Ramon Quesada urodził się w samym sercu kyraliańskich ziem, w ubogiej rodzinie tkackiej. Ojciec wiele sobie po swoim pierworodnym obiecywał, nie żałował więc rózgi na wiecznie leniwego chłopaka. Któregoś razu, przez mały gród zamieszkiwany przez jego rodzinę, przejeżdżała trupa cyrkowa. Ramon od razu zainteresował się nimi, ostatecznie, takiego wydarzenia w historii jego małej osady jeszcze nie było, zresztą - taki zbiór indywiduów nie mógł nie zwrócić uwagi chłopaka znającego jedynie monotonię dotychczasowego życia. Gdy trupa po krótkim postoju ruszyła dalej traktem w stronę Vordon, Ramon uciekł z domu i ruszył za nimi. Ci pomimo początkowych oporów przyjęli go do siebie. Tym samym, dorastał jako trefniś i pomocnik trupy, zdobywając pewne umiejętności w grze aktorskiej czy też rozbawianiu ludzi. Jednakże, jego chęć do łatwego i przyjemnego życia sprowadziła go na złą ścieżkę - jeden z byłych aktorów, działający wówczas jako wędrowny minstrel i złodziej, zaproponował mu współudział w pewnym skoku na niezbyt dobrze chroniony dom bogatego vindońskiego kupca. Napad... kompletnie się nie udał. Jego dawny kompan został śmiertelnie postrzelony, a sam Ramon trafił do więzienia, na dobrych siedem lat. Miał tam przebywać zdecydowanie dłużej, ale udało mu się uciec w czasie buntu więźniów z małą grupką innych skazańców. Uciekinierzy po wydostaniu się na wolność trzymali się razem, raz zajmując się rabunkiem na własną rękę, innym razem wynajmując swe usługi możnym tego świata do różnych szemranych interesów. Mniej więcej pięć lat po ucieczce z więzienia większość założycieli dawno gryzła już piach, ale szeregi kompanii były silne - przewodzący im od czasu ucieczki vindończyk Fed Caldwell dobrze wiedział jak ubijać targi z potencjalnymi klientami, umiał też trzymać krótko bandę. Mimo wszystko, Ramon miał dość dalszego ciułania grosza (większość pieniędzy szła do kiesy Feda), nierównomiernie niskiego w porównaniu do ryzyka śmierci.
Pół roku zajęło mu opracowanie całkiem nowej osoby - Aymera Jaquemarta. Rodzina Aymera pochodziła z Elynii, ale od jego pradziada włącznie, cała rodzina mieszkała w Kyralii, Kyralijczykami zresztą się czuli. Jego cała rodzina zginęła w ataku bandytów na małą wioskę na południowych rubieżach kraju. Cudem ocalał z pogromu, przykryty ciałem matki. Uratowany został przez patrol, który przybył na miejsce tragedii po czasie i wychowywał się od tego czasu w towarzystwie żołnierzy. Kilka lat spędził jako najemnik. Wydarzenia z dzieciństwa wywołały u niego traumę i z tego powodu nie życzył sobie rozmawiać o swojej rodzinie, ani o wiosce z której pochodził.
Tak oto przedstawiał się rzekomy życiorys Aymera Jaquemarta. Żeby się nim stać, Ramon musiał jednak odłączyć się od obecnej grupy. Nie było to takie proste - Fed zaczął wszystkich podejrzewać o potencjalną zdradę, od czasu gdy jedna z napadanych karawan okazała się być w rzeczywistości pełna lokalnej milicji. W związku z tym nie puszczał nikogo z oddziału, a przynajmniej - nikogo żywego. Ramon podczas następnego napadu podpalił ten kawałek lasu, w którym chował się on i grupa, której przewodził, po czym uciekł, licząc że byli kompani nie trafią na jego ślad i będą zajęci walką o własne życie w płonącej puszczy. Następnie, Aymer Jaquemart, nie obawiając się o to, że ktoś znający go sprzed czasów uwięzienia, rozpozna go (zapuścił brodę, więzienie i okres służby w hassie odcisnęły na jego twarzy piętno w postaci blizn), zaczął powoli realizować swój plan. Otóż, doszedł do wniosku, że dla kogoś z jego aparycją i zdolnościami, za wiele dróg do pieniędzy i/lub potęgi już nie pozostało. Powoli, systematycznie podjął próbę dołączenia do Inkwizycji. Małymi krokami osiągnął swój cel. Teraz, zdaniem Aymera, wystarczyło być tylko... bardzo... sumiennym i dokładnym w wykonywaniu swoich obowiązków, a droga do wyższych stanowisk i potęgi stoi do niego otworem. Nie przejmował się ludźmi, których w czasie służby zabije, czy są winni, czy...
Cholera, znowu to robię. Aymer odrzucił pióro, złapał za kartkę, na której nakreślił historię swojego życia... a właściwie, obu żyć, po czym podarł ją i cisnął w płomienie liżące ściany kominka. Nie jest ze mną dobrze - pomyślał. To fakt. Początkowe przyjęcie nowej tożsamości poszło gładko, aż za gładko. Od jakiegoś czasu, wspomnienia zaczynały się mieszać, a Ramon Quesada... przestawał coś znaczyć dla niego. Muszę pisać - powiedział sobie w myślach - muszę pisać, by nie zapomnieć kim jestem.
- To ryzykowne. Co jeśli ktoś znajdzie te zapiski? Trudno powiedzieć, co Inkwizycja zrobi, gdy dowie się, że żaden Aymer nigdy nie istniał, a on jest poszukiwanym bandytą... raczej zwolnienie ze służby będzie najmniejszym zmartwieniem.
- Dość tego! Skup się! Dostałeś nowe polecenie, pamiętasz? - Aymer zdał sobie sprawę, że mówi to na głos. Złapał się za głowę, zaczął przetrząsać pomieszczenie w poszukiwaniu butelki z alkoholem. Jakimkolwiek. Nic, pusto. Cholera - pomyślał - że też teraz musiał się skończyć. Oby w kolonii mieli go jak najwięcej - mężczyzna zawiesił wzrok na liście informującym go o szczegółach jego podróży morskiej i o celu jego misji.