Rozdział IX
- Garrett.
Złodziej odwrócił się.
- Co?
- Źle zrobiłeś że tam poszedłeś. Wiedzą który portal był ostatni użyty. Wytropią cię.
- O mnie się nie martw. Nie macie czasem czegoś do roboty? Jeśli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o demona, który szaleje po mieście.
- Garrett. Jeszcze nie jest za późno, oddaj nam Sztylet.
- Nie. Właśnie, jest za późno.
Argrag szedł ulicą Kupiecką na umówione z Garrettem. Ludzie znowu zaczęli pojawiać się na ulicach, ale nadal rzucali strachliwe spojrzenia w stronę pogrążonych w ciemnościach uliczek.
„To wszystko przeze mnie. Ale jeszcze trochę i znów zapanuje spokój.” – pomyślał. Za rogiem był dziedziniec gdzie spotkał się wcześniej z Garrettem. On już na niego czekał.
- Masz sztylet?
- A jak miałbym go nie mieć? Masz klejnot?
- Tak. Łap.
Złodziej podszedł od Argraga, po czym podał mu Sztylet.
- Takimi rzeczami lepiej nie rzucać. – uśmiechnął się.
- Teraz trzeba wykombinować gdzie go zniszczyć.
- Aha. To ja się tak namęczyłem, a ty chcesz to zniszczyć? Ale rozumiem to teraz należy do ciebie.
- Nie wiesz gdzie można byto załatwić.
-Mam pomysł.
Rozdział X
- Huta Darak – Drum? – Argrag był zaciekawiony – Nigdy o niej nie słyszałem.
- Dużo osób też o niej nic nie wie. Praktycznie nikt nie wie. Jest to jedna z największych hut na świecie. Młotodzierżczy dobrze strzegą jej tajemnicy. W jej wielkim piecu temperatura jest najwyższa na świecie. Można tam spróbować.
- Gdzie ona jest?
- Pod jedną z gór w pasie Tarugerów. Dwadzieścia mil od Miasta. – Garrett uśmiechnął się – Z Miasta wszędzie jest blisko.
Argrag spuścił oczy.
- Czemu mi pomagasz?
- Sam nie wiem. Kiedy chcesz wyruszyć?
- Dobra, będę.
Po tych słowach Garrett odwrócił się odszedł w stronę domu. Nie musiał mu pomagać, ale chciał. Pierwszy raz po wielu latach robił coś dla innej osoby, co wykraczało za chęć zysku. Idąc ciemnymi uliczkami Miasta, miał wrażenie że wszystko się zlewa. Czuł jakąś pustkę. Dziwną pustkę. Pomogę Argragowi i skończę z tym. Skończę z okradaniem. Skończę z przemykaniem z cienia do cienia. Skończę ze wszystkim. Wyniosę się z stąd. Raz na zawsze.
Nagle kątem oka zauważył jakiś cień. Sądząc że to strażnik, skrył się w cieniu.
Jednak nie był to człowiek. Na zbiegu dwóch ulic stała dziwny potwór. Wydawało się że widzi Garretta, skrytego w całkowitych ciemnościach doskonale. Po chwili demon rzucił się na złodzieja.
- A więc jednak znalazł drogę na drugi brzeg. – mruknął, opuszczając bombę błyskową – Lepiej późno niż wcale.
Napastnik nie zareagował na ostre światło, doskakując do miejsca gdzie stał przeciwnik. Jednak Garretta tam już nie było. Rzucił się z powrotem do pogoni. Złodziej chyżo biegł w stronę mostu, znajdującego się dwieście metrów dalej. Tuż za nim nie biegł, a leciał demon. Zostało sto metrów. Dahaka był już na wyciągnięcie macek, ale Garrett przebiegł przez most, goniący zatrzymał się. Złodziej odetchnął. Mało brakowało. Dzisiaj nie będzie mógł dostać się do domu. Postanowił, że przed wyprawą załatwi sobie trochę informacji. Skierował swoje kroki do gospody „U Benniego”. Był to dwupiętrowy budynek z czerwonej cegły, z dużymi oknami. Nie wszedł do środka, a okrążył gospodę i stał za nią. Ściany trzech budynków utworzyły tu mały dziedziniec. Było tutaj wielu złodziejaszków i innych typów z spod ciemnej gwiazdy. Garrett dobrze znał to miejsce. Nazywano je po prostu Dziedzińcem. Wszyscy rozchodzili się na boki, widząc sławnego Mistrza Złodziei. Podszedł pod przeciwległy kąt, o pewnego mężczyzny. Był wysoki, nawet bardzo wysoki, miał założony stary, czarny, zniszczony płaszcz. Twarz chował pod kapturem. Nikt nie wiedział jak się nazywał. Zwano go Informatorem.
- Tak Garrecie? – spytał się Informator – Co sobie życzysz?
- Darak – Drum. Wszystko się przyda.
- Darak – Drum, Darak Drum… Hm… Nie mam zbyt dużo.
- Mów.
- Huta Młotodzierżców, dobrze strzeżona, ukryta w górach. Kilka lat temu panowała tam zaraza, prawie wybiła całą załogę. Do tej pory tylko w małej części uzupełniono braki. Jeśli chodzi o łupy, nic tam nie znajdziesz. Dosłownie nic. Wszystko co możliwe stworzono z kamienia.
- A wielki piec? Gaszą go?
- Nie, nigdy go nie gaszą. To by oznaczało zbyt wielkie straty. Każda godzina nie działania pieca, to straty około pięciu tysięcy.
- Dobra, to tyle. Żegnaj. – Garrett odwrócił się i szedł w stronę ulic.
- Hej! A moja zapłata?
Złodziej nawet nie odwracając się odpowiedział:
- Nadal spłacasz swój dług.
- Mówisz tak od kilku lat.
- Życie jest bezcenne.
Rozdział XI
Część naziemna huty wyglądała okazale. Mimo że to tylko cząstka całego kompleksu, była ogromna. Do wielkiej, okutej bramy prowadziła żelazna droga. Na zewnątrz, kręciło się około dwudziestu Młotodzierżców. Mimo że powoli zapadała noc, pochód wozów ciągnących do huty dłużył się nie miłosiernie. Wkrótce, ostatni pojazd wyjechał z za zakrętu, by po chwili zniknąć w ogromach huty. Garrett odwrócił się, w stronę leżącego na zboczu góry Argraga.
- Teraz nasza kolej. – mówiąc to , wstał i przemknął jak cień na podnóże góry.
Argrag bez wahania poszedł za nim. Gdy stanął obok niego. Złodziej odwrócił się jeszcze raz.
- Tylko bez zabijania.
Argrag uśmiechnął się cierpko i pobiegł w stronę znikającego już w cieniu Garretta. Obeszli szerokim łukiem jasno oświetloną bramę główną i przeszli na bok budynku. Były tam, przez nikogo nie strzeżone drzwi. Stara, zardzewiała latarnia umieszczona nad nimi, dawała nikłe światło. Garrett wyjął wytrychy i zaczął majstrować przy drzwiach. Po chwili stanęły otworem. Tak jak myślał, wnętrze było ubogie. Całość od podłogi i sufitu, jak się wydawało stanowiła lita skała. Całą przeciwną stronę zajął plan Darak – Drum. Jak z niego wynikało wielki piec znajdował się w sekcji 1, na poziomie -2.
- Dwa piętra w dół. – mruknął Argrag
Ruszyli w stronę najbliższej klatki schodowej. Cały poziom 0 i -1 zdawał się być wyludniony i opuszczony. Pierwsze i zarazem ostatnie straże spotkali dopiero na poziomie -2, przed samym wejściem do pomieszczenia z wielkim piecem. Wyminęli ją z łatwością. Młotki były bardziej zajęte chwaleniem Budowniczego, niż strzeżeniem. Pomieszczenie które chronili było dość duże, tutaj jednak na ścianach były wymalowane różne sceny z życia boga Młotodzierżców. Idąc podziwiali freski. Po chwili stali przed wielkim piecem. Nie był to piec, co wielki kocioł, w którym to żar był rozpalony do białości. Argrag wysunął się do przodu, po czym wszedł na pomost.
- Muszę to zrobić. – powiedział – Muszę.
W tym samym momencie jeden z strażników zobaczył szybko przemieszczający się w jego stronę cień. Nim zdążył zareagować upadł na podłogę. Nie poczuł bólu gdy umierał. Ostatnie obraz który widział to, cień wyważający drzwi do wielkiego pieca.
Słysząc wielki hałas Garrett odwrócił się. W ich stronę mknął demon. Daraka. Powiedział do Argraga.
- Wrzuć to! Szybko! – i znów stał oko w oko z rozjuszonym demonem. Widział jak czarne macki oplątują go. Nie czuł strachu. Nie czuł nic. Zamknął oczy i usłyszał wielki huk i demoniczny wrzask.
Argrag widząc jak Dahaka oplątuje go mackami, nie czekał dłużej i rzucił dwa przedmioty w ogień. Ostatni raz widział jak Sztylet rozbłyskuje od ognia, znikając w nim. W górę wystrzeliła fontanna ognia, ziemia zatrzęsła się i usłyszał ostatnie tchnienie Daraki. Odwrócił się widząc leżącego Garretta. Nagle, nie wiadomo skąd, zadudnił róg. Złodziej szybko wstał i krzyknął, biegnąc w stronę wyjścia z sali:
- Nie ma czasu. Uciekamy.
Na zewnątrz wszędzie walały się trupy Młotodzierżców. Mieli niewiarygodnie powykręcane ciała i pochlastane twarze. Nie bacząc na to biegli ku powierzchni, ganiani przez Młotów. Argragowi zdawało się że droga dłuży się w nieskończoność, że nigdy nie dotrą nadwór. Po kilku minutach, dotarli do ściany na której wymalowany był plan, a stamtąd do drzwi.
Rozdział XII
Nad ranem Drax nie mógł zasnąć. Miał dziwne uczucie że coś się stało. Szybko się ubrał i wyszedł na mury. Mimo że w świetle księżyca nie wiele mógł widzieć, zauważył zasadniczą zmianę: w oddalonym o pięćset metrów obozie wroga ruch zamarł. Nie było ognisk żadnych odgłosów. Odwrócił się. W jego stronę biegł jeden z jego podwładnych.Gdy tylko dobiegł zasalutował.
- Panie generale! – powiedział zdyszonym głosem żołnierz – Szukałem pana w całym mieście. Umruk zniknął. Jedynie co po nim zostało to mała kupka prochu.
Drax uśmiechnął się.
- To dobrze. Bardzo dobrze.
- Co? Panie Generale…
Nie mógł dokończyć gdyż Namiestnik śmiał się teraz na cały głos.
Epilog
Garrett i Argrag szli w milczeniu przez ulice Miasta. Wszelkie życie w nim zamlkło, nie licząc knajp, gdzie zawsze było głośno. Argrag rozmyślał o ostatnich dniach. Tyle się zdarzyło. O wiele za dużo. Po kilku minutach marszu, zza zakrętu dobiegły ich głosy. Garrett umknął w cień, Agrag nadal stał w miejscu. Wkrótce wyłoniło się kilku strażników. Dwóch idących na przodzie kłóciło się
- No przecierz mówię ci że mieli być gdzieś…- urwał, widząc go, stojącego na środku drogi – Hej! Łapcie go!
- Schowajcie broń! – zawołał, będąc otoczony – Pójdę sam. Prowadźcie.
Po półgodzinie był już w swojej celi. Było tu chłodno i okropnie śmierdziało. Dookoła walały się odchody i wymiociny. Nie mając innego pomysłu, rzucił się na sennik i zasnął.
Nie wiedział ile spał, obudził się po kopniaku w żebra, otrzymanym od zarządcy więzienia.
- Wstawaj łacherze! Dziś po południu odbędzie się egzekucja. – zarechotał – Ponieważ jesteś szlacheckiego urodzenia zostaniesz ścięty. – odszedł, rechocząc.
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy cały Plac Tortur zapełnił się. Tutaj wykonywano wszystkie egzekucje. Straconych zostało tu więcej osób niż gdziekolwiek ińdziej. Garrett usadowił się w miejscu gdzie był niewidoczny i zaczął się przyglądać. Wkrótce na specjalnie przygotowane podwyższenie wprowadzono Argraga. Tuż po nim wzedł kat. Dwóch żołnierzy zmusiło Argraga by klęknął na jedno kolano i schylił głowę.
- Wszyscy wiemy jaka jest kara za zabójstwo strażnika miejskiego. – Zabrał głos kat – Wiemy?
- Tak! – zawył tłum.
- To nie będę zawracał sobie i wam czasu – krzyknął i powiedział do swego pomocnika – Podaj miecz.
Chwilę później miecz kotłował się nad skazańcem. Ostrze błysnęło w powietrzu i było po wszystkim. Po tłumie rozległy się krzyki zaskoczenia. Ciało rozwiało się w proch, który rozwiał wiatr. Garrett uśmiechnął się. „Została jeszcze jedna sprawa” – pomyślał, ruszając przed siebie. Jego sylwetka znikła w cieniu.
Cholerstwo nie zmieściło się w jednym poście.