Przygotowałem pewne opowiadanie o Calradii. Przygotowałem na razie prolog. Mam nadzieję, że czytelnikom spodoba się moja powieść.
Link do pdf -
https://docs.google.com/file/d/0B0CAR8riAQBgalhsSUU0WncyN28/edit?usp=sharingProlog - Wyrok
Loch, brudne, zaszczane sitowie i dziewięciu osadzonych w skąpej celi.
- Źle.
Mężczyzna, który to powiedział miał nietypową fizjonomię – krótka brązowa broda, przycięte włosy o tymże kolorze. Rysy – rzekłbyś nieszczególne. Nos złamany ( pewnie w pijackiej rozróbie ), ale tutaj się zaczyna – przez czoło ciągnęła się długa, krzywa blizna. I te oczy – ślepia okrutnika, jasnoniebieskie, płonące żarem wściekłości.
- Mógłbym być już w karczmie, gdyby nie ten patrol Kurta.
Wszyscy znali Kurta – potężnie zbudowanego osiłka o twarzy tępego akolity. Ale nie był ani sługą ani głupcem. Należał do korpusu „Królewskich Psów” i co lepsze – był jej przywódcą. Organizacja ta założona w 1244 r. miała głównie dbać o bezpieczeństwo króla, ale szybko sobie zdali sprawę, że z łapówek od paserów, szybciej zarobią. Żeby dać mieszczanom choć odrobinę pozorów, że wykonują swoją pracę jak należy, patrolowali ulice oraz łapali przestępców. Złoczyńców takich jak ten człowiek. Siedział w kącie lochów, niepozorny, zbity i skulony.
- Hej! - znienacka krzyknęło do niego czterech więźniów, wyróżniali się od reszty skazanych, głównie wątłych starców, pewnikiem żebraków. Człeku, przyjdź no do nas. Pogawędzim.
Myśleli, że nie odpowie, zignoruje. Ale on podszedł, może raczej pokuśtykał.
- To o czym tak chcecie gawędzić? - spytał ich więzień. Nie mogli nie usłyszeć pogardliwego tonu. Ale postanowili nie podchwycić zaczepki.
- Jak masz na imię?
Tamten się zawahał, lecz zaraz odrzekł – Brind.
- Dobra, sprawa wygląda tak – nudzimy się niemiłosiernie, w tym lochu jest mało okazji. Zanim te gnoje postawią szubienicę, możemy umilić ostatnie chwile rozmową. Za co cię osadzono?
- Hmm.
Brind pomyślał – może dam radę uciec. Te pniaki mi nie pomogą, ale...
- Dostałem zlecenie od gościa w tawernie – kupiec Styr miałby być moim celem. 500 denarów to sporo za ubicie ćwoka koło straganu. No to co, nóż pod żebro i wtopić się w tłum. Prosta na pierwszy rzut oka sprawa.
Zabójca już wcześniej zauważył, że jego opowiadanie wzbudziło zainteresowanie osiłków. Ale teraz rozmowie zaczęło się przysłuchiwać inni skazani. Jak z tego bagna wyjdę to będę zarabiał na chleb jako gawędziarz.
- Ale coś musiało nie pójść z planem, co nie?
- Tak, nie poszła mi jedna sprawa. Ten Styr to nie była żadna kupczyna, tylko cholerny żołnierz. Pod kapotą nosił dobrze zakryty skórzany kaftan, a u pasa miał ukryty sejmitar. Heh no i co? Gówno! Kiedym go dźgnął, ten się obrócił i jak mnie grzmotnął! Kułak miał twardy psia jego mać. Ja tu leżę na bruku i wypluwam zęba, a ten suczy chwost drze się „napad”! A sam mnie kopał ile wlezie, nie mogłem nawet wstać, nazbyt byłem oszołomiony. Nim przyszedł ten patrol, zdążył mnie jeszcze chlasnąć tym szabliskiem, bo już wstawałem.
- Hah, miałeś paskudny dzień. Nie trzeba było iść na mord, tylko uczciwie pracować – zawołał klawisz.
Dopiero teraz wrócił z wychodka. Siedział tam dłuższy czas i dobrze bo zasraniec nie mącił. Zawsze przypełznie nie w porę.
- Co tam kapcany? - krzyknął ponownie. Nie pleść pierdół tylko gęby pozamykać i do kąta. Brind!
- Tak? - spytał spokojnie. Wiedział dlaczego tu przyszedł. Strażnik normalnie po wysraniu się by poszedł jeszcze się napić. Przyszła kolej. Postawili szubienicę.
- Podejdź no do kraty. I nie zadawaj pytań. Wisielce ich nie zadawają.
Podniósł się spokojnie z godnością, otrzepał gacie ze słomy i wygładził koszulinę. Nadszedł jego czas.
Konnert się niecierpliwił. Jego przełożony posadnik Kurt siedział na podwyższeniu obok bojara Merigi i samego króla Yarogleka. Gdyby nie zwierzchnictwo nad „Królewskimi Psami” stałby podium niżej. Dziwne, że król nie nadał mu lenna – wtedy dostałby tytuł bojara. Pewnie i tak ma nawał roboty, po co mu zawracać dupę jakimiś wsiórami i ściąganiem z nich podatków. I tak był obrzydliwie bogaty od łapówek nielegalnych handlarzy. Mężczyzna zlustrował spojrzeniem miejsce przyszłej egzekucji. Wszystko jest już przygotowane, mieszczuchów nie było dużo, raptem dwudziestu. Mieli powiesić tylko jakiegoś nędznego zabójcę, który targnął się na życie weterana oddziału bojara Crashaka. Para się obecnie drobnym handlem.
Plac miał kształt kwadratu, po trzech jego bokach ciągnął się szereg domów i kamienic. Przy czwartym boku rozciągało się strome wzniesienie. W samym jego środku postawiono szubienicę, pod nią już czekało paru piechurów oraz kat. Konnerta zastanawiała jedna rzecz. Po kiego grzyba sam król pilnuje egzekucji jakiegoś oberwańca? Będzie musiał o to spytać Kurta.
- Oho patrz, nasz,,mistrz'' tu idzie. Pewnie już wylizał tyłki możnowładcom. Tfu!
Członek „Królewskich Psów” spojrzał na człowieka, który przerwał mu rozmyślania. Jakżeby inaczej! Moric!
- Przyjacielu, twój język ocieka sarkazmem i pogardą. Czy kolejny karczmarz przypomniał ci o twoich długach wobec jego?
- Daruj te gadki. Zachowaj je dla fircyków i innych posrańców na dworze.
Moric – wysoki, szczupłe zbudowany młodzian o przystojnej twarzy. Bardzo podobny do Konnerta, tylko ten drugi był nieco większy w barach. Obaj po 25 wiosen liczący sobie młodzieńcy. Urodziwi, sprawni, odważni – elita młodego społeczeństwa Vaegirów.
- Wy dwaj za mną – zakomenderował ich dowódca Kurt. Więzień powinien lada chwila zostać dostarczony.
- Jaki więzień? - spytał niewinnie jego podwładny?
- Moric, wy wyżej wała nie podskoczycie, więc nie róbcie sobie jaj. Jako pierwsi dobiegliście do kupca Styra, gdy napadł na niego ów zamachowca. Pamiętajcie, na was spadnie odpowiedzialność, jeśli coś nie pójdzie po naszej myśli.
Z tymi słowami odszedł.
- Menda.- rzucił na odchodnym Konnert.
- Kanalia.- dopowiedział Moric. Spojrzeli na siebie i roześmiali się głośno.
Brind obserwował otoczenie. Planował ucieczkę od chwili, gdy wrzucli go wczoraj do lochu. Postanowił: „Co ma być to będzie, ten trep klawisz jest za głupi, żeby czegoś upilnować do końca. Nawet kajdan mi nie założył, idiota!”
Strażnikowi idącemu jako pierwszy zasadził szybkiego kopniaka w plecy, obrócił się w prawo i walnął klawiszowi pięścią w nos, przyjemnie go łamiąc. Szybko kopnął leżącego strażnika w brzuch i pobiegł uliczką po lewej. „ Nie będą mnie ścigać, klawisz pewnie trzyma się za nos, a strażnik stęka na bruku. Zanim zaalarmują ludzi będę daleko”. Nie widział, jak istotnie klawisz ściskał pokrwawiony nos, ale strażnik o dziwo stał. Ręce przyciskał do brzucha, ale na jego twarzy widniał zimny uśmiech.
- „Jest” - pomyślał uciekinier. Brama tuż tuż. Zauważył stojącego obok niej człowieka, ubranego w bury płaszcz. Nieznajomy nagle sięgnął pod ubranie i szybko wyciągnął małą, poręczną kuszę. I strzelił.
- Cholera!
Brind umarł, nim jego ciało stuknęło o bruk. Jego zabójca nakreślił w powietrzu dziwny, zamaszysty znak i poszedł w kierunku bramy i uwiązanego przy niej konia.
Koniec prologu zatytułowanego Wyrok. Dla tych, którym prolog się spodobał napiszę następne rozdziały.
Edit: Jeśli ktoś to czytał, niech odpowie co mu się spodobało, a co nie.
Bloomy - przyjąłem, dzięki, rozdział pierwszy powinienem jutro wydać, przy odrobinie szczęścia dzisiaj.