zawinąłem mokrą szmatę na miecz, klingę wsadziłem do wiadra i oparłem się na rękojeści. Nie miałem siły by szorować skrzepów, więc wolałem je odmoczyć i na chwilkę zamknąć oczy.
Obudziło mnie klepnięcie w ramie.
- Wstawaj rycerzu. Jedzenie przyszło.
Podniosłem się z rekojeści, miecz oparłem o ścianę. Powoli zrobiłem kilka kroków i klapnąłem na ławę.
- Dziękuję. Za możliwość odpoczynku i za strawę.
- Nie przejmuj się, nie będę żądał od ciebie niczego w zamian.
- Czemu więc przygarnąłeś mnie pod dach? - Sięgnąłem po łyżkę i zacząłem wsuwać zupę.
- Nie będę żądał, aczkolwiek - będę prosił. Widzisz, mówiąc prosto z mostu - porwano mi brata. Racja, nic nowego - porywania dla okupu to tutaj codzienność. Jednakże... Nie mam jak zapłacić za okup. Chcą astronomiczną cene za tego gnoja, a ja nie mam zamiaru dać nawet złamanego dinara. Potrzebuję kogoś obeznanego z mieczem, by wziął kilku chłopa i pokazał bandytom gdzie ich miejsce. Kazałem im pojawić się w tym mieście, w pewnej uliczce jutro rano. Miałbyś dzień i noc na zwerbowanie z wiosek kilku typa i odbicie mego brata, oby mu szczury na kapcie nalały.
Uśmiechnąłem się, wyobrażając sobie bandę szczurów lejącą gościowi na buty. Nie używało się u mnie takich zwrotów.
- Tak w ogóle... Widzę, że bywałeś często na dworach.
Zakrztusiłem się, a kawałek kartofla który miałem w buzi wyleciał z prędkością bełta. Zapewne trafiłby szczura, którego dalej miałem przed oczami, ale poszybował w kierunku drzwi i zaklinował się w szczelinie między deskami.
- Przepraszam, ale nie... Jak... Po czym poznałeś?
- Trzymasz łyżkę trzema palcami opierając ją pomiędzy kciukiem i wskazującym, a nie całą ręką. Poza tym - nie siorbiesz. A plucie ziemniakami i królowi się zdarzało, nie przejmuj się.
Szczur w mojej głowie zaśmiał się i uciekł. Odłożyłem łyżkę.
- Cóż... Nadano mi w mym kraju prawa szlacheckie, mimo, że wywodziłem się z biedoty. Byłem synem doświadczonego wojownika, ale wyrzucono mnie z domu, za dużo kręciłem. Wylądowałem na ulicy, troche się nakradłem, trochę za groszę nalatałem, ale gdy zobaczyłem jak chcą pobić kobiecinę to wparowałem z drągiem i wszystkich porozkładałem. Okazało się, że ta kobiecina zgubiła się w mieście gdy wyszła z zamku, nikt jej nie dopilnował. Ot, chciała pozwiedzać, kupić sukienki i tak dalej. Zaprowadziłem ją do zamku, nawrzeszczałem na strażników, przybiegł herald, dowiedział się, co się stało i zawołał lorda. Okazało się, że była to jego córka. Jej ręki mi nie dał, ale nakarmił mi, dał dach nad głową i wziął mnie za przybranego syna. No a potem... Intrygi, chcieli tego ojca zabić, wciągnęli mnie do spisku i w ostatnim wręcz momencie ich zdemaskowałem. Król uznał to za niezbyt czystą, ale bohaterską postawę i mianował mnie szlachcicem. Dostałem lenno, prawo do noszenia sztandaru... Rosłem w siłe, ale zgubiło mnie zaufanie. Odkopałem oszczędności i ruszyłem tutaj. Przespałem się, wyszedłem na ulice, zaatakowali mnie zbójcy... No a reszte już wiesz.
- No... Ciekawie, ciekawie. Ja jestem kupcem. Wędruję, to tu, to tam. Tu taniej kupię, tam drożej sprzedam... Wiesz jak jest. Teraz zatrzymałem się na dłużej, bo spotkałem brata, ale wyszedł spity na ulice, i podskakiwał, więc zbili go i ukradli. Tak tu jest. Czekałem na kogoś, kto by podjął się tego zadania... No ale cóż, spotkałem ciebie i mam nadzieję, że nie odmówisz. Nie zmuszam Cię do niczego, pamiętaj.
Co mam do stracenia? - pomyślałem.
- Zgadzam się.
Gospodarz wstał i wyciągnął rękę. Podniosłem się, i uścisnąłem.
- Dziękuję. Słuchaj... Konia zapewnie nie masz? Bo i jak byś go przewiózł łodzią. Zbyszku!
Przybiegł jakiś mały chłopak.
- Zaprowadź proszę gościa do stajni. Niech wybierze sobie konia, którego będzie chciał.
- Oczywiście proszę pana. Proszę za mną.
- Ja idę po mapy, gdy przyjdziesz pokażę ci co i jak.
Poszedłem za chłopakiem - wszedłem do drugiej izby, urządzonej podobnie co pierwsza. Chłopak poprowadził mnie przez drzwi i wyszedłem na podwórzę. W "Stajni" były ledwo trzy konie, ale wszystkie dobrze zbudowane i zadbane. Pachołek przyniósł trzy marchewki.
Pierwszy, siwy ogier - upie**olił mnie w palce(inaczej tego nie można nazwać), więc skreśliłem go z góry.
Dwie kolejne klacze były bardziej łagodne, aczkolwiek na nodze jednej z nich zauważyłem zgrubienie. Wybrałem czarnulę o bystrym wzroku. Poklepałem ją po szyi i chyba nawet się uśmiechnęła.
- Wybiera pan ją? - spytał się chłopiec nieśmiale.
- Tak.
- Dobry wybór - rozpromienił się chłopak, zaraz jednak spochmurniał - dobrze o nią dbałem, proszę pana. Niech pan jej nie zajedzie.
- Spokojnie, chłopaku - uśmiechnąłem się - potrafię dbać o konie.
Wróciliśmy tą samą drogą. Miski zostały posprzątane, a na stole została rozłożona mapa Calradii.
- Jesteśmy tutaj, w Sargoth - kupiec wskazał palcem - w tych wioskach zapewne zrekrutujesz kilku ludzi. W mieście nie próbuj, nikt nie zechce, tylko strażnicy złoją ci skórę. W wioskach znajdź starszego, spytaj się go czy ktoś nie zechciałby dołączyć. Chłopi często miewają pożary i nie mają co z sobą zrobić gdy biedakom spalą się chaty, albo biedota w wiosce jest tak wielka, że sami uciekają. Chętnie do ciebie dołączą, ale - nie dawaj im więcej niż dziesięć denarów na początek. Dla nich to i tak wiele. Nie zapominaj płacić im potem co tydzień żołdu i zapewnij im jedzenie. Trenuj ich i nie uciekaj od walki - załapią doświadczenia, za żołd kupią sobie lepszą broń, nauczą się poruszać w pancerzach i walczyć w szyku... Cała armia Calradii to chłopi.
- Rozumiem. Gdy zbiorę kilku ludzi zgłosić się do ciebie, tak?
- Tak. Wieczorem pójdę do karczmy, tam mnie spotkasz. Mapę zatrzymaj, żebyś się nie zgubił.
- Dobra... W takim razie, wyruszam.
- Czekaj! Masz tu sto denarów. Tyle powinno wystarczyć. Kup trochę jedzenia, nowi na pewno będą głodni.
- Oczywiście - uśmiechnąłem się - do zobaczenia!
- Do zobaczenia!