Ruszyła konwersja forum! Przez ten czas wyłączyliśmy możliwość pisania nowych postów, ale po zalogowaniu się można pisać na chacie. Poniżej znajdują się też linki do naszej grupy Steam i facebooka, gdzie również będą ogłoszenia. Modernizacja forum powinna zakończyć się najpóźniej do wtorku.

Najnowsze newsy z naszej strony:


    Polub nasz profil na facebooku! oraz dołącz do naszej Grupy STEAM

    Autor Wątek: Denar rzeczą świętą  (Przeczytany 1847 razy)

    Opis tematu:

    0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

    Offline NestarisPL

    • Użytkownik
    • Wiadomości: 29
    • Piwa: 0
    • Płeć: Mężczyzna
    Denar rzeczą świętą
    « dnia: Maja 03, 2013, 09:49:28 »
    Coś cicho w tym dziale... więc ja coś dam! Taki wstęp na razie, króciutki.
    Rozdział I
    Reyvadin,
    Anno Domini 1257
    Wąskie i ciasne ulice Reyvadin są pełne syfu i chorób. Przepełniają je hordy żebraków i bezdomnych, którzy umęczeni chorobami oraz ranami spowodowanymi przez nie błagają choćby o jednego denara, by móc kupić parę kromek chleba bądź flakonik lekarstwa. Niekiedy przemierzają je karawany wypełnione po brzegi towarem różnego rodzaju, na które rzucają się wygłodzone dzieci bezskutecznie i rozpaczliwie szukając choćby kawałeczka mięsa, choćby szkielet ryby. Obok można zauważyć stoiska z bronią, stajnię z końmi na sprzedaż, których i tak nikt nie kupuje ze względu biedy, stoisko płatnerskie, które odwiedzają tylko najbogatsi, bądź złodzieje. Pełno leży na ulicach opuszczonych wozów karawan, które albo zostały ograbione przez tutejszych ulicznych rzezimieszków, albo nie zostały wpuszczone dalej przez straże. Tak wyglądało wtedy każde miasto Wszechcalcardii, we wszystkich zakątkach, nawet w bogatej Swadii.
    Jedynymi miejscami, by uciec od tej biednej i smutnej rzeczywistości, były tawerny, w których wieczorami organizowano imprezy dla okolicznych mieszkańców. Oczywiście dla tych, którzy mieli pieniądze. Ci biedniejsi, musieli z opuszczoną głową wracać do swych zapuszczonych domostw, aby wypocząć z pustym żołądkiem i następnego dnia ponownie rozpaczliwie błagać o denary. Nie wszyscy dożywali dnia następnego, więc wczesnym rankiem ludzie z biedniejszej dzielnicy masowo wychodzili na deptak i składali ukłony w stronę nieba dziękując bogom za to, że wstali ze swych legowisk żywi. Tymi, którzy leżeli na ulicy, umęczeni chorobami, umierającymi bądź nieżywymi, oraz tymi już w trakcie rozkładu – nie przejmowano się. Przez to wielokrotnie w mieście (chociaż nie tylko w tym) wybuchały epidemie tyfusu i cholery, od których słaniało się setki mieszczan.
    Nikt rozsądny nie wychodzi nocą na ulice, nawet ci najbiedniejsi. Wtedy to, z ciemnych zakamarków cuchnącego rozkładem miasta, wyłaniają się złodziejaszki. Uzbrojeni w sztylety, pałki i toporki ograbiali każdego, kogo ujrzeli i kogo wybrali. Tego, kto nie udzielił im majątku posiadanego przy sobie, najczęściej zasztyletowali go i porzucali na ulicy, czasem nagiego, zbiegając w stronę swych kryjówek wraz z łupami. Strażom rzadko udawało się wyłapywać złodziei.
    Czasami, można przyuważyć przemierzających ulice bogatszych rycerzy wraz ze swą świtą i mieczem u boku. Zasiadali oni w tawernach i wybierali najbardziej szlachetne miody pitne, które były warzone w tym mieście. Ze smutkiem patrzyli się na konających żebraków, dla których nie było już niestety ratunku i odchodzili dalej w swoją stronę.
    Jednym z takich rycerzy był Emil z Tebandry, niekiedy oficjalnie nazywany Emilianem, pogromcą aren. Zawsze, z mieczem przy pasie oraz z wiernymi kompanami u boku przemierzał ulice Reyvadin. Najczęściej można go było spotykać na rycerskich turniejach, gdzie potykał się z rycerstwem z całej Calcardii. Oczywiście, za pieniądze. Na stadion przychodziły tłumy – od tych konających, najbiedniejszych, po samą śmietankę królewską. Rzucali denarami w stronę mistrza turnieju obstawiając, iż właśnie Pogromca Aren Wszechcaldardii wygra ten pojedynek. Tak się działo. Pojedynek za pojedynkiem, walka za walką, a rycerz pełen sławy i chwały. Często można było go spotkać w tutejszej tawernie, gdzie po wypiciu kilku kubków miodu opowiadał swe dzieje, jakiż to on wojownik i rycerz, jakże on bił się z khergicką swołoczą! Jeśli nie było go w mieście, na pewno był w Tebandrze, gdzie pomagał tamtejszemu chłopstwu w codziennym trudzie, bądź na wojnie, gdzie pokonywał wraz ze swymi towarzyszami hordy stepowych najeźdźców.
    Pewnego słonecznego południa, zajrzał do karczmy i usiadł przy jednym ze stolików. Patrząc się na rozpalone palenisko, nad którym wisiał kocioł z wywarem, co róż popijał miód rozkoszując się jego smakiem. Oberżystka stała nad ów kotłem i przebierała w nim wielką łychą mieszając jego zawartość i co róż ją próbując. Wtem, zaskrzypiały ozdobione drzwi wejściowe otwierając się. W wejściu stała jakaś postać, którą po jakimś czasie coś wepchnęło do środka budynku. Z twarzy przypominał Khergita – ciemny kolor skóry, skośne oczy, grubsze wargi oraz włosy splecione w wąskie warkoczyki. Ubrany był jak rycerz swadyjski – bogata tunika, rękawice i brązowa, skórzana pochwa, w której tkwiła broń. Podszedł do stolika, przy którym siedział nasz bohater, zdjął prawą rękawicę i bez słowa rzucił mu ją na stół, przed Emilem, co oznaczało, że rycerz musi stanąć w nim w szranki. Rycerz, przypatrzył się tej stalowej rękawicy, po czym wziął ją i nałożył na swą prawą rękę, w której zawsze trzyma miecz. Odrzucił kubek z miodem na stół, wstał z krzesła, po czym szybkim i dynamicznym ruchem skłonił swą prawą dłoń ku pochwie, złapał za rączkę miecza i dumnie wyciągnął go, po czym rycerz ustawił się w pozycji do pojedynku, kierując miecz bokiem do przeciwnika. Khergit (prawdopodobnie to był Khergit) ruszył na niego. Swym, zardzewiałym już mieczem, próbował przełamać obronę Wegira (Vaegira) uderzając w jego miecz oraz wymachując nim we wszystkie strony, chcąc zmylić tym rycerza. Walczący odsuwali się od stolików i potykając się wędrowali w stronę blatu wypełnionym kubkami i kielichami, przy którym stała wystraszona oberżystka. Khergit odrzucił Emila w stronę blatu, który uderzając w niego zrzucił kilka flaszek wypełnionych winem, które oczywiście się stłukły. Wykorzystując okazję, dłużej się nie zastanawiając, chwycił wolną, lewą ręką za pusty, gliniany kubek, a następnie ruszył w stronę rozwścieczonego Człowieka Stepów. Podniósł swój miecz do góry blokując atak Khergita, i pozostając w takiej pozycji przysunął się do atakującego, a następnie zamaszystym ruchem, trzymając za ucho kubka, zbił go na głowie ów napastnika. Człowiek Stepów upuścił swój miecz, po czym złapał się obiema rękoma za głowę i przytrzymuje ją, a po chwili upada na podłogę ze względu na to, iż z jego czoła wylatywał strumyczek krwi. Wegir schylił się po stary, stepowy miecz, po czym podniósł ów broń i skierował się z nią w stronę ogłuszonego Khergita. Swój miecz wbił obok, w drewnianą podłogę, przerzucił khergicki miecz do lewej dłoni, a prawą wyciągnął do leżącego napastnika. Człowiek Stepów, wyraźnie zdziwiony rycerską postawą Emila zmarszczył czoło, po czym uśmiechnął się i opuścił głowę do podłogi zamykając oczy. Wtem Khergit stracił swą przytomność.
    Wegir, spoglądając na nieprzytomnego przeciwnika, zawołał oberżystkę, by szybko przygotowała posłanie na górze, wiadro z wodą i opatrunki. Ów kobieta pędem skierowała się na górę, po czym otworzyła małą piwniczkę. Weszła do jej wnętrza i przetrząsała półkę w poszukiwaniu jakichś czystych, lnianych szmatek. Ujrzała je, wzięła ów szmatki, zamknęła piwniczkę i wzięła półpełne wiadro wypełnione wodą, które stało w rogu. Wszystko zaniosła do jednego z pokoi, zbiegła na dół i machnęła ręką wołając rycerza na górę.
    Wtem, podszedł do leżącego Khergita, schylił się nad nim i wsunął prawą rękę pod jego kark, a lewą pod nogi. Powoli wznosił się z napastnikiem, a kiedy tak się stało, zaczął go nieść na górę. Krew wyciekająca z czoła zdążyła już zalać większość twarzy Człowieka Stepów. Rycerz zwiększył tempo chodu i po chwili znalazł się w jednym z pokoi, gdzie położył swego przeciwnika na łóżku.
    Krwotok ustał. Minęło parę godzin, zanim Khergit się obudził. Gdy to się stało, zbladł na widok siedzącego obok Wegira i chciał uciec, lecz nie miał sił i zdecydował się pozostać w łóżku. Emil, zdjąwszy rękawicę wcześniej rzuconą mu przed nos przez Khergita, położył mu na obok i dodał:
    -Musisz się jeszcze wiele nauczyć, by zmierzyć się ze mną.
    -Ja nie! To nie ja! To on! On dał mi… dał! – w przerażeniu rzucał się Khergit na łóżku.
    -Opamiętaj się! Kto, co ci dał? – odparł ze zdziwieniem Wegir.
    -Zabije mnie! Zabije! Twoja głowa! – jęczał napastnik.
    Z nagła, od pasa Khergita odczepiła się sakwa, która spadła na podłogę. Rycerz, podnosząc jedną brew ku górze, schylił się po ów sakwę i podniósł ją, a następnie potrząsnął. Z wnętrza wydobywał się dźwięk obijających się o siebie monet, więc nie zastanawiając się odwinął sznurek zawiązujący sakiewkę, a zawartość wysypał na stolik obok łóżka. Z sakiewki wysypały się denary – jeden, dwa, trzydzieści denarów. Tyle, czyli trzydzieści denarów naliczył Wegir, po czym oparł się o kolana i spytał Człowieka Stepów:
    -Moja głowa, hmm? Czyżby ktoś mnie cenił za taką sumę?
    -Miłościwy panie, zapłacił mi, on miał… dał sakwę, miecz i kazał…
    -Zachowaj spokój. Kto, kto ci to dał?
    -Borislav, Borislav ze Slezkh, zły człowiek, bardzo zły.
    -Borislav? –z zadumą powiedział rycerz. -Nic mi to nie mówi, opowiesz mi coś o nim?
    A następnie obaj mężczyźni spędzili czas na rozmowie. Emil dowiedział się, iż uciekający z pola bitwy Khergit został pojmany przez okolicznych bandytów i zaprowadzony do jednej z wegirskich wiosek. Tam szkolono go na rzezimieszka, by w końcu wyruszyć do miasta Reyvadin, aby powrócić z głową młodocianego rycerza, za którą można byłoby dostać fortunę.
    Następnego dnia rano, wypoczywając w łóżku, rycerz rozmyślał nad tym, jak łatwo można przekupić czyjeś życie. Rozmyślał również, ile on sam jest wart – trzydzieści denarów, sto denarów? Jak pełen honoru i glorii rycerz może być ceniony jak niegarbowana skóra? To byłoby niedorzeczne zwłaszcza, iż rycerz dorobił się majątku na potyczkach. Może o to chodzi? Może ci zamachowcy chcą zagarnąć jego denary wcześniej likwidując go? W końcu – któż jest tym Borislavem? Czy to jest na pewno jego imię? I czy on naprawdę istnieje, gdyż ludzie obłąkani plotą różne zmyślone rzeczy. Chcąc się o tym przekonać, wstał ze swego łóżka i wszedł do garderoby, gdzie się ubrał i wziął cały sprzęt. Zszedł do izby, aby zwołać swą świtę do przechadzki.
    Drużyna wyszła z domu. O dziwo, rycerz nie poprowadził swych wojów szerokimi, bogatymi ulicami, tylko skierował w najciaśniejsze i prowadzące do dzielnic biedy i złodziei. Dzieci, które bawiły się metalowymi, podżartymi przez rdzę sztyletami, nie budziły żadnego zdziwienia w oczach ich rodziców. Domy z krzywymi, dziurawymi drzwiami, z otworami na okna, które przykrywały dziurawe płachty były w około. Przy schodach jednego z domów leżał chory mężczyzna, o którego wychodząca z ów domostwa dziewczynka potknęła się o niego i uderzyła całym impetem głową o kamienie leżące na ziemi, lecz to nie robiło na nikim wrażenia. Wszyscy zdawali się być podejrzanymi. Ciągle wpatrywali się w drużynę wojów z rycerzem na czele – jak taki ktoś, jak on, może przemierzać tą dzielnicę? Czyż mu nie wstyd? Jednak widać było po nim, że nie jest tu na zwykłej przechadzce.
    Wtem, rycerz kazał się zatrzymać, gdyż ujrzał zdumiewający widok. Ten sam Khergit, który wczoraj atakował go w karczmie, po kryjomu pukał do jednego z tych obskurnych domostw, nerwowo oglądając się na boki i za siebie. Drzwi się otworzyły, z których wychylił się młody mężczyzna, złapał za kołnierz Khergita i wciągnął go do środka zamykając z hukiem drzwi. Rycerz nerwowo, wraz ze swoją świtą podbiegli do otworu okiennego, odsunął płachtę i ukradkiem spoglądał i podsłuchiwał grupkę uzbrojonych mężczyzn, którzy przywiązali Khergita do krzesełka.
    -Herszt Borislav jest bardzo niezadowolony z twoich postępów, kmiocie! – powiedział jeden z rzezimieszków trzymając sztylet pod gardłem Khergita.
    -Nie! Nie chcę umierać! Tu są pieniądze, ale błagam, zostawcie mnie już! – odsuwając głowę od noża, Khergit skinął na dół, gdzie do pasa przyczepiona była wypełniona sakwa.
    -Miałeś robotę, miałeś zabić tego pyszałka! Borislav ci zaufał, przygarnął ciebie, dezertera do serca, a ty mi mówisz, że go nie zabiłeś? – po czym uzbrojony mężczyzna uderza otwartą pięścią w twarz Khergita.
    -Nie chcę umierać! Ja mam rodzinę, dziecko, zostawcie mnie, proszę, błagam was! Litości okażcie!
    -Nigdy nie poznasz smaku denara, drogi panie. Miałeś szansę go poznać. Jeśli Borislav nie zaufałby ci, zarobilibyśmy krocie, sprzedając cię w ręce khergickiego chana. Przykro mi, miałeś swą szansę.
    Wówczas rozległ się błagalny krzyk Khergita. Rycerz zasłonił ponownie okno, po czym kopnął w drzwi, które wypadły z zawiasów pod wpływem siły kopnięcia. Drużyna wojów weszła do środka budyneczku, po czym zaczęła się potykać z rzezimieszkami.
    Zbóje byli słabo uzbrojeni. Stare sztylety oraz poharatane, drewniane tarcze nie zdołały uchronić przestępców przed doskonale wyszkolonymi i wyposażonymi żołnierzami. W tym czasie, gdy wojowie bili się ze zbójami, Emil podbiegł do przywódcy grupki, poklepał go z siłą po ramieniu. Przywódca tejże grupki, odwrócił się od przywiązanego Khergita, po czym szybko otrzymał cios z pięści od wegirskiego rycerza. Zbójnik upadł na ziemię, po czym opierając się o ścianę wstał i wyciągnął zza pasa swój sztylet, którego ostrze było równe pięści. Podbiegł do „pogromcy aren”, zamachnął rękę ze sztyletem do góry i chciał go wbić w głowę rycerza, lecz ten zablokował jego dłoń, mocno przytrzymał, a następnie wbił swój miecz w jego brzuch, po czym podciągnął do góry rozszerzając ranę. Zbój wytrzeszczył oczy, upuścił swój sztylet, który spadając na ziemię wbił się w podłogę, otworzył usta i z ciężkim tchem mocno upadł na podłogę tyłem, gdzie po chwili wyzionął ducha.
    Nim się obejrzał, pozostali złodzieje leżeli już martwi na podłodze domu. Z ich ran sączyła się krew, która strumieniami wypływała z ich ciał. Rycerz Emil podszedł do zbójnika, którego zabił, po czym schylił się i szybkim ruchem wyjął mocno tkwiący w drewnianej podłodze sztylet, podszedł do Khergita, obszedł go i przeciął nim więzy. Człowiek Stepów, uradowany pomocą, wstał z krzesła, popatrzał na swe sine od niedokrwienia przez supły dłonie, po czym zrzucił wzrok za rycerza uśmiechając się. Ów rycerz podszedł do niego, wręczył mu sztylet, po czym dodał:
    -Masz, trzymaj. Może ci się przydać.
    -Dziękuję, miłościwy panie! Będę się o ciebie modlił dniami i nocami! – z zachwyceniem odrzekł Khergit.
    -Więc, jak cię zwą, bywalcze?
    -Zwą mnie Urush. Oj, chyba czas się zbierać. Was jest garstka, a w tej dzielnicy są setki tych ulicznych zbójów. Lepiej czmychajcie stąd czym prędzej w swoje strony, ja udam się w stronę domu uciech. Stamtąd ukryję się gdzieś w mieście.
    -Uważaj! Póki trwa wojna między Wegirami a Khergitami, ludzie tutejsi nie traktują Khergitów z szacunkiem, więc miej się na baczności.
    Po czym wybiegli z domu. Urush uciekł przez górną uliczkę, zaś drużyna wojów zeszła dolną, ciaśniejszą uliczką. Z oddali było już słychać bieg jakichś osób oraz dźwięk broni, prawdopodobnie to byli zbóje, którzy usłyszeli ów zajście. Można było usłyszeć od tych osób różnorakie zaklinania oraz słowa pogardy.


    Smród spalonych chat i ciał, wokół wyjałowiona ziemia, konający we własnych kałużach krwi marni żołdacy... chyba Vaegirowie tędy przeszli.