23 marca 1257Aktualne terytorium:
Dzień rozpoczął się, jak każdy inny. Jak co rano robiłem obchód miasta o świcie. Zendar było wielkim miastem, co oznaczało też duże problemy z przestępczością. Więzienia były przepełnione, mimo amnestii, która miała miejsca 2 lata temu. Dlatego też nie mogłem sobie pozwalać na konwencjonalne metody zwalczania bandytyzmu.
Coś jednak było inne tego ranka. Nie robiłem już obchodu jako strażnik, którym byłem przedtem. Pełniłem teraz funkcję Namiestnika, w której próbowałem się odnaleźć, choć nie łatwo było skończyć z rutyną i rozpocząć nowe obowiązki. Niestety kilka dni temu zmarł król, ostatni z królewskiego rodu. Nasze prawo nie przewidziało, co się dzieje, gdy urywa się ciągłość dziedziczności tronu. Nie mogliśmy jednak pozwolić na bezkrólewie i anarchię. Nie teraz, gdy byliśmy na kolanach. Z dawnego imperium zostało już tylko jedno miasto i kilka okolicznych wiosek. Dodatkowo trwał bardzo niespokojny okres, w którym z każdej strony zbierano chorągwie i szykowano coraz to kolejne wyprawy wojenne.
Dlatego zebrała się rada miasta. Niestrudzenie przez te kilka dni i nocy, jakie minęły od śmierci monarchy, debatowali i dyskutowali. Efektem ich pracy jest nowa konstytucja, która ma wprowadzić świeżość w sposobie rządzenia państwem i przyczynić się do odzyskania dawnego splendoru. Wciąż jest niedokończona i wymaga poprawek, jednak będzie to zadaniem senatu, który wkrótce zostanie powołany. Najpierw jednak będziemy potrzebowali króla. Żeby zażegnać problem z dziedzicznością ustanowiono, że tron będzie od teraz przekazywany na drodze powszechnej elekcji. Zanim jednak elekcja się odbędzie, trzeba przygotować społeczeństwo do nowej sytuacji, jaką stwarza nam nowy ustrój. Dlatego powołano Namiestnika, czyli mnie.
Ze zwykłego strażnika patrolującego ulice stałem się naczelnikiem całego miasta, jak i państwa. Domyślam się, że ze względu na wieloletnią i stabilną służbę byłem odpowiednim kandydatem, jednak nie zmienia to faktu, że rzucili mnie na głęboką wodę. Postanowiłem sobie, że jeszcze ten jeden, ostatni dzień będzie taki, jak te wszystkie poprzednie. Wędrując więc uliczkami Zendar, udałem się do pobliskiej karczmy.
Była to najstarsza karczma w mieście i jedna z najstarszych w Calradii. Zwała się "Four Ways", od niej nazwę wzięło całe państwo. Był to symbol minionej już epoki, w której niedawno wygasły ród królewski tę karczmę założył. Zanim pierwszy koronowany członek tego rodu zasiadł na tronie Zendaru, jego przodkowie byli zwykłymi oberżystami w tej tawernie. Było to jeszcze w czasach zapomnianego już ustroju, jakim była demokracja. Przepadła ona wraz z podbojami Armagana Zdobywcy, który jako pierwszy zjednoczył wszystkie ziemie Calradii. Gdy jego imperium legło w gruzach, do władzy zaczęli dochodzić lokalni możnowładcy, tacy właśnie, jak ród z Zendar.
Nie znalazłem tam jednak odpoczynku. Sam karczmarz traktował mnie już zupełnie inaczej. Tak jakby... poddańczo. Zdecydowanie nie podobało mi się to, więc udałem się na miejską arenę, by oddać się przyjemności bicia ludzi... nie żebym to praktykował jako strażnik..
Mój spokój nie potrwał długo. Wkrótce zawołano mnie przed oblicze rady i przekazano najświeższe wieści. Okazało się, że nowiny roznoszą się szybko. Nasi sąsiedzi -Królestwo Swadii- już wiedzieli o naszej sytuacji. Postanowili to wykorzystać i wypowiedzieli nam wojnę. Ten głupiec Harlaus jeszcze nie wie, jak wielki błąd popełnił oraz co rozpoczął swoją agresją. Potęga Zendaru odrodzi się...