Forum Tawerny Four Ways

Rozmowy Różne => Wasza twórczość, pasje, hobby, działania => Wątek zaczęty przez: Lord Reginald w Października 17, 2011, 14:27:15

Tytuł: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Lord Reginald w Października 17, 2011, 14:27:15
Nie dawno zacząłem pisać powieść fantasy.Oto co udało mi się napisać.Proszę o ocenę i komentarz.

Rozdział I
Nad  miastem  Paevgar zaczęły gromadzić się czarne , zwiastujące burze chmury. Nie dziwiło to mieszkańców – w  lipcu  na  wyspie  Gloerie , co po Nulngardzku oznaczało Chwałę , burze w samo  południe  nie  były  rzadkim zjawiskiem . Mała ilość potworów w okolicznym lesie pozwalała na bezpieczne  polowania. Metropolia zbudowana została na planie kwadratu z basztą w każdym rogu , oraz czterema bramami ustawionymi na osiach symetrii. Chorągwie i sztandary przedstawiające ciemnoniebieski ośmioramienny krzyż na białym polu , wskazywały iż miejscowość jest w rękach Zakonu Krzyża ( Zakonu Świętego Kamilusa Rycerzy Krzyża Chrystusowego Domu Gloerińskiego ), utworzonego w 902 roku przez króla Nulngaardu Revisa II . W centrum Paevgaru znajdował się rynek i ratusz , a w  pobliżu otoczona murami forteca, będąca centrum administracyjnym regionu i katedra .Chronione grubymi , szarymi i trudnymi do zdobycia murami tętniło życiem. Gdzieniegdzie mieszczka goniła swojego męża z przyborami kuchennymi w rękach. Gdzie indziej pijak wywracał się o stragan kupca ,co kończyło się kłótniami i przepychankami. Zmęczeni strażnicy patrolowali ulice , lub strzegli bram i ważniejszych urzędów. Przy jednej z głównych ulic znajdowała się gospoda „Pod Martwym Nawardinem” . Wykonana z porządnej cegły górowała w tej dzielnicy, również dla tego, że posiadała parter i dwa piętra, oraz szyby w oknach. W środku , jak zawsze o tej porze panowało ożywienie .Oprócz miejscowych pijaków i złodziejaszków można było spotkać najemników i żołdaków pana Paevgaru  – Konstabla Zygfryda Gedelberga , bliskiego przyjaciela Wielkiego Mistrza Dietricha Aerhoffa. Oprócz picia i tłumienia bijatyk strażnicy trudnili się tu grą w karty. Właśnie ogrywał ich pewien wojownik w kolczudze i czarnym płaszczu.
- Pouite * !!! Pouite mać !!! - zawołał  czarnowłosy mężczyzna około trzydziestki– Ile razy można przegrywać! Chłopcze jesteś zatrzymany… - strażnik , widocznie będący sierżantem nakazał towarzyszom pochwycenie zakapturzonej postaci . Dopiero teraz spojrzał się jej bliżej. Siwiejące się szpakowate włosy i bujne wąsy wskazywały na około czterdziestu wiosen życia. Zielone, krągłe oczy wtopiły się w twarz sierżanta jakby to było żelazo. Milicjanci dopiero wstali od stołów lub dopijali piwo , szybko dobyli mieczy i podeszli do przełożonego.                                      
- Yyy... Kogo  Cael ? – ozwał się chroniony  przetykaną skórzaną zbroją żołdak.
- Boże … Boże … Boże … Tego męża w kapturze kretyni! –  sierżant wściekł się do czerwoności . Nic dziwnego – milicja werbowana z plebsu i mieszczaństwa do bystrych ludzi nie należała . Jego towarzysze otoczyli stół przy którym siedział Cael i wojownik którego mają aresztować.
- Widzę że zabawa się zaczyna !- na twarzy zakapturzonego mężczyzny pojawił się złowrogi uśmiech – No chodźcie . Ośmiu na jednego, ładnie to tak?
Wojownik chwycił kufel do ręki i rozbił go o łeb jednego ze strażników. Bezwładne ciało żołnierza osunęło się na ziemię . Wykorzystał oszołomienie reszty i wbiegł po schodach do pokojów gościnnych .
- Za nim idioci! -zawołał Cael wskazując schody.Podobnie jak jego podwładni miał skórzaną zbroje i krótki , prosty miecz.Krótkowłosy mężczyzna wbiegł po schodach za delikwentem.Gestem nakazał straży przeszukanie izb , a sam sprawdził najbliższe drzwi. Chwycił klamkę i ku jego zdziwieniu stał przed nim wojownik w niebieskiej zbroi krytej  na kolczudze do kostek. Jego uzbrojenie stanowił  przewieszony przez plecy  dużym , ponad półtorametrowy miecz dwuręczny. Sierżant spojrzał na żelazne nagolenniki i hełm zamknięty ,będące na wygodnym , dębowym łóżku. To rycerz pomyślał. Delikwent  rzucił się na sierżanta i uderzył go barkiem. Cios wymierzono z siłą młota – Cael padł na ziemię.
-Tu jest!!!- zawołał dowódca oddziału straży. Do pokoju wbiegło kilku milicjantów. Nieznajomy kopnął jednego z nich i zbiegł po schodach. Goniący go strażnicy powywracali się o kolegę. Wojownik wszedł na jeden ze stołów w karczmie.
- Zaczynamy zabawę ludzie!- zawołał donośnie biorąc do ręki kufel- Niech wszyscy wiedzą jak  dobry jest Armand D’Aruliette!
Wszyscy znali to nazwisko – posługiwał się nim tylko ród władców Cessarli .Szynkarz wiedział o co chodzi więc schował się za ladą, choć sprawiło mu to problemy gdyż miał przysadzistą sylwetkę . Miejscowe łotrzyki i pijacy zrozumieli od razu o co chodzi i rzucili się z czym popadnie na milicjantów. Armand ozwał się do jednego z nich – widocznie się znali:
- Weźmiesz mój sprzęt i po południu spotkamy się przy północnej bramie.
Odziany w czarny płaszcz , przez którego twarz stała się niewidoczna, barczysty mężczyzna odpowiedział skinięciem głowy . Rycerz dumnym krokiem opuścił karczmę…

Nad okolicą zaczęła szaleć burza .Kupcy pochowali się  w swoich domach a rynek pustoszał. Największego pecha mieli strażnicy miejscy , muszący patrolować błotniste drogi i ulice . Armand wybrał się do fortecy, by spotkać się z konstablem Zygfrydem . Strażnicy w gospodzie nie zdążyli wszcząć alarmu ,więc nie miał powodu do obaw. Na swoim potężnie zbudowanym rumaku bojowym , imieniem Fighter mijał drewniane domy, murowane kościoły, kramy kupców i bankierów. Krople wody spływały mu po policzkach oraz zmoczyły krótko przystrzyżone  włosy. Będąc na rynku widział dokładnie zamek Praevgarcki. Mury trudne do zdobycia pomyślał. Monumentalne kilkunastometrowe  o szarym kolorze, symbolizowały potęgę zakonu Krzyża. Tym razem nie ujrzał okrągłych baszt tylko kanciaste wieże. Gdy wjeżdżał po schodach na dziedziniec zatrzymał go jeden strażnik :
- Stój! Ktoś ty za jeden?
Armand ledwo dosłyszał piskliwy , wręcz dziecięcy głos.  Tak to jest jak werbuje się kilkunastoletnich chłopców. Fighter chciał zignorować milicjanta lecz drugi z nich zablokował drogę rumakowi halabardą. Tym razem usłyszał dźwięczniejszy głos drugiego strażnika:
-Pytam się! Ktoś ty za  jeden!
Obaj mieli kolczugi i kopaliny na głowach. Wojownik przypatrzył się starszemu wartownikowi. Pewnie ma z 30 lat pomyślał. Nie mógł milczeć dalej gdyż przybyłaby większa grupa straży.
-Armand D’Artuliette , jestem bratem Ludwiga III  ,z Bożej łaski króla Cessarli- ozwał się dźwięcznie z akcentem Cessarliańskim. Starszy z milicjantów przypatrzył się rycerzowi . Podszedł bliżej i spojrzał na amulet na szyi. Nie musiał być wykształcony by rozpoznać czarnego niedźwiedzia nad koroną złotą , będącego herbem  D ’ Artuliette’ów i Cessarli.
- Witaj Panie.-ozwał się i skłonił nisko. Spojrzeniem nakazał młodzieńcowi by uczynił to samo.Armand mógł wjechać do fortecy na swym koniu. Brukowany kostką kwadratową dziedziniec okazał się pusty . Zawsze można było tu kogoś spotkać ,lecz na czas burzy jedynie biedni milicjanci kręcili się po okolicy. Podjechał pod donżon, w którym mieszkał i przyjmował gości konstabl . Po prawej stronie od budowli stała monumentalna katedra , a obok niej siedziba biskupa . Na lewo od bramy postawiono drewniane stajnie. Gdy wojownik zbliżył się do drzwi donżonu zaczepił go halabardnik . Nim on zdołał spytać, Armand odpowiedział:
- Chce się widzieć z Konstablem Zygfrydem… Jam z królewskiego rodu władców Cessarli.
Straż konstabla była lepiej uzbrojona od milicji . Nosili kolczugi z tunikami , kopaliny lub hełmy z nosalem. Żołnierz ukłonił się i odezwał dźwięcznie :
-T ak jest! Niech pan poczeka.
Halabardnik otworzył drzwi i wszedł do donżonu . Armand musiał poczekać kilka minut. Gdy duże , dębowe wrota otworzyły się znowu wartownik oznajmił:
- Możesz wejść panie . Każę zająć się twym rumakiem.
Rycerz skinął głową i zsiadł z Fightera . Drzwi otworzyli dwaj wartownicy stojący obok . Dzięki dachu nie zmokną na warcie – pomyślał wojownik i wszedł do wielkiej sali . Naprzeciwko wchodzącego Armanda znajdowały się schody do komnat konstabla i braci zakonnych , po prawej zaś schody do pokojów gościnnych a drzwi z lewej do sali , w której niemal cały dzień spędzał Zygfryd. Płonące pochodnie rzucały cienie na idącą postać w kolczudze i strażników. Armand po chwili znalazł się w wielkim pomieszczeniu, wspartej na sześciu filarach, ozdobionej wieloma arrasami i godłem Zakonu. W pomieszczeniu znajdował się również dębowy stół jadalny, ławy, a na suficie miedziany żyrandol. Przy każdym filarze stał halabardnik , identycznie wyposażony jak ten przed donżonem.
-Kogo my tu mamy!- zawołał siwy mężczyzna około sześćdziesiątki , leniwie wstając z fotela na środku sali. Był wysoki, barczysty, przy kości ;u boku nosił skórzany pas , długi miecz w brązowej pochwie , mieszek ze złotem i sztylet . Cessarliańczyk spojrzał na niego. Rozpoznał go przez płaszcz i tunikę z niebieskim krzyżem. Obaj uścisnęli sobie prawice.
- Zygfrydzie , jak dawno was nie widziałem.-Armand ucieszył się na widok przyjaciela. Miłe spojrzenie piwnych oczu konstabla oznaczało że ma dobry humor. Gdy rycerz opowie mu po co tu przybył, uśmiech z jego śniadej twarzy zniknie tak szybko jak się pojawił.
- A więc co cię sprowadza do tego jakże spokojnego miasta ?-zapytał się zakonnik. Zaraz się dowie że to nic miłego. Co na to Król Nulngaardu Henryk II ? A bunt szlachty Republikańskiego Królestwa Flavony ? Armand musiał pozbierać myśli… W końcu rzekł do przyjaciela:
- Działalność Czarnego Zakonu rozszerza się na całą krainę. Oznacza to tylko jedno : chcą stworzyć bramę do Otchłani i przywołać…
-Armię zła… - na twarzy konstabla pojawiło się zdenerwowanie, lecz ciągnął dalej wysokim, rycerskim tonem – Na szczęście na mój dwór przybył Mag Darian. Sądzę że będzie wiedział jak zaradzić sprawie. Magu wejdź!
Cudzoziemiec odwrócił się w stronę drzwi, przez które wchodziła postać w białej szacie i spiczastym kapeluszu. Na pierwszy rzut oka mag Armand szacował jego wiek na  dziewięćdziesiąt , lecz okazał się młodszy o jakieś 20 lat. Białowłosy mędrzec rzekł ochrypłym głosem trzymając w ręku drewniany kostur:
- Z jakiegoż powodu wzywałeś mnie konstablu?
Mag spojrzał  na Armanda swymi piwnymi, krągłymi oczami i uśmiechnął  lekko:
- Pochwalony młodzieńcze.
Rycerz zdziwiony podał mu swoja prawicę. Nie mówiono do niego „młodzieńcze” od bardzo dawna. Ocknął się dopiero po kolejnych słowach Dariana:
-Co was tutaj sprowadza szlachetny Księciu?
-Zapewne wiesz o Czarnym Zakonie? –odparł. Znano go w całej krainie. Dążył on do objęcia władzy nad całym światem. W Roku Pańskim 899  pierwszy przywódca sekty – Ilian osadził się na tronie Nulngaardu i podbił wszystkie ziemie wokół niego, tworząc Imperium Wschodu. Zachód opierał się Zakonowi, aż w 14 dniu marca 902 roku pokonał jego armię  w bitwie morskiej o Wyspę Mgieł, która była celem Imperatora. Dzięki znajdującej się tam księdze przywołałby armię zła z czeluści Otchłani. Po ustaleniach traktatu Gloeriańskiego , państwa wschodnie wróciły do granic sprzed wojny. Czarodziej złapał się za długą brodę i zamyślony powiedział:
- Musiałbym być głupcem  by nie wiedzieć o potędze i ideologii zakonu. Rzeczywiście ; ostatnio jego działalność zyskała na sile…
- Ale ostatnio spalili miasto na wschodzie mojego państwa. Leuvax ,jest ,a w związku z grabieżą było ważnym ośrodkiem handlowym.-oznajmił Armand. Konstabl zamarł z przerażenia. Doskonale wiedział jak owa miejscowość blisko Gloerie się znajduje. Jego oczy spoczęły na Darianie. Mag odczytując gest Zygfryda zapytał:
- I ciebie to nie dziwi Waść? Skąd Zakon przybył do miasta?
- Z północy. Ale co z tego?- odpowiedział Cessarliańczyk. Na jego twarzy pojawił się grymas zaskoczenia. Dla człowieka wykształconego, aczkolwiek do walki zbrojnej wyszkolonego takie pytania nie miały sensu, lecz magowie, zakonnicy i księża wiedzieli więcej niż rycerze. Mędrzec spojrzał się na niego żywo spod krzaczastych brwi i wyjaśnił:
- Skoro przybyli z północy oznacza to tylko jedno .
Armand chciał zapytać maga , ale starzec kontynuował  donośnym , pełnym emocji tonem :
-Musimy im przeszkodzić ! Chcą zdobyć Księgę Przywołań. Gdybyśmy po bitwie w 902 roku ją zniszczyli . Musimy to uczynić teraz! Trzeba wyruszyć na wyspę mgieł. Zło podnosi swój plugawy pysk w kierunku naszej krainy. Bóg nam dopomoże!
Zygfryd przytaknął w wyrazie aprobaty, mimo, że sytuacja stała się napięta jak diabli. Usiadł w swym fotelu, wygodnym, wykonanym z dębu i doszytą czerwoną poduszką. Jak zwykle rozparty wygodnie przemówił dźwięcznie , cicho  i z niepokojem:
- Mroczne czasy nastały. Musimy jak najszybciej powiadomić władców , kościół i Zgromadzenie Magów.
Armand przytaknął ,spojrzał na maga, który bawił się swą długą brodą i powiedział spokojnie jak na  rycerza przestało :
- Mój przyjaciel Ehlan Des Aruax czeka na mnie przy północnej bramie miasta. Wyślę go z wieściami do hrabiego Montewara Ravrine – mojego przyjaciela. Do rana powinien dotrzeć na  tereny jego lenna.
- Ja osobiście powiadomię Biskupa Dehnara i wyślę list do mistrza Dietricha . - dopowiedział konstabl.
- Nie możemy czekać! Jutro z rana ruszymy do portu Evar. Poczekamy tam na innych – sami tam nie damy rady - oznajmił czarodziej. Spojrzał władczo na Armanda i rzekł do niego poprawiając kapelusz-Jestem z akademii w Vaers. Znam się na bestiach i zwierzętach . Wyspa została spowita mgłą po bitwie przez magów. Waść zapolujesz na Taera. Potrzebuje jego skóry do stworzenia zaklęcia odsłaniającego mgłę. Chyba wiesz co to za bestia?
Taery były przerośniętymi gadami z podwójnym grzebieniem na plecach. Znane na świecie  z tego ,że ich skóra rozpuszczała mgłę . Książę przytaknął i oznajmił:
- Owszem , wiem co to za bestie. Pójdę teraz do katedry pomodlić się o Boże błogosławieństwo.
- Broń Boże! Nie poluj sam. – ostrzegł Armanda Zygfryd . Wstał szybko i spojrzał się na dziwnie na przyjaciela . Amand rzekł spokojnie :
- Zawsze wyruszam sam . Tylko w czasie wojny potrzebna mi świta.
Mag  dopowiedział lekceważąco :
- Wojna już wybuchła . Siły Zła gotują się do wymarszu na całą Tamessię .
Zygfryd wykpił przyjaciela:
- Dlatego nie zostałeś królem … - czekał na reakcję księcia – Przepraszam przyjacielu, poniosło mnie.
Armand tylko machnął ręką na znak , że nie trzeba było przepraszać. Złapał konstabla za lewe ramię nie chcąc zrobić mu krzywdy , można powiedzieć że po „ przyjacielsku ” i wydarł się zdenerwowany :
- Bycie królem nie jest dla mnie. Ile razy mam powtarzać? Pytam się? Na Boga! Ile? Zawsze od tych głupich ceremoniałów oraz bawienia się na dworze zawsze wybierałem przygodę i wolność . Dlatego tułam się po tym świecie…
Puścił towarzysza i rzekł z żalem:
- To ja przepraszam… Nie jestem godnym bycia członkiem rodu D’Artuliettów
Darian przyglądał się rozmowie , o ile tak można nazwać tę konwersację. W Vaers , stolicy Taulmenu – królestwa sąsiadującego na wschodzie z Cessarlią poznał rodziny królewskie z całej krainie . Znał również przypadek Armanda . Nazywał go ewenementem . W końcu mało kto nie marzy o byciu królem, jeszcze tak potężnego kraju jakim jest ojczyzna księcia . Mag po krótkim wahaniu odezwał się nader wyraźnie i spokojnie :
- Niech Waść przestanie . Nie powinieneś się tak zachowywać. Widocznie nie jesteś… - już było za późno , musiał dokończyć – Nie byłbyś dobrym królem.
Nerwowo przełknął ślinę oczekując na reakcję księcia. Armand nie wyglądał na obrażonego. Dobrze wiedział , że mag a rację
- Dobra, idę na polowanie – odezwał się  zdeterminowanie . Spojrzał żywo na maga i zakonnika , po czym uśmiechnął się złowrogo i rzekł do siebie jak najciszej:
- No to sobie ubije parę Taerów.
Mimo starań obaj towarzysze to usłyszeli . Na ich twarzach pojawiło się zadowolenie. Armand stał się znowu sobą . Nieustraszony, dociekliwy, o dziwnym poczuciu humoru nie powinien użalać się nad sobą . Konstabl zgodził się, by Armand ruszył sam :
- Niech ci będzie . Tylko wróć cały i zdrowy.
Te słowa nie wyjawiły intencji Zygfryda . W rzeczywistości pośle kilku swych ludzi za Armandem . Chciał w końcu dobrze dla przyjaciela . Armand pożegnał się szczerze podając Darianowi  prawicę . Zygfryda poklepał po ramieniu . Konstabl odezwał się do odchodzącego już towarzysza :
- Bestie powinieneś znaleźć w lesie na północy stąd. Jedź droga około godziny i skręć za miasteczkiem Crexuh  na zachód.
Wojownik w niebieskiej zbroi przytaknął i wyszedł odprowadzony przez strażnika . Zygfryd tylko spojrzał się nerwowo na sufit sali . Słowa poety Heralda Wissa narzucały mu się same :
„ Rycerz sobie polował ,
Ciosy świetnie parował ,
Zaatakowały go Taerzy * ,
I  martwy teraz leży ”

Pouite – po Cessarliańsku kobieta lekkich obyczajów (słowo używane w wielu państwach)
Taerzy – liczba mnoga od nazwy taer używana głównie na południu Tamessi
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Pedog w Października 17, 2011, 15:53:58
Zbyt mi tu wali Lotrem...
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Lord Reginald w Października 17, 2011, 16:40:04
Kolesie z innego forum nie pisali tak.Że niby gdzie LOTR?Pierścienie?
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Zumbagi w Października 22, 2011, 09:32:11
W sumie ciekawy "fragment", bo zgaduje, że masz wiecej :)

Ja też chciałem pisać "książke", ale niestety ambicje są, ale czasu i checi nie ma :D
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Lord Reginald w Października 22, 2011, 17:08:18
W końcu ktoś ocenił mą "tfurczość".
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Argaleb w Października 22, 2011, 17:14:11
Nie bardzo jest tu co oceniać...kolejna nieorginalna podróbka fantasy...

EDIT; Bardziej niż LOTRem zalatuje mi tu Sapkowskim...
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Lord Reginald w Października 22, 2011, 17:33:39
LOL
Najlepsze , że nie wzorowałem się na obu.Pisałem co mi z głowy leciało.
EDIT - Znajomość wiedźmina u mnie kończy się na modzie :D
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Argaleb w Października 22, 2011, 18:05:09
Cytuj
- Owszem , wiem co to za bestie. Pójdę teraz do katedry pomodlić się o Boże błogosławieństwo.
- Broń Boże! Nie poluj sam. – ostrzegł Armanda Zygfryd . Wstał szybko i spojrzał się na dziwnie na przyjaciela . Amand rzekł spokojnie :
- Zawsze wyruszam sam . Tylko w czasie wojny potrzebna mi świta.
Mag  dopowiedział lekceważąco :
- Wojna już wybuchła . Siły Zła gotują się do wymarszu na całą Tamessię .
Zygfryd dodał lekceważąco:
- Dlatego nie zostałeś królem … - czekał na reakcję księcia – Przepraszam przyjacielu, poniosło mnie.

Np. ten dialog jest tak sztuczny że aż śmieszny...siły zła...kto tak mówi o przeciwnikach? Zresztą wszystkie wypowiedzi są strasznie sztuczne i napakowałeś do nich kupę patosu który w niektórych sytuacjach po prostu nie pasuje. Masa błędów stylistycznych i powtórzeń co zresztą widać wyżej: dopowiedział lekceważąco, dodał lekceważąco...

O tekstach typu "dzięki dachu" i wielu innych nawet nie wspomnę:)

Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Lord Reginald w Października 22, 2011, 18:20:14
Więc dlatego wieje wiesiem :)
Zresztą jak człowiek 10 godzin przy kompie siedzi i pisze to "muzk" może nie wyrabiać.
EDIT:Siły zła - hm...Banda satanistów może być postrzegana przez ludzi o średniowiecznej mentalności religijnej jako siły zła,albo zło.
EDIT2:Nauczyciel polskiego nie ocenił dialogi jako sztuczne.
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Zumbagi w Października 22, 2011, 18:30:46
Poprostu używaj troche mniej języka współczesnego.

Argaleb, a fantasy czym się różni od innego fantasy ? 0_o

@ Nauczycielka od polskiego pewnie nigdy nie pisała książek, ani żadnego "większego" dzieła, więc nie masz się czym chwalić/usprawiedliwiać :D

@2 Argaleb, zreszta nie patrz na użytkownika forum jak na zawodowego pisarza książek ;p
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Lord Reginald w Października 22, 2011, 18:34:34
No dobra.Ale lata studiów i 20 lat czytania wypocin uczniów kształtuje charakter człowieka.Praktyka czyni mistrza.Gdybyście dostali moje pierwsze opowiadanie to nogi by wam poodpadały od rzyci.

Cytuj
Argaleb, a fantasy czym się różni od innego fantasy ? 0_o
Właśnie.Mogą nazwy być podobne.W cyklu "Korona Gwiazd" jest Aosta - potężne cesarstwo.W Wiedźminie to jakaś chędożona akademia.
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Zumbagi w Października 22, 2011, 18:46:25
Nie stosuj wyrazu " rzyć", bo cie zawiedzminują, "chędożona" też nie :D
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Lord Reginald w Października 22, 2011, 19:01:16
Wiem.Wolałbym się wzorować na XVII wiecznej Polsce lub Krzyżakach.
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Argaleb w Października 22, 2011, 19:03:21
Poprostu używaj troche mniej języka współczesnego.

Argaleb, a fantasy czym się różni od innego fantasy ? 0_o

@ Nauczycielka od polskiego pewnie nigdy nie pisała książek, ani żadnego "większego" dzieła, więc nie masz się czym chwalić/usprawiedliwiać :D

@2 Argaleb, zreszta nie patrz na użytkownika forum jak na zawodowego pisarza książek ;p


Nie patrzę na niego jak na zawodowego pisarza książek. Patrzę jak na forumowiczów. Na różnych forach jest wiele naprawdę ciekawych amatorskich opowiadań a to jest po prostu słabe. Stworzenie własnych nazw państw i postaci to za mało by z opowiadania wyszło coś ciekawszego niż papka dla dziesięciolatków.
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Lord Reginald w Października 22, 2011, 19:07:38
Pocieszam się faktem że na innym forum ludzie przyjęli je raczej ciepło - 8/10 padało lub 7/10 :)
Nie ma to jak ocenianie opowiadania po 5 stronach hyh.
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Zumbagi w Października 22, 2011, 19:18:22
To może napisz drugą część, uwzględniając poprawki, to wtedy ocenię liczbowo :)
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Lord Reginald w Października 22, 2011, 19:21:00
Właśnie po ocenach poprawiam błędy.


"Jako że wolę ocenić oba fragmenty osobno, tak też zrobię.

Na początku ogółem słów trochę. Cieszy mnie, iż jest to fantasy i niesamowicie mnie uradował fakt, obmyślenia przez Ciebie fajnej historii w świecie dosyć niecodziennym. Wzmianka o Chrystusie, jak i zakonie sławiącego Jego imię, mogą sugerować jedynie epokę, w której właśnie Bóg był najważniejszy, czyli Średniowiecze, aczkolwiek informacje o rzekomych potworach polujących na tamtejszą zwierzynę. obalają tę tezę.

Dobra no to teraz to, co niektórzy lubią najbardziej. Smuci mnie fakt, że Twoja praca wygląda jak byś ją pisał na kolanie albo wkleił od razu po stworzeniu. Nie mówię tutaj o żadnych interpunkcyjnych wpadkach (to później) typu przecinki, ale o brakach oddzielenia niektórych wyrazów tudzież innych wyznaczników zapisu. W krótkim streszczeniu - nie sprawdziłeś tego, co napisałeś.

Wszystko pięknie, ale ten niedosyt zapisu pozostaje. Mnie się to nie podoba, ale trzeba być subiektywnym i taki byłem (wskaż jakąś osobę lubiącą taki fenomen).

Historia ciekawa, gdyż nawet po poznaniu jednego z dwóch dostępnych fragmentów, jestem święcie przekonany, iż coś z tego będzie.

Teraz coś dla matematyków - liczba przez liczbę (czyt. ocena)

Dam 7/10

Dlaczego?
Jak już wspomniałem zapis. Było jeszcze kilka błędów językowych, których nie będę wymieniał, bo jak przeczytasz po raz wtóry, to będziesz wiedział."
Poprawiłem wtedy sporą część gagów językowych :D
Tytuł: Odp: "Prastara biblioteka"
Wiadomość wysłana przez: Lord Reginald w Listopada 03, 2011, 17:25:21
Jeździec podróżował przez prawie pół godziny . Ostatnią osadę ludzką minął kilkanaście minut temu . W końcu , im dalej od większego miasta, tym niebezpieczniej. Przed wyprawą odprawił Ehlana oraz wyposażył się w miecz i tarczę. Oczywiście zabrał ze sobą swój miecz dwuręczny , który przewiesił przez prawe ramię . Nie wiedział że około kwadrans po nim , Zygfryd wysłał kilku rycerzy . Cały czas starał się nasłuchiwać puszczy. Być może kilku bandziorów zechce ograbić samotnego jeźdźca. Wielkie dęby, brzozy i buki przysłaniały leniwie wyglądające spod chmur słońce . Na Fighterze jechał szeroką na kilka metrów drogą . Mimo iż dosyć zabłocona i kamienista nie stanowiła problemu dla bojowego rumaka . Jakiś niedouczony plebejusz mógłby twierdzić że taki koń zapadłby się pod ziemię . Nie ma nic głupszego od wieśniaczych plotek i opowiadań . Okryty niebieską zbroją na kolczudze rycerz starał się , wiercąc w siodle znaleźć dogodną pozycję . Fighter spojrzał się na niego dziko spode łba . Książę zdjął hełm i przetarł swe zielonkawe oczy z niedowierzaniem . Czasami wydawało mu się , że koń go rozumie . Włożył hełm i starając się nie patrzeć na Fightera przebył na nim kilkaset metrów drogi . Pochylił się do ucha rumaka i rzekł cicho :
- Spokojnie malutki.
Jego kudłaty przyjaciel zarżał.
Z tym malutki , to jednak przesadziłeś.
Armand uśmiechnął się lekko . Teraz już wiedział , że  omamy to prawda. Jego szlachetnej rasy , bojowy parzystokopytny porozumiewa się z nim. Wzruszył tylko ramionami i skupił się na nasłuchiwaniu puszczy. Koło drogi oprócz drzew ,rosły krzaki dzikiej róży, rzadziej cisy , łopiany i jeżyny. Teraz  gościniec zaczął pnąc się ku niewielkim wzgórzu . Na dalekiej wyżynie , do której prowadził  , nie widać było niczego prócz lasu. Wojownik  po kilku minutach jazdy zsiadł z konia i zaczął przeszukiwać swoją torbę . Oprócz sakiewki z Koronami Nulngaardzkimi  , będącymi środkiem płatniczym w całym państwie Henryka , znajdowała się w niej strawa oraz podręczne eliksiry magiczne . Po chwili wyciągnął kostkę cukru . Fighter spojrzał radośnie na prawą dłoń towarzysza .  Rycerz podszedł do niego i poczęstował go małym łakociem. Wiedział , jak te zwierzęta lubiły słodkie kryształki . Pogłaskał konia po grzywie i wskoczył na siodło płynnym ruchem . Po około mili znaleźli się na szczycie pagórka . Teraz droga prowadziła w dół , gdzie zakręcała na zachód . Szum liści , spowodowany małym wichrem , nie dawał Armandowi spokoju. Początkowo wygwizdywał znane piosenki , lecz potem zaczął śpiewać  donośnie i co najważniejsze radośnie piosnkę o bitwie pod Xuei :
„Roku tysiąc sto dziewiątego ,
Dnia dwudziestego piątego ,
Miesiąca siódmego ,
Pod wsią Xueio ,
W Dolinie Alleru ,
W Królestwie Roenu ,
Między Królem Ferhusem ,
Z władcą Fiverku Magnusem ,
Bitwa wielka była ,
Bitwa wielka była ,
Hej !
Gdy lewa flanka wojsk Fiverskich ,
Przeciwko rycerstwie Roeńskim ,
Ruszyła, lecz została pobita ,
A chorągiew Heralda zdobyta ,
Mądry  Ferhus kazał atakować ,
I Roenu wierności dochować ,
Prawa flanka szarżowała ,
I włóczników rozjechała ”

Skończył śpiewać i zszedł z konia  postanawiając napełnić bukłak  wodą . Minął zakręt . Równolegle do gościńca  płynęła rzeka . Szepnął do ucha fighterowi , by się uspokoił i poszedł w stronę strumyka , będącego  kilkanaście metrów od drogi. Wszędzie było czuć zapach ściółki leśnej i rosnących wszędzie ziół .  Przeszedł przez krzak jeżyny , urywając jeden owoc i chowając do torby przewieszonej przez ramię. Ujrzał przed sobą szeroki na kilka metrów potok , po którego obu stronach rozciągała się wielka puszcza. Niemal całość tej wyspy stanowiły lasy i bory. Rycerz zdjął hełm i położył go na trawie. Wykonał kilka kroków i przykucnął nabierając wodę do bukłaka. Zimna woda dała mu wytchnienie, gdy starannie obmywał  twarz . Spoczynek przerwał diaboliczny krzyk dobiegający z przeciwnej strony rzeki . Mężczyzna  odruch owo wydobył dwuręczne ostrze i oparł je na prawym ramieniu . Usłyszał też tupot Fightera , który wyskoczył z krzaków i stanął obok właściciela. Wojownik kazał mu wrócić na drogę . Koń posłusznie usłuchał i zniknął w gęstwinie za plecami  księcia, który rozglądał się bacznie . Wreszcie dojrzał przebiegającą przez strumyk czarną jak smoła bestię. Potwór poruszał się na czterech kończynach uzbrojonych w długie , sierpowate szpony. Jego czerwone oczy płonęły rządzą krwi. Armand po garbatej sylwetce rozpoznał stwora. Był to vivix potocznie zwany topiryjem lub topielcem . Potwory te żyły w okolicach stawów, rzek i wybrzeży. Krzyk  przypominający coś między rżeniem konia a szczekaniem wilka, strasznie przeszkadzał w skupieniu i myśleniu . Vivix zbliżał się. Nagle  prąd rzeki zabrał ze sobą stwora , który poślizgnął się o śliskie kamienie na dnie i zajęczał z bólu, padając na udo. Dało to czas wojownikowi na założenie hełmu. Książę dobrze wiedział , co pazury tych „ zwierząt ” mogą uczynić twarzy. Po przepłynięciu kilkunastu metrów bestii udało się wyskoczyć z wody. Pędziła teraz w kierunku celu  z jeszcze większym wrzaskiem .