Forum Tawerny Four Ways
Mount&Blade => Rozmowy o M&B => Wątek zaczęty przez: Oktawian w Kwietnia 30, 2008, 18:52:12
-
Jako , że wyszła nowa wersja ,która pozwala na bardzo ciekawą i urozmaiconą ( jak na mount blade oczywiście) grę . Postanowiłem stworzyć temat w których będziecie opisywali powstawanie własnego państwa czy tez historię swojej postaci.
To jest krótka historia opowiadająca o tym jaką drogę obrałem w grze.Myślę , że miałem dość ciekawy pomysł na wprowadzenie się do gry.
Na samym początku uczestniczyłem w turniejach na których zgarnąłem pokaźną sumkę około 15 k.Dzięki takiej sumie pieniędzy zebrałem całkiem mocną kompanie. Jako niezależny przedstawiciel około 40 osobowej drużyny,która głownie składała się z Hired Blade. Zafascynowany filmem " Kingdom of Heaven" postanowiłem podbić południowo wschodnią cześć Carladi. Jak wiecie znajduję sie tam państwo Khergitów i ich orientalne miasta. Miałem trochę zbyt bardzo wygórowane założenia myśląc ,że z takim asortymentem rycerzy mogę pobić chociaż by zamek. Musiałem dołączyć do którejś z frakcji i tam szukać pomocy.Pojawił się pewien dylemat: dołączyć do Veagirów( którzy obecnie prowadzili wojnę z Khergitami) i być posłuszny królowi czy lepiej pozostać wolnym strzelem i stworzyć własne państwo. Odpowiedź była prosta:) Samodzielnie zaatakowałem
( tak na dobry początek- jak mi się wtedy wydawało) zamek Malayurg który był broniony w większości przez Khergickich łuczników. Jak wiecie są oni najlepszymi łucznikami w grze to też pod koniec bitwy żyło tylko kilku moich . Kiedy już podbiłem zamek , w zasadzie straciłem wszystko...Ludzi , pieniądze. Nie miałem ochoty brać udziału w żadnych turniejach i w żadnych innych akcjach zarobkowych , dlatego postanowiłem dołączyć do Swadian.Dlaczego właśnie oni? Natknąłem się na kampanię przeciw Veagriom - ponieważ była to moja pierwsza kampania bez namysłu wymówiłem przysięgę wierności. W tym miejscu kończy sie moja historia...
Chciałem Wam pokazać jak bardzo zróżnicowana może być gra w Mount Blade, jednocześnie chcę zachęcić do opowiadania własnych "sposobów" na grę
-
Ja od początku trzymam z Khergitami podoba mi się ich mobilność i lubię świst strzał o poranku :). A nie cierpię Swadian walczę z nimi od samego początku-Więc mam +100 u Khergitów i -100 u Swadian. I przysiągłem że ich wykończę I PRĘDZEJ PRĄDU ZABRAKNIE W ELEKTROWNI TURÓW NIŻ SIĘ PODDAM !!! TAk mi dopomóż......." ŁUK" ! :)
(Tygodniowo w grze zużywam jeden cały las na strzały) :)
Po pierwsze, to nie rozumiem co Twój post ma wspólnego z tym wątkiem. Po drugie, zacząłeś bawić się w archeologa i odkopywać martwe tematy. Żeby jeszcze Twoje posty coś wnosiły do danego tematu, to bym się nie czepiał. Mółgbyś trochę przyhamować z tym necropostingiem.
-
Mój pomysł na grę był taki:
Przy tworzeniu postaci postawiłem sporo na handel. Chciałem bowiem podróżować między miastami i sprzedawać co lepsze okazje cenowe. Niestety dosyć szybko mi się to znudziło, głównie dlatego, że jadąc porządnie obładowany nie miałem szansy na dogonienie większości band zbójeckich:)
Zaczęło się więc jeżdżenie po miastach i branie udziału w turniejach, tudzież potyczkach a poprzez to gromadzenie doświadczenia. Jednocześnie umilanie sobie podróży przez atakowanie bandytów, rabusiów i przede wszystkim korsarzy, na których najwięcej można zyskać (doświadczenia i ekwipunku).
Gdy już uzbierałem małą armię (50 osób) składającą się z 6 bohaterów, 13 rycerzy swadiańskich, 12 nordyckich huskarli, 14 vaegirskich łuczników i kilku uzupełnień w stylu siostra miecza, czy pogromca niewolników, doszedłem do wniosku, że trzeba zacząć rozglądać się za jakimś zamkiem do zdobycia:)
Zdecydowałem się ponękać nieco Rhodoków (jakoś nie pałam sympatią do tego królestwa). Zaatakowałem karawanę i już miałem stosunki -5 i opcję oblegaj "zamek" dostępną w menu:)
Gdy już miałem zamiar rzucić siły na Zamek Maras (jest tak fajnie położony na uboczu) spostrzegłem, że jeden z zamków Nordów (tych lubię) jest oblegany przez niebieskich. Spojrzałem na sytuację: obrona zamku 45 + lord z 90 wojska przeciwko niewielkiej party (5 lordów - około 460 wojaków). Dodałem szybko swoją 50 i oceniłem, że damy radę. Siedząc później w lochu miałem czas na przemyślenie gdzie popełniłem błąd, ale po kolei.
Pojawiliśmy się na murach. Byłem pewien, że nasi łucznicy trochę nasieką z wysokości a tu pierwsza niemiła niespodzianka. Strącili może z 10 a maszyna oblężnicza już dojechała:( Cóż, czas wziąć sprawy w swoje ręce. Wyciągnąłem zza pazuchy młot lucerneański i zacząłem się przeciskać bliżej kładki. Masakra, zanim się dopchałem mieliśmy już tylko połowę woja. Nic to, ustawiłem się w końcu tak, żeby najeźdźcy mnie nie sięgali a ja prawie za każdym machnięciem strącałem po jednym:) Udało mi się tak nasiec kilkudziesięciu - awansowałem 2 lvl, ale zacząłem się orientować, że nie wystarczy mi sojuszników. Padali jak kawki. Gdy zostało nas około 10 zaczęliśmy się wycofywać. Ja cały czas ciąłem. Zostało nas 5 ich 25 - już na murach. I tu popełniłem największy (tak mi się wydaje) błąd - otóż śmierć zajrzała mi w oczy, strach obleciał - odwróciłem się i zacząłem sp... po barbakanie:) Moi walczyli dzielnie, gdy padli wszyscy - wrogów było 8. Wyskoczyłem z ukrycia z pieśnią na ustach. Położyłem jednego, drugiego, trzeciego. Później była mała przerwa, ale spostrzegłem, że następni to między innymi kusznicy:( Rzuciłem się z dzikim okrzykiem, każda sekunda była cenna. Czy ja będę szybszy, czy bełt. Pierwszy chybił i za chwilę padł pod miażdżącym uderzeniem młota, drugi podniósł kuszę, chwilę mierzył... Byłem tak blisko, już nabrałem rozmachu, już miałem wyprowadzić zabójczy cios, gdy nagle poczułem jak broń wypada mi z ręki, kolana zrobiły się miękkie a zamglony wzrok zdołał uchwcić lotkę bełta sterczącego z mojej piersi - padłem gdy było tak blisko zwycięskiego końca:(
Po wypuszczeniu z ciemnych lochów podsumowałem straty: całe wojsko w pipu, około 5000 denarów w pipu, tarcza i hełm w pipu. Dobrze, że zostali wierni bohaterowie: Nizar, Lezalit, Artimenner, Marnid, Deshavi i Katrin.
Poprzysiągłem zemstę Rhodockim plugawcom i rozpocząłem zbieranie wojska. W tej chwili mam 3 rycerzy, 1 huskarla i 1 mistrza łuku. Reszta w trakcie szkolenia:) Jeszcze tylko kilka nocek i znów uderzę na zamek (tym razem z trochę większą ekipą, bo widzę że to nie przelewki).
Dodam jeszcze, że gram w wersję 1.011 z ustawieniami: do 300 żołnierzy na ekranie i poziomem trudności 147%
Pozdrawiam,
Bazyli10
-
Skoro temat odkopany, moja historia brzmi tak:
Pewnego dnia w Calradii narodził się samotny podróżnik Credo Barbarzyńca. Samotnie podróżowałem po tej wielkiej krainie w poszukiwaniu bogactwa i rozgłosu. Jednak nieświadomy spiskowców zostałem atakowany przez grupy plugawych bandytów. Uczyłem się na nich walki i taktyki. Po zdobyciu bandyckiego ekwipunku, który był lepszy niż skórzane szmaty, znudzony smrodem ich ubrań, pragnąłem zmienić tytuł. Tak narodził się Credo Szlachetny.
Brałem udział w turniejach, na nim zarobiłem majątek. Zwerbowałem w wioskach i w tawernach wojaków i kupiłem lepszy ekwipunek za denary wspomniane wcześniej. Pragnąłem zostać Lordem Rhodoków, ale zechcieli mnie tylko na najemnika. Brałem udział w kampanii przeciw Nordom, dokładnie przeciw zamku Hrus (lub Jamiche, nie pamiętam). Niestety znaleźli się niehonorowi lordowie zaatakowali mnie. Pędziłem razem z moją kawalerią niczym wiatr, lecz potężny włócznik Nordów umieścił koniec swojego oręża w okolicach mojego serca. Tak oto dobili moją kawalerię i całą piechotę oraz moich łuczników. Tak oto biedny ja, Credo Szlachetny, zostałem pokonany i wzięty w niewolę. Jednak los się do mnie uśmiechnął. Gdy wyprawa wojenna trwała dalej, lord Haeda (tak nazywał się mój) został złapany przez Gravetha. Zostałem wypuszczony, jednak moich wojsk nie było wcale, jednak może Graveth zyskał moich podwładnych? Tego nie wiem.
Jednak dalej staram się zyskać jego zaufanie i zostać wasalem Rhodoków.
Pozdrawiam.
-
Mój ojciec był Wojownikiem, nauczył mnie podstaw walki.
Jako mały chłopiec byłem pomocnikiem kupca, a gdy dorosłem zostałem kłusownikiem (zajęcie nielegalne, ale zyskowne...)
Mój Ojciec wyruszył kiedyś na kampanię przeciwko Nordom nigdy nie wrócił...
Postanowiłem, że go pomszczę.
Opuściłem wioskę i postanowiłem służyć królowi swym mieczem, lecz na początku musiałem zostać jego kurierem.
Gdy tylko ujrzałem bitwę lordów z jego królestwa, spieszyłem na pomoc.
W ten sposób zdobyłem reputację i honor. Sejnar Chan szybko poznał się na mojej odwadze i pozwolił mi złożyć przysięgę wierności.
Uczynił mnie swoim wasalem i oddał mi lenno.
Wieś Peshimi była początkowo biedna i borykająca się z trudnościami, lecz sprawiłem, że jej mieszkańcom żyło się lepiej...
Gdy Chanat Khegritów wypowiedział wojnę Nordom, byłem bardzo szczęśliwy.
Mój Pan nie musiał mnie prosić do wzięcia udziału w kampanii wojennej. Sam zgłosiłem swój oddział.
Ot i cała historyja... :P
-
Jam jest syn wojownika...dalej nie pamiętam co dałem XD
Na początku poszedłem na plac szkoleniowy. Kiedy awansowałem na mistrza uznałem ze czas pozabijac paru rabusi. Dość długi czas chodziłem sam, nie mam pojęcia czemu. Uzbroiony byłem jak i jestem w wypasioną spisę toporek bojowy czy wojenny nie wiem , tak czy inaczej ma 41dmg, do tego tarcza i oszczepy. Nie posiadam konia.
W końcu pomyślałem zeby troche zarobic ponieważ iż bylem bardzo biedny 1000 denarów na krzyż. W zwiazku z tym zaczolem podrozowac po mapie w poszukiwaniu turniejow. Ale to tez mi nie wystarczylo. Brakowalo mi walk z innymi nacjami. Jako że juz wczesniej planowalem dolaczenie do nordów, zatrudnilem sie dla nich jako najemnik...
Oto i moja historia.
Przepraszam za nie uzywanie znakow polskich ale z nimi poiałbym 2x dluzej
POZDRO!!!
-
Urodziłem się jako syn ubogiego szlachcica, ojciec dał mi na imię Pioter... Jako, że chciał abym był dobrym człowiekiem takim jak on to wysłał mnie na służbę u wyższego w hierarchii szlachcica, tam nauczyłem się trochę dyplomacji, polityki i dowodzenia... Potem, żebym sobie poradził w tych ciężkich czasach ojciec wysłał mnie na służbę do rycerza, tak więc zostałem giermkiem... Jestem mu za to bardzo wdzięczny, gdyż potrafię "zadbać o siebie"...
Teraz, kiedy ojca już ze mną nie ma (matka zmarła przy porodzie), postanowiłem wyruszyć w szeroki świat aby zdobyć sławę i władzę - nie chciałem żyć w takiej biedzie jak moja rodzina...
Ale od czego miałem zacząć? Zostało mi tylko kilkadziesiąt denarów w kieszeni (cały majątek po ojcu) i wiara w siebie... Wyruszyłem więc w świat i zawitałem do pierwszego miasta na swojej drodze - Dilhrim... Poszedłem do gospody i pogadałem z ludźmi... Pewien staruszek powiedział mi, że wyglądam na kogoś kto ma wielki talent do dowodzenia i walki... Zapytałem go skąd to wie? Odpowiedział, że był kiedyś kapitanem w armii Swadiańskiej i widział wielu młokosów, którzy garnęli się do wojaczki, wielu wyszkolił i potrafi rozpoznać talent... Powiedział też: "Teraz na czas na prawdziwą walkę dla Ciebie. Teraz nabieraj umiejętności i doświadczenia w walkach na arenach i turniejach. Na wielkie czyny masz chłopcze jeszcze czas...". Uwierzyłem mu i posłuchałem go... Zacząłem więc walki na arenach i turniejach... Z początku szło mi ze zmiennym szczęściem, ale teraz kiedy nabrałem już wprawy i doświadczenia zaczynam być powoli rozpoznawanym wojownikiem w całej Calradii...
Moja kieszeń także wzbogaciła się o kilkanaście tysięcy denarów, za które kupiłem sobie porządną zbroję, miecz, lancę, tarczę i konia...
Wróciłem też do Dilhrim aby podziękować za pomoc temu starcowi, ale dowiedziałem się że został pobity na śmierć przez pijanych Vaegirskich żołnierzy kilka dni po moim wyjeździe...
Teraz mam tylko jeden cel... Wybić ich wszystkich!!! Już zbieram młokosów, którzy pójdą ze mną... Przekażę im swoje doświadczenie i to czego się nauczyłem walcząc na arenach i turniejach... Wyszkolę ich na porządnych i oddanych wojowników... Razem podbijemy świat!!! A zaczniemy... od Vaegirów!!!!
-
Witam was. Historia mojego bohatera jest niezmiernie tragiczna, pełna smutku i przelanej krwi Khergitów.
Ja, Montgimer pochodzę z kupieckiej rodziny, jako młodzian zostałem zapisany na nauki u rzemieślnika, taka była wola ojca. Moi rodzice popimo moich prósb wyruszyli karawanami do Królestwa Khegritów w celu handlowanawia z tym jakże prymitywnym ludem ! W czasie owych nauk w mieście Veluca dowiedziałem się o śmierci moich rodzicieli. Całe moje ciało i umysł cierpiało z tego powodu, nie mogłem spac po nocach. Wykorzystując swoje umiejętności wykułem miecz, zaprzysięgłem zemstę !
Zgłosiłem się do Włady Rhodoków, ofiarowałem mu swój miecz, zwamian oczekiwałem tylko pomocy w pomszczeniu rodziny. Pełny wiary w swoje możliwości ruszyłem w świat, lecz po krótkim czasie zostałem sponiewierany przez koczowniczych bandytów plądrujących ziemie Rhodoków. Dało mi to do myślenia, postanowiłem storzyc armię godną mojej ojczystej krainy. Jeździłem od wsi do wsi i nawoływałem chłopów do wspólnej wojaczki. Dzień po dniu byliśmy coraz silniejsi, podjołem się najazdu na ziemie Khergickie. Już pierwszego dnia staneła przed nami wielka armia złożona z rządnych krwi tryglodytów ! Ja i moi kompani walczyliśmy z całego serca. Bitwa nie miała końca.
Byłem wtenczas niezbyt doświadczonym dowodcą, śmierc zajrzała mi w oczy, postanowiłem uciec zostawiając swoich wojowników. Gdy powróciłem do ojczyzny na każdym kroku czułem się jak benkart, ostatnia szuja, dno, ludzie wytykali mnie palcami a lordowie pluli...... Słoncem w moim życiu okazał się król Rhodoków, który w swej łaskawości postanowił dac mi szanse odkupienia swoich win. Uzbrojony w doświadczenia i pełen nadziei odbudowywałem swój wizerunek i stworzyłem na nowo armię.
Dołączyło do mnie kilku honorowych i walecznych przyjaciół, razem przecinaliśmy ciała niewiernych Khergików ! Pewnej wiosny odnalazł mnie królewski goniec z informacją o kampanii wiojennej na ziemie przeklętych Khergików. Krew w moich żyłach zagotowała się, odrazu wyruszyliśmy na wschód. Wreście miałem okazję na zaspokojenie głodu zemsty. Dnia wielkiej bitwy podniosłem swój miecz i rozkazałem wybic wszystkich. Ruszyłem i pokazałem jak skraca się o głowę niewiernych !
W oczach miałem ogień i wspomnienia dawnych dobrych czasów, tymrazm to żołnierze Chanatu uciekali w przerażeniu! Mimo iż bitwa skończyła się Ja jeszcze z pieśnią na ustach wymachiwałem zakrwawionym mieczem, nie dochodziły do mnie okrzyki radości mych braci. Król docenił me starania, zostalem jego wasalem, dostalem w lennie piękną wioskę, o którą miałem dbac. Opiekowałem się moimi podwładnymi, budowałem młyny, kupowałem bydło. Po pewnym czasie wyruszyłem na kolejną kampanię. Moja armia rosła w siłę, stawałem coraz bogatszy i sławniejszy. Po pewnym czasie doszła mnie wieśc o najeździe na moją wioskę, goniec dotarł zbyt późno....
Gdy wróciłem zastałem tylko zgliszcza i spalone ciała. Moje serce znów cierpiało. Dogodniłem opracę jednak okazał się zbyt mocny, ostatki Khergickich wojów zwaliły mnie z rumaka, trafiłem do lochu. Miałem tam wiele czasu na przemyślenia i modlitwę. Po trzech miesiącach wykupiono mnie i odzyskałem swoje oręże. W rozmowie ze swoich władcą wyznałem mu, iż porzucam bycie dowódcą, bycie wojownikiem, gdyż nic dobrego z tego niewychodzi, przelewa się tylko krew ludzi. Tak zostałem zwykłym mieszczuchem, a za ostatki fortuny założyłem tawernę....
Tragiczne, nieprawdaż ?
-
Ja na początku trzymałem sam ale mi to nie wychodziło bo ciągle mnie niszczyli lecz później pomyślałem że dojdę do któregoś z króli i wybrałem Króla Rangnara władcę Nordów jestem z nim ciągle i nie zamierzam go zdradzić od początku prowadzę wojnę ze Swadiią i lubię ich miażdżyć. Wybrałem nordów dlatego że ma chyba największą armię w królestwie Carlardi i mi się ogólnie podoba tam stan rzeczy. Przy swoim progu mam wioskę Haen z czego pochodzi mój nich Lord Haen i miasto Uxkhal które prawie ciągle jest oblężone przez wrogie oddziały Swadii. Wojny mamy przeważnie ze Swadii'ą, Rhodokami i Veagirami a przymierze tylko z Khergitami.
-
no bravo zupełnie jak ja. służe Khanowi Khergickiemu od sluzszego czasu i NIENAWIDZE SWADIAN!! w sumie dzięki mnie Imperium Khergickie rozrosło się niesamowicie. od morza poprzez Dhirim(moje miasto)aż do Halmar. i Choć kocham Khergitów ponad wszystko nie strzelam z łuku.Jestem typowym rycerzem mam tylko miecz i tarczę i noszę sztandar templariuszyXD. moja historia jest bardzo krótka mianowicie:
na samym początku polowałem na bandytów i sprzedawałem łupy. Za zarobione pieniądze kupowalem sprzęt i werbowałem ludzi z wiosek. gdy zebrałem już pożądną armię i przejeżdżałem obok Uxhal(juz wczesniej dostawałem propozycję wasalstwa od krolow ktorych nie przyjąłem) zobaczyłem Khana Khergickiego gdy walczył ze swadianami a że nie byłem ze swadianami w dobrych stosunkach postanowiłem pomóc Khanowi. zaraz po bitwie poprosił mnie bym służył mu po kres życia. I w ten sposób zostałem wiernym Khergickim sługą.
-
Całkiem jak ja !!! Ja od samego początku trzymam sztamę z khergitami i tępię Swadian ile sił !!! Mam już w moim zamku 11 ich lordów !
I robię wszystko żeby ich wykończyć-taką mam na nich zajawkę.
Ale łuk mam i nie wyobrażam sobie walki bez niego !
-
Coś mi się wydaję że większość ludzi podziela moją niechać a raczej nienawiść do swadi. Rozwalam ich jak tylko widzę , szkoda że nie da się ustawić by nie wyskakiwało okno dialogu bo nawet mnie mierzi jak mam z nimi pogadać przed ich masakrą .
Ale ostatnio w mojej pracy dowiedziałem się że 2 ludzi też gra w m&b i zgadnijcie kim grają "SWADIĄ" ,sądzicie że mam im nastukać bez pytania :)
-
Nikt nie lubi Swadian nawet oni sami się nie lubią może dlatego że Swadia poidobnie Szwabia czyli szkopy !!! TO W RYJ ICH TOPOREM I KONIEM PO PLECACH PRZEJECHAĆ 6 RAZY ! A tak poważnie mam już w oddziale 99 ludzi i z każdej nacji po trochę więc Swadian też mam-ale jakoś mi ich nie szkoda. i aż miło popatrzeć jak się rąbią w bitwie nawzajem.
-
Kiedyś, to każdy tylko Swadia i Swadia, a teraz to ich nie lubicie. Ja zawsze stałem za Khanatem i do tej pory nie zmieniam zdania, że mają najpotężniejszą kawalerię. Co prawda zazwyczaj gram po swojemu, czyli nie zbieram złota, palę każdą wioskę w tym także swoje, nie zbieram za dużo przedmiotów, tylko podbijam co mi się podoba i walczę z każdym który krzywo spojrzy, nie dbam o relację, ani z państwem, ani z lordami. Więc wkrótce walczę także ze swoimi, a nic nie zastąpi widoku 600 Khergitów w bratobójczej walce. Tak, czy inaczej, kiedyś gdy mówiłem dobrze o Khanacie, to wszyscy uważali mnie za tego złego, bo jak każdy wtedy wiedział to Swadia zawsze rox ;p
-
Ja tam nie mam nic do Swadii, kilka razy nawet im pomogłem, za to tępię Rodoków. Ostatnio "zaszczycił" mnie wizytą sam król niebieskich ze swoim war party. Myślał chyba, że jak będzie 600 do 100, to mu się uda zamek odzyskać. Cóż, spitalał z podkulonym ogonem:)
-
Temat co prawda nie odświeżany już dwa tygodnie ale myślę, że nie będziecie nazywać mnie przez to archeologiem ^.^
Radzę czytać całe bo ukryłem w tym ciekawostkę, która może się przydać strzelcom, którzy będą grać od początku. ;]
Moja historia z M&B rozpoczęła się jakiś tydzień temu. Jako, że praktycznie zawsze wybierałem ze ścieżek rozwoju wojowników, postanowiłem zrobić mistrza broni białej.
No to jak to leciało. Urodziłem się jako syn doświadczonego wojownika. Ojciec nazwał mnie Vincent. Jako chłopiec byłem ulicznym łobuzem. W młodości służyłem jako giermek wielkiego rycerza. Jednak po jakimś czasie służby dostałem list iż moja ukochana nie żyje. W nocy postanowiłem zbiec od mego pana i odnaleźć łotra, który zniszczył sens mojego życia, który jako jedyny trzymał mnie jeszcze przy życiu.
W czasie mojej podróży natrafiłem na obóz nauczyciela. Byłem wtedy jeszcze niezbyt doświadczonym bojownikiem, więc postanowiłem zostać u niego jakiś czas, by nauczyć się arkan wojaczki. Podczas walk treningowych, niejeden młodzian ugiął się od ciosu mego kija. Czas mijał. Ja stawałem się coraz potężniejszy. Gdy byłem gotowy by ruszyć w daleki świat mistrz pożegnał mnie dając mi miecz, tarczę, kuszę i kołczan bełtów, parę wędzonych ryb i 70 denarów na drogę.
Dalej włóczyłem się po krainie, gdy nagle krzyknął do mnie uzbrojony mężczyzna, prowadzący siedmioosobową grupę. Zażądał 300 denarów. Nie miałem tyle więc rzucił się na mnie z mieczem. Szybko jednak uskoczyłem i wbiłem miecz w jego brzuch. Ten jęknął cicho i padł na ziemię. Reszta wznosząc szaleńczy okrzyk ruszyła by zemścić się za dowódcę. Zdążyłem szybko naciągnąć kuszę i wymierzyłem. Bełt trafił prosto między oczy. Zaraz naciągnąłem drugi i trafiłem kolejnego biedaka. Reszta już była w pobliżu, więc prosząc w myślach o boże błogosławieństwo złapałem za tarczę i ruszyłem w stronę pozostałych pięciu. Jedno cięcie, drugie, trzecie!!! Trzej wrogowie padli przepołowieni. Czwartego ostrze przeszyło na wylot, a piątego ogłuszyłem potężnym ciosem tarczy.
Dobra nie chce mi się już pisać opowiadania ;p
No to tak. W każdej grze wybierałem zazwyczaj wojów jak już mówiłem. W statystykach wybierałem głównie siłę, gdyż nie wiedziałem jak dużą rolę odgrywa tutaj charyzma. Wybrałem normalny save. Na początku rozgrywki poszedłem do obozu szkoleniowego. Wbiłem tam drugi lvl. Błąkałem się trochę po świecie mordując okolicznych bandytów i ciągle nabierając doświadczenia do skutecznej rzezi. Na forum przeczytałem o ciekawym wykorzystaniu lancy (która na początku nie przypadła mi zbytnio do gustu, a po jakimś czasie stała się moją najważniejszą bronią) i turniejach, na których można było zbić podobno fortunę. Postanowiłem sprawdzić obie ciekawostki i na żadnej się nie zawiodłem. Kupiłem dobry ekwipunek no i pomyślałem, że czas zebrać jakieś oddziały bo atakowały mnie coraz większe grupy wojowników, którym nie dawałem rady. Zainteresowali mnie Nordowie (w końcu wojownicy, a jak ktoś czytał całe to wie czemu mnie zainteresowali xD). Zbierałem coraz większe oddziały aż tu nagle... zonk ;p... Limit oddziału. Przeglądając forum dowiedziałem się w czym popełniłem błąd. CHARYZMA. Z każdym zdobytym poziomem inwestowałem w nią każdy punkcik statystyk i rozwijałem dowództwo. Kiedy Zebrałem około 70-osobową armijkę (w tym 40 huskarli) król Ragnar zaproponował mi wasalstwo. Zgodziłem się. Podbijaliśmy razem tereny innych państw, ale w sumie sam dawałem radę niszczyć zamki przy minimalnych stratach (max 5 zabitych, trochę więcej ogłuszonych ale o to drugie się nie martwiłem ;p). No i zaczęło mi się nudzić. Huskarli byli niepokonani i za łatwo mi się grało.
I tutaj historia zaczęta wczoraj wieczorem. Zagrałem myśliwym, jako mały chłopiec nie pamiętam kim byłem (rly xD), a w młodości byłem kłusownikiem. Teraz postawiłem na mieszaną siłę z charyzmą, czasem dodając w inteligencję i zręczność. Reality save (O wiele fajniejsza gra. Trudniejsza, ale ciekawsza :D) Nie wiem co skłoniło mnie do decyzji zagrania łucznikiem, ale bardzo mnie to cieszy :D. NIENAWIDZIŁEM ŁUKÓW!!! Ale kiedy rozwinąłem zdolności z nim związane poznałem, że to jedna z najskuteczniejszych broni w grze. Nauczyłem się trafiać z ogromnych odległości (14.1 trudności strzału celowane!!!).Rozwalałem KAŻDEGO. No, ale z początku nie było tak różowo. Ledwo radziłem sobie na turniejach, które wojownikiem wygrywałem bez problemu (wiadomo weapon points broni ręcznych były malutkie ;/). A że grałem na realistic save to musiałem się pogodzić z niektórymi przegranymi (bandyci z gór - NIENAWIDZĘ WAS CH...!!!)
No, ale nie załamywałem się. Zabijałem, rabowałem i przy tym wpadłem na genialny pomysł, wykonalny już na początku gry. Ogromny loot i exp w jednym. Niemożliwe? A jednak. Ruszyłem do wioski (wszystkie stosunki na 0). W wrogich działaniach zmusiłem chłopów do przyniesienia towarów. A, że byłem sam to się na mnie rzucili ^.^ . Anyway. Kiedy rozpoczęła się walka zacząłem wybijać wieśniaków ;p. Miałem 90 strzał (3x30). Jednak to nie wystarczyło do wybicia wszystkich. Kiedy pisało "Nie masz więcej strzał", spanikowałem xD. Zacząłem spierdzielać na drugi koniec mapy żeby zwiać. Wyszedłem z bitwy. Nie wiem co mnie nakłoniło żeby wejść w walkę jeszcze raz (bez wychodzenia z menu), ale wielkie dopadło mnie zdziwienie kiedy na polu walki znów miałem 90 sztuk strzał, a wieśniaków było cztery razy mniej. No to cóż. Wybijałem dalej. Po bitwie czekało na mnie jeszcze większe zdziwienie. Uaktywniła się opcja plądruj. Wybiłem calutką wioskę więc mogłem spokojnie oblegać wioskę. Skarby z plądrowania warte były jakieś 3-4k (to jak jeden turniej :D). Spojrzałem potem na sytuacje z frakcjami. Dalej 0. Pogorszył się tylko szacunek wioski i władającego nią lorda. Spróbowałem jeszcze raz. I znowu, i znowu, i znowu. :D Nawet nie zauważyłem kiedy wbiłem 20 lvl i miałem dziesiątki tysięcy na koncie (nie, nie jestem maniakiem i nie siedziałem do nocy jeśli tak myślicie ^.^ Trwało to tak z 1 czy 2 godzinki. Ruszyłem na duuuuże zakupy czyli: nowe ubranie, łuk, i 3 powiększone kołczany strzał (chyba khriegnickie). No i poszedłem spać xD. Dzisiaj zebrałem mieszaną armię nordów i vaeringów (huskarli i strzelcy). Łaziłem z nimi na grupy korsarzy, które zwiększyły się razem z moim poziomem ;p (do 45 dusz na grupę). Jutro zaatakuję zamek vaeringów tam na uboczu (nie pamiętam nazwy). Z takim oddziałem i moimi zdolnościami do ściągania strzelców z murów nic mi się nie oprze :D.
To już koniec mojej historii.
Pozdrawiam. Vincent
-
Temat swietny, moze i ja cos od siebie dorzuce :)
Swa historie zaczalem jako prosty najemnik. Zadania, ktore zlecal mi Starszy Cechu w miescie Tihr pozwalaly mnie i kilku moim ludziom na w miare sute zycie. Zlecenia mialem rozne...oczyscic okolice z bandytow, eskortowac karawany...przez pierwsze tygodnie pelno mialem takich zlecen i zaczynalem miec ich juz dosc. Gdy po dosc sporej przyjazni Starszy Cechu zaproponowal mi robote poganiaczy bydla...pozegnalem sie. Mialem odlozone troche pieniedzy, wynajalem za nie grupe najemnikow, takich jak ja, zadnych przygod i zlota ludzi. Napadalismy na karawany, grabilismy wioski, okradalismy wiesniakow, czasem dla zabawy polowalismy na bandytow, chociaz rzadko. Z reguly tak przed nami uciekali, jak...jak my przed lordami Swardii, ktorzy scigali nas dlugo i bezlitosnie. Po wielu dniach takich zabaw w kotka i myszke miasto Dhirim niemal rozpadlo sie z biedoty. Kupcy bali sie wychylic nosa spoza miejskich murow, wlasciciele karawan nigdzie nie mogli znalezc ludzi, ktorzy podjeliby sie ochrony, chociaz oferowano im solidny grosz, wiesniacy nie dostarczali towarow...krotko, miasto bylo sparalizowane. Nie raz i nie dwa niemal zostalismy schywani przez lordow Swardii, jednak zawsze jakos udawalo sie nam uciec. Jednak po miesiacu przebrala sie miarka. Kilku Lordow postanowilo wreszcie nas stad usunac, na zawsze. Przybyli, prowadzac ze soba setki zolnierzy, przemierzajac lasy, kotliny, doliny...musielismy uciekac. Prowadzilem ze soba czterdziestke ludzi, w wiekszosci twardych i potrafiacych sie bic, jednak nie byli zawodowymi zolnierzami. Ucieklismy do panstwa Nordow, gubiac poscig na granicy. Wiedzialem, ze predzej czy pozniej odwaza sie nas tam szukac, potrzebowalismy wiec protektora. Szczesciem, ich krol wysluchal mnie laskawie i zaoferowal mi trzymiesieczny kontrakt najemnika - w zblizajacej sie wojnie ze Swardia. Z radoscia przyjalem te oferte, a za otrzymana zaliczke wynajalem kolejnych najemnikow, nasz oddzial liczyl juz z gora czterdziestu chlopa. Przenieslismy sie na terytorium Swardii i zaczelismy robic to, co umiemy najlepiej - siac terror. Wiekszosc wiosek spalilismy, grabilismy kazda karawane, na jaka sie natknelismy, przerazonych wiesniakow, usilujacych dostac sie do miasta, zapedzalismy spowrotem do pluga, zabierajac wprozd to co do miasta wiezli. Przez caly ten czas zmienialismy miejsce obozowania, by nie mogli nas wyprzedzic. Dwoch nocy z rzedy w jednym miejsu nie spedzilismy. Po miesiacu cale Krolestwo bylo juz biedne. Ludnosc chlopska nie mogla placic podatkow, kupcy sie wyniesli, karawany nie przychodzily. Znow zaczela sie oblawa, jednak wtedy wlasnie na ziemie Swardii wkroczyla Nordycka i Veagerska armia, z dwoch stron, prawie jednoczesnie. Krol Swardii postanowil ruszyc na Veagersow, swe zamki i miasta pozostawiajac po mizerna ochrona niewyszkolonych rekrutow. Mimo, ze liczna, Swardianska armia nie byla dobrze wyposazona z jasnego powodu - pustego skarbca panstwa. Mimo wszystko jednak przegnali Veagersow, okupujac to tonami krwii swych zolnierzy. Veagersi wrocili do swych mroznych fortec, by w spokoju lizac rany, a ja, jadac u boku krola Nordow, bylem swiadkiem wielkich wielu oblezen. Nordzi zdobyli z gora pol panstwa, a ja niewielka fortune za zaslugi wojenne. Niestety, nic nie trwa wiecznie. Upojony zwyciestwami i przekonany o swej wszechmocy, poprowadzilem swych ludzi do samobojczej walki o zamek Harigoth. Jako jedyne ze swej niewielkiej armii przezylem i wpadlem do niewoli. Wypuscili mnie po paru tygodniach, zabrawszy wiekszosc zlota i rzeczy, w tym moja stara tarcze. Wtedy tez postanowilem, ze bede walczyc bez tarczy, mieczem dwurecznym, co tez uczynilem.
Wtedy nastapil znow okres nudow i powolnego rozpuszczania malej fortuny. Krazylem od wioski do wioski, od miasta do miasta, czesto wydajac krocie na trunki i kobiety, zbierajac rekrtutow do nowej amiii. Po dwoch tygodniach moja sakiewka byla pusta, a piecdziesieciu "zolnierzy", z czego wiekszosc to najemnicy i niewyszkoleni rekruci z wiosek, rozgniewani czekali na uregulowanie zoldu. W tym celu postanowilem jeszcze raz zadrzec ze Swardia, choc nie bylem jeszcze gotowy. Najechalem trzy wioski i obrabowalem cztery karawany, a za to co tam uzyskalem wynajalem jeszcze dwudziestke ludzi i kupilem sobie nowy pancerz. Wtedy przyszedl do mnie goniec z wiadomoscia, ze nordycki krol mnie wzywa do Dhirimu, ktorego niegdys doprowadzilem do calkowitego rozpadu. Miasto, po trzech dniach walk, zdobylismy, placac okupujac krwia zolnierzy kazdy metr zdobytego terenu. Wtedy tez cos mnie tnelo i zlozylem krolowi nordow przysiege wiernosci...i dostalem swiezo zdobyte miasto. Nie wiedzialem, smiac sie, czy plakac? Stala sie rzecz wspaniala, miasto, calutkie, nalezalo do mnie, wraz ze wszystkimi korzysciami z tego plynacymi...ale niestety, miasto ledwo wiazace koniec z koncem, o pustym skarbu, nieoplacanych straznikach miejskich, bez kupcow, o karawanach przychodzacych "od wielkiego dzwonu". Przez nastepny miesiac udalo mi sie jakos temu zaradzic, miasto zaczelo wychodzic na prosta, zyskalo nowych kupcow, karawany przychodzily czesto, a ja i wiekszosc moich ludzi zyskalismy dodatkowe kilogramy sadla.
Reszte opowiem w innym czasie, zmeczony jestem a i w dzbanie wina juz nie ma, przyjde jeszcze i opowiem do konca, ale jeszcze nie teraz.
//Jak zauwazylscie ubarwilem nieco, dodajac rzeczy ktorych w grze nie ma i sa nieosiagalne, jednak zrobione zostalo to na potrzebny "historii postaci" :)
-
Ja jestem wasalem Swadii mam 105ludu w oddziale i nienawidzę turków jakoś tak wypadło bo wydają się niehonorowi uciekają przede mną a moją piechotę to biją mam 39 rycerzy i tępię Chanat. Sanjar Chan spoczywa obecnie w moich lochach z 3 lordami.
Grę mam zapisaną gdy oblegam ich ostatnie miasto-Tulga. Wraz z Rhodokami i Nordami oraz moim niepokonanym królem :)
Rhodocy mają już tylko 2 miasta o Jelkalle im zajęliśmy wcześniej. Nordów nie zajmowaliśmy bo wydają się być w porządku chociaż 2-3 zamki ich są teraz nasze. Veagrowie nic nie prowadzą wojen ani nic chociaż teraz tępią ich Nordowie. Ja, Król Swadian, Gavreth i Ragnar bijemy w turków co sił (biliśmy) zajmowaliśmy zamek po zamku , miasto po mieście (zajmowaliśmy) walczymy z Chanatem i go tępimy (walczymy i zawsze będziemy) Więc jeśli ktoś na forum obraża Swadian obraża mnie.
A oto moja historia...
Urodziłem się w małej wsi zwanej Yalibe,dostałem imię po ojcu-Galahad, Galahad mu było, mój ojciec był wasalem w Królestwie Swadii. A matka była garncarką w pobliskim mieście Suno. Co tydzień jeździłem tam z rodzicami sprzedawać produkty spożywcze i zwierzęta. Mój ojciec pokazał mi wtedy arenę na której toczył się turniej. Ojciec postanowił pokazać mi czym są turnieje i wystartował w nim. Zaczął się pojedynek składający się z 5 Rycerzy Swadiańskich-Czerwona drużyna na 3 Rycerzy swadiańskich, jednego Rhodoka i z jego samego (Drużyna Niebieska). Pojedynek odbywał się piechotą na dwuręczne miecze. Ojciec mój w nich górował. Po paru minutach na placu boju zostało 2 uczestników, obaj z drużyny niebieskich. Po 5 innych walkach zostało już tylko 4 uczestników. Galahad, Rhodocki Lord Etrosq, i dwóch Swadian. Pojedynek konno na lance. Po chwili Glahad został sam... sam ze swojej drużyny walcząc z dwoma przeciwnikami naraz. Po chwili strącił jednego przeciwnika z konia a Lord Etrosq uderzył go lancą prosto w żebra, raniąc go poważnie. Mimo to ojciec mój się nie poddał. Ruszył dzikim pędem ku Rhodokowi lecz nagle wielki ból przeszył jego ciało, okazało się że lanca była zatruta. Spadł z konia... Lord Etrosq zwycięsko podniósł swą broń. Mimo tego nikt mu nie wiwatował. Lud krzyczał tylko "Galahad! Galahad!"
Następnego dnia ojciec wypoczywał w naszej wsi. Należał do niego zamek Azan świeżo wybudowany niedaleko miasta Suno.
Przyszedł list o kampanii wojennej przeciw Chanatowi. Ojciec mimo swego osłabienia wyruszył ze świtą 200 Swadian i 20 Nordów najętych w gospodzie. Niedługo potem przyszedł list... Sam Chan napadł na jego oddział wypoczywający w lesie. 2000 jazdy ruszyło na mego ojca... jedna osoba tylko przeżyła-Nord... Huskarl który powrócił do zamku. Następnego dnia Huskral-tak dziwnie miał na imię nauczył mnie wojaczki... po 3 dniach wybuchnęła wojna między Swadianiami a Rhodokami. Naszą wieś napadnięto i spalono. Nikt nie ocalał ja i Huskral chcieliśmy wrócić do zamku widząc że wieś została spalona. Okazało się że zamek jest pod oblężeniem. Podróżowaliśmy do Praven i tam wyrosłem na młodzieńca. Swadianie żyli w pokoju ze wszystkimi. Potem okazało się że Chanat zajął Uxkhal. Wyruszyliśmy i odbiliśmy nasze miasto, otrzymałem przydomek Galahad Mściwy... otrzymałem w lenno zamek Malayurg. Dzień po tym dostałem list o wyprawie na Halmar, Ichamur, Tulga i Narra.
Teraz jestem na tej wyprawie i zajmuję ostatnie miasto Chanatu-Halmar. Tulga jest Rhodocka, Ichamur Nordowski a Narra nasza, Halmar jest następną zdobyczą. Mam 31 lv i walczę za Swadię! Ku chwale mego królestwa.
-
Całkiem jak ja !!! Ja od samego początku trzymam sztamę z khergitami i tępię Swadian ile sił !!! Mam już w moim zamku 11 ich lordów !
I robię wszystko żeby ich wykończyć-taką mam na nich zajawkę.
Ale łuk mam i nie wyobrażam sobie walki bez niego !
ja nie biore lordow do niewoli a raczej nie bralem bo wlasnie dzisiaj krolestwo swadii ZNIKNĘŁO Z MOJEJ MAPY! wałęsają sie tylko gdzies jacys lordowie i krol więc urządzam polowanie
Powodzenia
-
Ja zacząłem pracować na początku dla króla Vaeringów Yarogleka i dostarczałem mu listy i inne zadanka wykonywałem. Oczywiście w międzyczasie wygrywałem turnieje. Po dorobieniu sobie kasy postanowiłem zebrać armię, szybko zebrałem wystarczającą ilość, potem jeszcze kilka zadanek od vaeringów powykonywałem i król Yaroglek mianował mnie wesalem. Obecnie królestwo Vaeringów toczy wojnę z Nordami i Khegritami. Byłem na 2 kampaniach wojennych. Obecnie najeżdżam sobie wioski Nordów i Khegritów, aby dorobić sobie trochę kasy i zebrać doświadczenie.
-
Ja natomiast nie dostałem żadnego imienia. moi rodzice zginęli kiedy byłem noworodkiem w Vaegirskiej wsi Ayyike.Wioske napadli Swiadianie.Ponoć jedynie mnie sie udało przeżyć bo pewna młoda kobieta mnie wzięła i biegła tysiące kilometrów aż do swadiańskiego Dhirim.Tam dorastałem jako dziecko ulicy,okradając innych i ucząc się sztuki wojaczki. A jako że nie posiadałem imienia Nazwałem sie Salkadran,i kiedy dorosłem zacząłem walczyć w turniejach jakie były w mieście. udało mi się zebrać nieco grosza więc wyruszyłem z dhirim do królestwa vaegirów walcząc z bandytami lub dezerterami samemu.Zdobywszy dużo kasy werbowałem żołnierzy vaegirskich i w niedługim czasie udało mi sie zwerbować 130 ludzi w tym 90 vaegirskiej jazdy i 40 vaegirskiej piechoty i strażników.Byłem wolnym strzelcem ale gdy stoczyłem kilka dużych bitew ze swadianami,król Yaroglek zaprosił mnie do swego grona wasali i wyruszyłem z nim i jego kompanią tępić swadian.po niedługim czasie zostałem marszałkiem i organizowałem już swoje wyjazdy przeciw swadianom i podbijałem dopóki dopóty nie padło ostanie ich miasto.Uxkhal.