Forum Tawerny Four Ways

Rozmowy Różne => Wasza twórczość, pasje, hobby, działania => Wątek zaczęty przez: Mortis w Lutego 27, 2011, 00:52:09

Tytuł: Kuźnia Wojny
Wiadomość wysłana przez: Mortis w Lutego 27, 2011, 00:52:09
Hej ho, wrzucam moje niedawno stworzone wypociny, moze nawet kogos zaciekawią, bo póki co opowiadanie zbieranie w wiekszości pozytywne komentarze. Przepraszam za brak akapitów, nie przenosza się z worda, a to forum działa tak beznadziejnie na dłuższym tekscie, że zwija je i poprawka staje sie nieznośną torturą...mam nadzieje, ze przezyjecie. Zapraszam :)

Thorn wstał wcześnie. Przepłukał twarz zimną wodą i w pośpiechu przełknął resztki, które zostały na stole po kolacji. Potem ubrał czerwoną szatę Ognistego Lorda Niebios i wyszedł na ganek. Chciał odejść niezauważony, ale oczywiście dopadła go zaraz po wyjściu z mieszkania.
- Ranny z ciebie ptaszek – rozległ się miękki kobiecy alt za jego plecami. Thorn zaklął w duchu i odwrócił się od drzwi, które właśnie zamykał, przybierając maskę obojętności.
- Witaj Vanesso. - Stała tam, zwiewna w swej zielonej szacie Lorda Natury. Jak zawsze, bujne blond włosy spływały jej kaskadami na ramiona, a niedbale zasznurowany dekolt ledwie trzymał. Jak zawsze, wielkie, zielone oczy patrzyły uważnie, a usta krzywiły się brzydko w pogardliwy grymas. Nie znosiła go.
- A więc to prawda? – Vanessa uśmiechnęła się szyderczo – Stary wysłał cię na terytorium Stonekinów?
- Owszem… co tu robisz? Bo pewnie nie przyszłaś życzyć mi powodzenia?
- Nie… - Vanessa jeszcze bardziej skrzywiła pełne usta. – Ciekawiło mnie, jak bardzo trzeba podpaść, żeby zostać wysłanym właśnie tam.
- Lepiej, żebyś nie wiedziała. Poza tym ty, ideał Lorda Niebios, nigdy nie podpadniesz.
- Może tak, a może nie – uśmiechnęła się i odeszła, zostawiając go samego we wschodzącym słońcu.
Thorn był na siebie zły. Za to, że wstał zbyt późno, by odjechać niezauważony. Ale głownie za to, że musiał odjeżdżać. Mógł sobie darować wtrącanie się w sprawy śmiertelników, ale on zawsze robił po swojemu, nie patrząc na innych Lordów.
Podszedł do najbliższej studni energii i dostroił się do niej. Wyruszał na niebezpieczne tereny, dlatego postanowił odnowić swą mentalną energię. Gdy poczuł, że więcej już nie wchłonie, wycofał się i skierował ku Głównej Bramie. Idąc, rozkoszował się dniem, zawsze lubił chodzić w słońcu, czuć jego ciepło, w końcu był Lordem Ognia.
Miał do przejścia spory kawałek. Kwatery mieszkalne Lordów znajdowały się na obrzeżach wewnętrznego kręgu Kuźni, toteż musiał minąć wewnętrzna bramę, którą przekroczył nie nagabywany przez nikogo. Nie było strażników, nie byli potrzebni. Kto miałby odwagę zaatakować Kuźnię? Thorn nie spieszył się już. Spotkanie z Vanessą, którego próbował uniknąć, zepsuło mu dzień. Gdy wróci - jeżeli wróci - brudny i zmęczony po wyprawie, znów zobaczy tylko skrzywiony grymas na twarzy. Na początku próbował jej imponować, ale szybko porzucił ten zamiar. Vanessa nie chciała ani nie potrzebowała adoratorów. Teraz konkurował z nią, ciesząc się z każdego drobnego zwycięstwa.
Zanim dotarł do zewnętrznej bramy napatrzył się na typową architekturę Kuźni. Ogromna i potężna, zbudowana z bliżej nieznanego mu, lekko połyskującego metalu o kolorze srebrno-czarnym. Wrota były otwarte na roścież.
Wyszedł na zewnątrz, przez chwilę rozkoszując się widokiem. Kuźnia lewitowała dobre dwadzieścia metrów nad skalistym podłożem, z lądem łączył ją potężny, nieruchomy most. Dotarcie na dół zajęło mu dobre dziesięć minut. Wreszcie, czując pod nogami prawdziwą ziemię, poczuł, jak opuszczają go ochronne zaklęcia Kuźni. Na jej terenie posiadanie wierzchowca było niemożliwe, jeżeli Pan Kuźni nie zdjął blokady, nie można było rzucać zaklęć ani przywoływać stworzeń. Teraz zaś Thorn złożył ręce i powoli zaczął je rozkładać na boki, pomiędzy jego dłońmi skakały czerwone iskry, a ręce zaczynały okrywać się czerwoną poświatą, coraz jaśniejszą. Po chwili światło ustabilizowało się. Pewną ręką sięgnął do ozdobnego pasa i z jednej z licznych zakładek wyjął kartę. Od spodu  namalowane były płomienie, z drugiej zaś strony obrazek przedstawiał bestię. Thorn nawet nie zerknął na wierzch i rzucił kartę przed siebie. Gdy tylko dotknęła ziemi, rozjaśniła się szkarłatnym blaskiem, który zaczął się poszerzać, aż utworzył sporej wielkości krąg w ziemi. Ze środka natychmiast wyskoczyła pokryta rdzawoczerwoną łuską bestia. Stojąc pewnie na zakończonych pazurami, dwóch umięśnionych nogach, wyprostowała się, balansując ogonem i dwoma krótkimi górnymi łapami. Odchyliła głowę do tyłu i wydała cienki ryk. Dopiero potem spojrzała na Lorda.
Thorn zerknął na swoje, już pozbawione poświaty dłonie i podszedł do bestii.
- Czeka nas daleka podróż, Scav. – zwrócił się do potwora zdrobnieniem od nazwy jego gatunku używanej przez Lordów, która brzmiała Scavenger. Wdrapał się na stwora, sadowiąc się na uformowanym jak siodło grzbiecie i złapał się za jeden z wystających przed nim szpikulców. Scavenger był wysoki na prawie trzy metry.
- Naprzód – zarządził i złapał się mocniej. Scavanger wystrzelił do przodu, biegiem pokonując kolejne staje. Ciężko uderzał nogami o ziemię i wybijał się, pędząc bez żadnych widocznych oznak zmęczenia.
Pierwsza część zadania Thorna polegała na udaniu się do, graniczącego z terenami Stonekinów, miasta Lorum. Zakładając, ze nic go nie opóźni, będzie na miejscu przed zmierzchem.
I rzeczywiście, nic go nie opóźniło, aż na swej drodze, w oddaleniu mniejszym niż dwieście metrów, nie zobaczył małej wioski. Wyglądała całkiem zwyczajnie, kilkanaście chat zbudowanych wokół jednej naprawdę dużej, zapewne pełniącej funkcję spichlerza. Niedaleko leniwie płynął strumyk, napędzając młyn wodny. Wszystko wyglądałoby całkiem zwyczajnie, gdyby nie gęsty dym unoszący się ze spichlerza.   


Ghard zaklął. Siedział w niewygodnej pozycji w krzakach, z których miał dobry widok na położoną sto metrów dalej wioskę. Czekał na sygnał do ataku. Najchętniej poszedłby sobie stąd, dokądkolwiek, byle nie być tu. To miał być jego chrzest bandycki, pierwsza wyprawa. Był młody, niedawno skończył siedemnaście lat i zakochał się. Zamierzał się pobrać, mieć dzieci. Ale nie mógł z czystym sumieniem poprosić o rękę dziewczyny jako golec. Dlatego zgłosił się do bandy Lorca, któremu ostatnio dobrze się powodziło i zdołał zebrać wokół siebie ponad siedemdziesięciu opryszków. Ghard mógł odczuć na własnej skórze, że w tej okolicy to stanowczo za duża banda. Po prostu ciężko było ją wyżywić. I dlatego teraz napadali na byle małą wioskę tylko po to, aby napchać zgłodniałe brzuchy.
W sąsiednich krzakach Lorca szepnął coś do otaczających go ludzi. Wiadomość wkrótce do nich dotarła – ruszamy. Lorca nie miał zamiaru poprowadzić wrzeszczącej bandy, wtedy wieśniacy z łatwością by ich zobaczyli z daleka. I zanim dotarliby na miejsce, po wieśniakach nie byłoby już śladu. A bandyci lubili łapać żywcem i bez zbędnego wysiłku, szczególnie młode dziewczęta. Ghard brzydził się nim, ale nie śmiał nic mówić.
Razem z innymi złapał za broń i ruszył w stronę wioski. Bez hałasu, bez pośpiechu, mieszkańcy zostaną kompletnie zaskoczeni. Do najbliższych chat została już tylko połowa dystansu, Ghard miał ochotę wrzeszczeć, jakoś ostrzec tych ludzi, ale siedział cicho, bał się. Wreszcie ktoś ich zobaczył, podniósł się wrzask przerażenia.
- Rżnąć! – krzyknął Lorca i pognał pierwszy, wznosząc wysoko swój zardzewiały miecz dwuręczny. Bandyci pognali za nim, wznosząc bojowe okrzyki.
Wioska została zaskoczona, wszyscy rzucili się do ucieczki, matki brały na ręce dzieci, mężczyźni próbowali stawić opór na placu przed spichlerzem, pospiesznie rozdawano broń. W chwili, kiedy bandyci wbiegli na plac, połowa z wieśniaków nie była nawet uzbrojona. Ta garstka, która mogła się bronić, stłoczyła się na środku, pozostali padli na kolana i błagali o litość. Ghard przyglądał się, jak jego kamraci otaczają ich i zarzynają po kolei. Część napastników dobijała rannych, reszta podzieliła się na dwie grupy. Pierwsza pognała za uciekającymi, druga zaczęła wynosić wszystko ze spichlerza. Nie było tego dużo, widocznie rok był kiepski. Akurat gdy wyniesiono ostatni worek z suszonym mięsem, wróciła reszta bandziorów prowadząc swą zdobycz. Nałapali ponad tuzin kobiet, których starali się nie kaleczyć. O dzieci i starców nikt się nie troszczył. Wkrótce na dachu spichlerza wylądowała zapalona pochodnia, potem kolejna. Podpalano następne chaty.
Ghard kręcił dookoła głową, próbując ogarnąć ten chaos. Wszędzie widział zabitych, lejącą się krew i flaki. Słyszał szloch gwałconych kobiet i śmiech bandytów. Zwymiotował obficie, zalewając leżącego przed nim starca z otwartym brzuchem i wylewającymi się wnętrznościami. Chciał, żeby to już się skończyło, żałował, że dołączył do tej bandy. Mógł zacząć pracować, ale nie, zawsze wybierał łatwiejsze rozwiązania. Zatoczył się, wyciągnął rękę szukając oparcia, w końcu chwycił się kurczowo ściany chaty za nim. Akurat ją podpalano.
I wtedy pojawił się on. Człowiek siedzący na wielkiej bestii. Ubrany na czerwono, z krótkimi czarnymi włosami. Biła od niego siła i pewność siebie, kiedy powoli obracał głowę, patrząc na całe zajście beznamiętnym wzrokiem. Wszyscy na niego patrzyli, cała scena jakby zastygła w czasie.
[p]Lorca otrząsnął się pierwszy. Odepchnął dziewczynę, którą właśnie posiadł i usiłował uciec, w czym skutecznie przeszkodziły mu opuszczone do kostek spodnie. Potknął się i przewrócił.
[p]Bandyci rozbiegli się na wszystkie strony, tak jak niedawno ich ofiary. Przybysz nie zatrzymywał ich. Wkrótce na placu pozostały już tylko leżące na ziemi kobiety i Ghard, wciąż oparty plecami o płonącą chatę, ze strachu niezdolny do poruszenia się.
- Czy ty – odezwał się Lord szorstkim, metalicznym głosem – brałeś w tym udział? – chłopak nadal się nie odzywał, patrzył tylko na nieznajomego szeroko otwartymi ze strachu oczami.
- Zadałem pytanie.
Ghard w końcu zdobył się na odwagę i pokiwał głową. – Nie wiedziałem, ja nie wiedziałem… - zaszlochał głośno, skrywając twarz w dłoniach.
Lord popatrzył na niego przez chwilę, a potem skupił wzrok na jednej z kobiet, która była w widocznie lepszym stanie i już dochodziła do siebie. Próbowała wstać. Nieznajomy mocarz zeskoczył z wierzchowca i podbiegł do niej. Ostrożnie ją podniósł i oparł o siebie. Miała paskudne, ale niegroźne skaleczenie na policzku i była wyraźnie poobijana. Jednak to nie przez te obrażenia siedziała bez ruchu i patrzyła prosto przed siebie. Ghard nie dosłyszał, co Lord do niej szepnął, ale po chwili dotknął delikatnie jej głowy, która opadła bezwładnie. Ostrożnie położył ją na ziemi.
- Ty… ty nic z nimi nie zrobisz? Nic?! – wrzasnął Ghard, sam się dziwiąc swojej odwadze. Nieznajomy spojrzał na niego zimno. To także dzięki tobie. To twoje dzieło, twoja wina. Jesteś za to odpowiedzialny tak samo jak oni.
Podchodził po kolei do każdej z kobiet, szepcząc kilka słów i usypiając je. Mówił im, że wszystko będzie dobrze.
Na koniec stanął pośrodku placu i wzniósł ręce, które zalśniły czerwienią. Sięgał rękoma do ozdobnego pasa i wyciągał karty, które następnie rzucał na ziemię. Tam, gdzie upadały, powstawały jaśniejące czerwienią portale, z każdego wyskakiwało kilka stworzeń. Każde z nich było wzrostu niskiego mężczyzny, ale było w nich coś zwierzęcego, coś demonicznego. Może to szaroczerwona skóra, może małe rogi na ogolonej czaszce. Wyposażone były w długie, zakrzywione pazury i ostre kły.
- Znajdźcie ich – przemówił Ognisty Lord wśród cichego dyszenia przyzwanych stworzeń. – Znajdźcie ich i zabijcie. Potem będziecie wolne.
Ghard zobaczył, jak stwory obwąchują okolicę i ruszają w kilkuosobowych grupach. W końcu spojrzał na ich pana i przeraził się. Lord Niebios patrzył prosto na niego.
Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał, była ogarniająca go senność.
Tytuł: Odp: Kuźnia Wojny
Wiadomość wysłana przez: Daray w Lutego 27, 2011, 15:55:18
Hymm... Jako że jestem przeziębiony i nudzi mi się niemiłosiernie, a pokemony w wersji Crystal już mnie znudziły, postanowiłem przeczytać to Twoje opowiadanko. Po za tym dawno nie napisałem nic dłuższego na forum, to zdecydowałem się podjąć próbę ocenienia Twojej pracy. Oczywiście będzie ona bardzo subiektywna i właściwie to mogę jedynie wskazać, co mi się nie podoba i co moim zdaniem Powinieneś poprawić, albowiem sam zbyt dobrym pisarzem nie jestem i nie znam się na tym rzemiośle dostatecznie. A tak już nieco luźniej dodam, że spacjalnie dla tej pracy ściągnąłem sobie Notepad++, żeby móc analizować te Twoje swoiste dzieło, linijka po linijce. Możesz więc czuć się zaszczycony, że tak się dla Ciebie wysiliłem.

Na początku wypadało by mi wspomnieć o nieco nieszczęśliwym początku, bowiem właściwie brakuje mi tam jakiegokolwiek rozpoczęcia. Po prostu od razu popychasz swojego bohatera w wir czynności, niczym nieporuszony poruszyciel. Skutkuje to tym iż czytając, ma się wrażenie że to tylko fragment wyrwany z kontekstu całego opowiadania.

Drugim mankamentem tegoż fragmentu:
(click to show/hide)
jest to iż właściwie brakuje mi tu rozwinięcia opisu owego mieszkania. Tak więc nie wiadomo czy bohater mieszka w drewnianej chatce; gdzieś w jakimś bloku; czy może w kamiennej komnacie i tym podobne... To samo jest z tym gankiem, bo właściwie nie wiadomo czy to ganek-klatka schodowa, ganek-przedsionek, ganek-weranda. Moim zdaniem powinieneś rozwinąć nieco opisy, a otrzymasz zdecydowanie lepszy efekt.

Większy problem widzę w tej nieszczęsnej "czerwonej szacie Ognistego Lorda Niebios." Od razu kojarzy mi się to z grami crpg i przedmiotami opisywanymi w nich poprzez prefix i surfix. wydaję mi się że lepiej było by rozbić o zdanie na kilka części. Przecież przynależność do Lordów Niebios można umieścić w innym kawałku opowiadania, a samo stwierdzenie koloru szaty można by rozbudować np poprzez przyglądanie się bohatera w lustrze. Przy okazji motyw z lustrem pomoże Ci lepiej opisać wygląd herosa. Nie musisz go przecież tak od razu wyrzucać z jego mieszkania. Poświeć tej lokacji nieco więcej miejsca.

(click to show/hide)
Tutaj niby wszystko wydaje się dobrze, ale nie wiedzieć czemu, składnia gryzie mnie po oczach. Osobiście zmienił bym to na coś w stylu:  Ranny z ciebie ptaszek- usłyszał tak miękki, kobiecy alt za swoimi plecami. (Jakaś inna nazwa bohatera, nie znowu Thorn!) zaklął w duchu, jednocześnie przybierając maskę obojętności na twarzy i odwrócił się od drzwi, które właśnie zamierzał zamknąć." - Wydaję mi się bowiem że powinno się łączyć ze sobą to co opisuje bohatera i osobno to co dotyczy świata fizycznego.

(click to show/hide)

Tak samo jak w przypadku ognistej lordowości i tu pasowało by przebudować znanie. Ponadto używasz cechy "zwiewnej" co tyczy się kobiet raczej bardziej eterycznych. Z tego zaś co czytam dalej, ta akurat dość dobitnie manifestuje swoją obecność i raczej nie wybiera nigdy stania w cieniu.

(click to show/hide)
To bardzo miło że tworzysz tu niedomówienie, bowiem mam już dość czytania biologicznych opisów ciała kobiecego. Tym samym też pozostawiasz możliwość do popisu mojej męskiej wyobraźni. Jednak to nadal brzmi jak zwykły kolokwializm i przede wszystkim skrótowa wypowiedź. Lepiej by brzmiało coś w stylu: "...a niedbale zasznurowany dekolt ledwo wytrzymując wywierany nań napór, tylko pozornie zakrywał to, co zgodnie z etyką powinno być ukryte." - (Znowu to tyko moja subiektywna opinia!)

Potem właściwie nie mam zastrzeżeń co do rozmowy obojga, choć oczywiście nie zaszkodziło by nieco rozbudować wewnętrzne opisy.

(click to show/hide)


To wygląda jak jedno z moich zakończeń próbnego wypracowania maturalnego, gdy okazało się że mam trzydzieści sekund do końca. Tu aż się prosi o opis: studni energii, procesu dostrajania, samego transferu energii, drogi do głównej bramy i jej samej.

(click to show/hide)
Pomiędzy to znowu można by wpleść sporo opisów, co zapobiegło by wrażeniu że opowiadanie jest pisanie w pośpiechu.

(click to show/hide)
. Jeśli koniecznie chcesz zostawić to zdanie w tej postaci, to po zdaniu "Thorn nie śpieszył się już." postaw kropkę. Tam gdzieś wcześniej również zauważyłem inta, ale to tutaj już jest nader widoczne.

(click to show/hide)
No, widzę pierwszą poważna próbę dodania jakiegoś opisu. Jednak bardzo szkoda że przerwałeś, nim właściwie cokolwiek zostało nakreślone. Czyli prościej mówiąc, architektura owej kuźni nadal jest dla mnie niewiadomą. Ponadto zauważ że powtarzasz się w cześci, w której wspominasz ze Thorn nie spotyka nikogo. To moim zdaniem jest niepotrzebne.

(click to show/hide)
Ten kawałek jest dla mnie nieco nie zrozumiały. Kuźnia lewituje sobie nad ziemią, ale nad jakimś płaskim terenem? Czy może otaczają ją np skały? A sam most? Położony pionowo, poziomo, czy pod jakimś tam kontem? Jak wygląda ten most? Po za tym dwadzieścia metrów w pionie, to będzie max dwieście metrów powierzchni skośnej. Na prawdę mu się nie śpieszyło, skoro pokonywał ten kawałek w aż dziesięć minut. Z technicznych rzeczy, to wyraźnie można tam zauważyć powtórzenie, dlatego też zamiast drugi raz "ziemią" polecał bym użyć "ze stałym lądem" lub opcjonalnie "z kontynentem".

"Na jej terenie posiadanie wierzchowca było niemożliwe, jeżeli Pan Kuźni nie zdjął blokady, rzucanie zaklęć i przywoływanie stworzeń było niemożliwe." Po "było niemożliwe" pasuje bardziej kropka zamiast przecinka. Po za tym powtarza Ci się tu "niemożliwe".

"Teraz zaś Thorn złożył ręce i powoli zaczął je rozkładać na boki, pomiędzy jego dłońmi skakały czerwone iskry, a ręce zaczynały okrywać się czerwoną poświatą, coraz jaśniejszą. Po chwili iskry przestały skakać."
iskry-iskry;skakały-skakać. Ot takie powtórzenia.

"Pewną ręką sięgnął do ozdobnego pasa i z jednej z licznych zakładek wyjął kartę. Od spodu  namalowane były płomienie, z drugiej zaś strony obrazek przedstawiał bestię. Thorn nawet nie zerknął na obrazek i rzucił kartę przed siebie."
I znów: kartę-kartę, obrazek-obrazek.

"Gdy tylko dotknęła ziemi, rozjaśniła się szkarłatnym blaskiem, który zaczął się poszerzać, aż utworzył sporej wielkości krąg w ziemi."
ziemi-ziemi

Oczywiście i do tych fragmentów przydał by się poszerzony opis. Choć nie jest to aż tak naglące jak na początku. Niestety w tym przypadku nie mogę Ci już podpowiedzieć nic, bowiem nie znam Twojej koncepcji jako autora. Myślę jednak że poradzisz sobie z tym lepiej ode mnie.

(click to show/hide)
W tym fragmencie albo maż literówkę w wypowiedzi bohatera, albo Twój heros ma iście swojski akcent. Po za tym masz kolejne powtórzenie przy nazwie bestii. No i mam wrażenie że czytam trochę takie masło-maślane. Osobiście polecał bym przebudować ten kawałeczek.

"- Naprzód – zarządził i złapał się mocniej. Scavanger wystrzelił naprzód, biegiem pokonując kolejne staje. Ciężko uderzał nogami o ziemię i wybijał się, pędząc bez żadnych widocznych oznak zmęczenia."
Może to upierdliwe z mojej strony, ale i tu dopatrzyłem się powtórzenia: naprzód-naprzód. Uważam też że mini opisik drogi, którą pokonują, również by nie zaszkodził.

(click to show/hide)

Znowu używasz imienia, zupełnie jakby Twój bohater nie miał żadnego synonimu. Ponownie też powtarzasz się w kwestii opóźnienia, a przecież można by to ładnie i poprawnie językowo rozwiązać, dodając choćby jedno więcej zdanie. No i nie wiem też w końcu czy ów heros miał się udać do miasta czy do wioski, a przecież to dość duża rozbieżność. Oczywiście udało mi się załapać że to nie jest już główny cel podróży, jednak zbyt jasno tego nie ująłeś. Bowiem znowu brakuje obudowania owego szkieletu czymś tworzącym klimat i jednocześnie pomagającym poznać świat.

Tak więc udało mi się jakoś przebrnąć przez połowę Twojego opowiadania i póki co, nie będę brnął dalej. Jeśli uznasz mojego posta za coś konstruktywnego i pomocnego, to napisz a chętnie zabiorę się da drugą część. Jeśli zaś chodzi o to co wyżej, to nie bierz tego jako krytykę, bo mojej wypowiedzi daleko do niej. Potraktuj to jako subiektywną konsultację z kimś, kto właściwi nie zna się na tym fachu, a tylko czasem ocenia prace znajomego. Mojej oceny raczej nie usłyszysz póki co, bowiem nie mogę ocenić tylko szkicu opowiadania. Gdy już je poprawisz no i uznasz za zakończone, to przynajmniej będę mógł z czystym sumieniem krytykować. W tej chwili mogę jednak stwierdzić że ma to jakiś swój potencjał i nawet kończyny na swoim miejscu, ale też nie jest to też lubiany prze ze mnie typ opowieści...

Ja sam pozdrawiam Cię serdecznie i zachęcam do dalszej pracy.
 Daray.

P.S Post ma ponad 12000 znaków, więc mogą gdzieś występować krzaczki w wypowiedzi. Nie sprawdzałem jej od deski do deski, więc jakby co, to można poprawiać mnie na P.W a wyedytuję to tutaj.
Tytuł: Odp: Kuźnia Wojny
Wiadomość wysłana przez: Mortis w Lutego 28, 2011, 07:00:54
No no no... uwinąłem się dzisiaj troche zbyt wcześnie, mam do wyjścia jakieś piętnaście minut i próbując zabić czas, natknąłem się na coś takiego, dziękuje bardzo :) Oczywiście jestem zaszczycony, jak pewnie kazdy autor, gdy ktoś dodaje komentarz do mojego dzieła to w duszy robie fikołki z radości. Błędy poprawie gdy wrócę do domu, uchuch, troche się ich nagromadziło widzę, aczkolwiek z niektórymi bym się nie zgodził, chociaż dziękuje za wyłapanie.
Jeszcze zedytuje wiadomośc jak wrócę, póki co liceum czeka...po dwóch tygodniach, ech.

Pozdrawiam

Edytka: Opowiadanie zacząłem, niczym nieporuszony poruszyciel, aby nie znudzić czytelnika początkowymi opisami, widząc które wielu ludzi podświadomie nie ma ochoty czytać całości.
Co do opisu mieszkania, to wszystko w swoim czasie, opisy podaje się stopniowo, nie więcej niż jest potrzebne do akcji, aby nie zanudzić czytelnika... a przynajmniej tak mnie uczono. A, czy to ganek-weranda czy ganek-klatka schodowa rozwija chyba dalszy kawałek, w którym Vanessa zostawia głównego bohatera "we wschodzącym słońcu". Co do czerwonej szaty Ognistego Lorda Niebios, to byc może skojarzenia masz słuszne, aczkolwiek nie wydaje mi się, żeby to był specjalnie wredny opis przedmiotu. Czerwona, bo czerwona, kolor przy ubiorze jest dość istotny. A Ognisty Lord Niebios to w całości nazwa jego grupy społecznej, choc tobie zapewne się kojarzy z czyms w rodzaju "czerwona szata ognia Lordów Niebios", co jest błędne.
Do mieszkania jeszcze wrocimy, akcja się rozwija, po co to robić tak małymi kroczkami, jeszcze by mi czytelnik usnął :)
Co do nastepnego przytoczonego przez ciebie fragmentu - fakt, tutaj skladnia troche mnie zawiodla, choc ten tekst jest akurat po poprawce "technicznej", gdyz w orginale nie bylo zapisane, by Thorn odwrocil sie od drzwi, co klocilo sie z glosem za jego plecami, tutaj akurat dbalem, by sie to zgadzalo, nie zwajac na skladnie, do poprawy, dziekuje :) A co do Thorna...przeksztalcilem "Thora", ktory mi sie jako postac dosc podoba, a oprocz skojarzenia z angielskim Thornem jako cierniem nie przypominam sobie innego bohatera o tym imieniu. Ale coz, widocznie zbyt malo czytam, lub po prostu nie te ksiazki co trzeba, heh.
W dalszym fragmencie "zwiewność" szaty potraktowalem jak "luźność" w znaczniu, ze wygodna i nie krepuje ruchow, czyzbym uzyl zlego synonimu?
Co do dekoltu, staram sie unikac sformulowan w rodzaju "zgodnie z etyka" "jak to bylo w zwyczaju" i tym podobne, bo zwyczaje i etyka sa rozne i rozniste, czesto nieuksztaltowane, a co za tym idzie dosc frywolne w samej Kuzni, ale o tym juz, byc moze, poczytasz w dalszych czesciach.
Lepiej rozbudowac wewnetrzne opisy? Osobiscie nie cierpie, kiedy od kazdego myslnika (jako kolejnej wypowiedzi w dialogu) odchodzi kolejny myslnik w ktorym bohater cos "powiedzial, odrzekl, rzekl, poprawil wlosy i dmuchnal w rece", wplatam je oczywiscie, ale nie w kazdym myslniku, gdyz, jak wiele juz osob mi mowilo, tekst staje sie nudnany i ciezki do przelkniecia, poswiadomie tez przeskakujemy te opisy by zobaczyc wypowiedz.
Opis calego systemu studni energii i samej energii zajalby zdecydowanie za duzo miejsca i stalby sie "nudnawym wstepem do swiata przedstawionego" ktorego staram sie unikac jak moge. Serwuje kolejny kawalek wiedzy o tym podczas przyzywania stworzen troche pozniej i w takich oto malych kawalkach co jakis czas chcialbym ta wiedze przedstawic, cierpliwosci :)
Architekture kuzni rzeczywiscie nie zajela zbyt wiele miejsca, ale jest to rzecz ktora chcialbym dosc dobrze przemyslec, by w pozniejszych etapach uniknac niescislosci, tak wiec, byc moze dosc nieladnie, zbylem ten fragment kilkoma zdaniami.
Baaardzo, ale to bardzo staram sie unikac podawania jakichkolwiek blizszych informacji o kątach czy czasie wedrowki przez jakas tam droge, w koncu nie moge tego dokladnie sprawdzic, w ile minut schodzi sie pod takim katem w taka a taka droge, a nie chce by potem ktos zarzucal mi brak konsekwencji :)

To tyle, teraz cos bardziej ogolnie :)
Nie chcialem cie zameczac, zamieszczajac na koncu kazdego zdania podziekowania za ten kawalek, ktory uwazales za bledny, niejasny lub niepotrzebny, wiec zamieszcze je tutaj: dziekuje bardzo, za posiwecony czas, uwazne czytanie (literowki) i determinacje, naprawde mi sie to przyda. O odbior twojej krytyki sie nie martw, piszac opowiadania od dluzszego czasu bardziej jestem nastawiony na sciagniecie na ziemie, zamiast wywyzszenie pod niebiosa.
Wszedzie tam, gdzie twoje opisy lub wytkniecia pominalem w "argumentacji obronnej", uznaj za zgodę na konkretną krytykę, w innych miejscach pozwolę sobie bronić troszkę mojego punktu widzenia, ale nie mysl, że traktuje to jako "jest dobrze i juz!", szanuje ocenę czytelnika, musze na niej polegac, ale podyskutowac mozna, hm? :)
Oj, musze bardziej uwazac na te powtorzenia, dziwne, ze nawet czytajac tekst kilka razy ich nie wylapalem. Znaczy, bylo wiecej, ale te mi umknely, jeszcze raz dziekuje.

Edit 2: poprawiona wersja juz zedytowana. A ciąg dalszy również napisany, ale to może troszkę później wrzuce.
Tytuł: Odp: Kuźnia Wojny
Wiadomość wysłana przez: Mortis w Kwietnia 28, 2011, 22:31:48
Thorn dotarł do Lorum wkrótce po zachodzie słońca. Było to miasto graniczne, położone w wąskim przejściu u wylotu wąwozu, tak więc całkowicie zagradzało drogę każdemu potencjalnemu najeźdźcy. Wyjątkowo surowo przestrzegano tu środków bezpieczeństwa, także tego z zamykaniem bram o zmierzchu. Na próżno wykrzykiwał kim jest, odwieczne w wojsku lenistwo nakazywało strażnikom nie odpowiadać na wrzaski każdego, kto spóźnił się z wejściem do miasta, nikt nawet nie wyjrzał na krzyczącego. Pomógł dopiero cienki ryk Scavangera, na murach natychmiast pojawili się ludzie z pochodniami i kuszami gotowymi do strzału. Prędko jednak poznano, kto idzie i żelazna brama otworzyła się ze zgrzytem.
   Wezwany pospiesznie kapitan straży, już zarumieniony od wina, zdążył jeszcze zobaczyć jak w blasku światła Lord odsyła Scavangera do jego wymiaru. Przełknął ślinę i stanął na baczność. Nie wyglądał imponująco na tle czterech tęgich strażników, którzy usiłowali schować się za jego plecami, najwyraźniej piastował swój urząd od dość dawna, by wyhodować sobie pokaźny brzuch, który ledwo mieścił się w pancerz.
   Thorn podszedł do niego szybkim krokiem, wyczarowana kula światła leciała tuż nad jego głową, oświetlając wszystko. Kapitan niepewnie wystąpił naprzód.
   - Witamy w Lorum, Lordzie, pragnę prze…
   - Daruj sobie – przerwał mu – i zaprowadź mnie do Lorda Grassaca.
   - Tak panie, proszę za mną.
   Kapitan rozstawił swoich ludzi po bokach i poprowadził do pałacu. Przez całą drogę Thorn czuł na sobie ciekawskie spojrzenia, ludzie pospiesznie uciekali im z drogi. Idąc, rozmyślał nad celem swego pobytu tutaj. Oficjalnie został zesłany do pomocy w utrzymaniu tych ziem przed rosnącą ofensywą Stonekinów. Ale wiedział, że akurat ta okolica znajduję się we władaniu potężnego Lorda Niebios, albo więc zagrażało mu coś na tyle potężnego, że potrzebna była pomoc drugiego Lorda, albo też miał po prostu przeczekać na uboczu, aż jego przeciwnicy w Kuźni zapomną o jego niedawnych wyczynach. Tak czy siak, Thorn nie miał najmniejszej ochoty na marnowanie czasu w tej dziczy, ale słowo Władcy było dla niego prawem.
   Przy bramie pałacowej, Lorda przejął dowódca gwardii, który okazał się krzepkim mężczyzną o aparycji niedźwiedzia, będąc słusznego wzrostu i postury. Z wypolerowanym napierśnikiem przedstawiał się prawdziwie żołniersko, w całkowitym odróżnieniu od kapitana straży, który z wyraźną ulgą wracał właśnie do swych naglących obowiązków. Wielkolud skłonił się z chrzęstem zbroi, natychmiast rozpoznając szaty przybysza, i bez słowa poprowadził go do środka. Zatrzymał się przy któryś z kolei drzwiach na pierwszym poziomie i gestem zaprosił go do środka.
   Wnętrze okazało się małym pokojem, obwieszonym obrazami i zasłanym dywanami. Pośrodku, za obszernym biurkiem, na obitym skórą krześle siedział mężczyzna będący odpowiednikiem wszystkich ludowych wierzeń odnośnie czarowników. Lodowy Lord, można to było poznać po niebieskim kolorze jego szaty, był wysoki, ale jednocześnie tak zgarbiony, że nie było tego widać. Niesamowicie chudy, o trupio bladej cerze, z okularami zatkniętymi na długim nosie, przeglądał jakieś papiery, z widocznym wysiłkiem mrużąc krótkowzroczne oczy.
   - Oślepniesz od czytania przy takim świetle – rzucił sucho Thorn, wchodząc do środka.
   - A niech mnie… to ty? – jeszcze bardziej zmrużył oczy – co ty tu robisz, do licha?
   - Przybyłem objąć dowodzenie nad tym miastem. Przedstawię ci zaraz niezbędne dokumenty i muszę dodać, że Władca Kuźni jest bardzo zaniepokojony obecną sytuacją… z którą najwyraźniej sobie nie radzisz…
   - Ja sobie nie radzę? A co ty niby o tym wiesz, hm? – Siedzący Lord zaciągnął za uszy swoje białe włosy. – I dlaczego niby przysłali tu takiego nieudacznika, jak ty?
   - Zaraz ci pokażę, kto jest nieudacznikiem, ty mała, oślizgła... – Thorn wybuchnął długo wstrzymywanym śmiechem, szybkim krokiem przeszedł przez pokój i uściskał mocno drugiego Lorda. – Cholera, dobrze cię widzieć, Grassac, przytyłeś.
   Czarownik za biurkiem również się zaśmiał, spoglądając na dowódcę swojej gwardii, który całe zajście obserwował z coraz większym zdumieniem. – Przytyję, kiedy ty wypiękniejesz,  staruszku. – Tym razem to Thorn się roześmiał. Był dokładnie o dwadzieścia dwa lata młodszy od Grassaca, na którym skóra już wisiała jak na kościotrupie.
   - Więc, co cię tu do mnie naprawdę sprowadza, przyjacielu?
   - A czy ten człowiek – Thorn obrzucił dowódcę gwardii bacznym spojrzeniem – nie ma czasem jakiś  nocnych obowiązków?
   - No tak, rozumiem. Darvil, powiadom proszę Altrissę, żeby przygotowała pokój dla mojego gościa. – Olbrzym skłonił się znów bez słowa i wyszedł. – Jest strasznie małomówny, ale nadaję się na swoje stanowisko jak nikt inny.
   - Taak, miałem już sposobność  poznać innych twoich dowódców.
   - Sprawiali jakieś kłopoty?
   - Nie, ale pewien kapitan, otwierając mi bramę, sprawiał wrażenie, jakby dopiero co wstał od stołu biesiadnego.
   - Ach tak..rozumiem. Widzisz – Grassac gestem zaprosił go, by usiadł naprzeciw. – tutaj dzieje się niewiele, ludzie rozluźniają się na swoich stanowiskach. Przydałby się jeden, niegroźny wypad Stonekinów, wszyscy byliby w stanie gotowości przez co najmniej parę miesięcy. A tak... bezczynność. Moim największym wrogiem, od kiedy zajmuje się tym miastem, jest samo miasto. Nie uwierzysz, ile naglących spraw wymaga codziennie twojej uwagi.
   - Widzę jednak, że sobie radzisz – Thorn wskazał brodą na papiery leżące na biurku.
   - Staram się.
   Na chwilę zapadła cisza, obaj Lordowie zdawali się być pogrążeni w swoich myślach. Starszy gładził jedną rękę drugą, młodszy cicho tupał nogą w wolnym rytmie.
   - Stary kazał mi zbadać sytuację… będę tu w ogóle do czegoś potrzebny?
   - No wiesz, dla kogoś z twoimi talentami… miałbym parę zadań od ręki. – namiestnik wyszczerzył zęby i zaczął wyliczać na palcach. – Po pierwsze, trzeba wyszorować stajnie, konie zaczęły mi składać petycje w tej sprawie od dwóch tygodni. Po drugie…
   - A czy ta wątła świeczka nie przepaliła ci czasem mózgu, kiedy tak namiętnie czytałeś te papiery?
   - No dobrze już, żartowałem. Ty, ogniku, prędzej byś mi wywołał pożar w mieście, a to jest ostatnia rzecz jakiej bym teraz pragnął. Nie, wiesz co? Dam ci ze dwie kompanie ciężkiej piechoty i wyślę cię do zamku Carharrow. Bo widzisz, gdy tylko ser Lahn, tamtejszy pan, dowiedział się, że obejmuje rządy w Lorum, w dyrdy przysłał mi tu emisariusza. Dogadaliśmy się raz dwa, on mi przysyła wcale małe wsparcie finansowe, a ja zapewniam mu ochronę. Ostatni transport był jakiś miesiąc temu, posłałem tam batalion piechoty, najwyższy czas zluzować chłopaków. Tak, tak zrobimy.
   - Mam więc bawić się w przewodnika dla twoich wojaków? Niech będzie. Daleko ten zamek?
   - Odległością się nie martw, to dwa dni marszu, a przecież posuwać się będziesz z tempem piechoty. Nie, na twoim miejscu martwiłbym się tym, ze to na ziemiach Stonekinów.
   - Domyślałem się. Nikt nie próbował go przekonać, ze to nie najlepsze miejsce na siedzibę rodową?
   - Hah, sam próbowałem. Skurczybyk nie chce o tym słyszeć, chociaż chyba zdaje sobie sprawę z zagrożenia, prosił mnie przecież o pomoc. No dobrze, nie kiwaj się już tak sennie, kończę ględzić. Za drzwiami powinna czekać Altrissa, ona się już tobą zajmie.
   - Ładna jest?
   - Ani mi się waż – starszy Lord pogroził mu palcem – zbałamucisz mi dziewczynę i pójdziesz sobie w świat, dziękuje bardzo. A ona mi jest tu potrzebna ze sprawnym umysłem i sercem w jednym kawałku.
   - No dobrze już, dobrze… gdzie mam się jutro zgłosić?
   - Przyślę kogoś po ciebie, idź już. – Grassac machnął mu ręką na pożegnanie i znów pogrążył się w papierach.
   Na korytarzu Thorn natknął się na opartą o ścianę, na oko dwudziestokilkuletnią dziewczynę. Usłyszawszy otwierane drzwi, otworzyła oczy i uśmiechnęła się nieśmiało.
   - Jestem Altrissa, Lordzie – Skłoniła lekko głowę – polecono mi przygotować dla ciebie komnaty. Zechciej pójść za mną. – Zaprowadziła go na wyższe piętro i przystanęła przy któryś z kolei drzwiach. – To tutaj.
   - Dziękuję Altrisso... poczekaj chwilę – dodał szybko, gdy już szykowała się, by odejść. - Martwi mnie nasz namiestnik, wydaje się… zmęczony.
   - Lord Grassac ma wiele pracy, jego obowiązki wyczerpują go. Przybyłeś go wesprzeć, prawda? – zapytała, odgarniając z oczu kruczoczarne włosy.
   - Tak… postaram się. Dziękuje i dobranoc.
   Chwilę potem już leżał w miękkim łóżku na plecach, próbując poukładać to wszystko w głowie. Przeciągnął dłonią po delikatniej kołdrze, wiedząc, że podobnych owoców luksusu nie zazna przez co najmniej dwa dni, o ile ten zameczek Carharrow nie okażę się jakąś dziurą.
Tytuł: Odp: Kuźnia Wojny
Wiadomość wysłana przez: Mortis w Maja 02, 2011, 16:27:05
Obudziły go otwierane drzwi i cichy stukot butów, gdy ktoś przemierzał pokój. Nie ruszał się, nie otwierał oczu, pozwalając innym zmysłom badać otoczenie. Dosłyszał jeszcze szelest odsuwanych zasłon i pokój utonął w słońcu. Przeklinając cicho, przekręcił się na drugi bok, do ściany.
   - Panie, pora wstawać. Lord Grassac polecił mi obudzić cię po wschodzie słońca. – Dziewczęcy głos, Altrissa.
   - Za kogo on się ma… - mruknął Thorn, zmuszając swe ciało do przyjęcia postawy siedzącej.
   - Kazałam dla ciebie przygotować nowe odzienie, ktoś powinien zaraz je przynieść.
   - Już… dajcie mi się obudzić – Lord wystawił nogi z łóżka, odkrywając kołdrę. – Czy możesz…
   - Panie – Altrissa zarumieniła się i natychmiast spuściła oczy. – Ja może zaczekam na zewnątrz. – Wyszła szybkim krokiem. Dopiero po chwili Thorn zorientował się, że jest nagi. Zaklął głośno i dźwignął się na nogi.
   Chwilę później przyszła służka z nowym ubraniem. Zapukała i pomimo jego nagości wręczyła mu odzież, czerwieniąc się i uśmiechając. Powoli wycofała się do drzwi i wyszła, ociągając się najbardziej jak to tylko możliwe. Thorn solennie sobie przyrzekł, że odwiedzi jeszcze ten budynek.
   Przy głównych drzwiach czekał już Grassac w towarzystwie pulchnego młodzieńca ledwie wciskającego się w bogato zdobioną zbroję. Lord był wyraźnie wściekły.
   - A, jesteś wreszcie. Ile można czekać? – burknął zamiast powitania. – Przedstawiam ci Kleona, będzie dowodzić żołnierzami. Bądź tak łaskaw i przygotuj ludzi – zwrócił się do dowódcy.
   Młodzian natychmiast ruszył do drzwi, zatrzymał się w pół kroku i odwrócił się, czerwony na twarzy, zbyt późno salutując. Oddalił się pospiesznie a Thorn wzniósł pytająco brwi.
   - Ach, dobije mnie to kiedyś. Ten kiep dostał dowodzenie, bo ma możnego ojca. Uparł się i już, a jak poparła go reszta tej arystokratycznej śmietanki to już musiałem się zgodzić. Wybacz.
   - Ma jakiekolwiek doświadczenie? – Thorn zmarszczył czoło.
   - Chyba żartujesz. Nie powierzałem mu dotychczas niczego poważnego, z oczywistych powodów, a na pomniejsze zadania jego ojciec krzywi nos i patrzy wymownie w powałę, cholera, jakby każdy dowódca nie zaczynał od czegoś prostego. Nie – Grassac wyprostował się i zaczął mówić niższym , sparodiowanym głosem – mój syn nie zhańbi się patrolowaniem ulic, daj mu jakieś ważne zadanie, sramto to tamto...
   - Może jakoś sobie poradzi…
   - Szczerze wątpię. No, ale chodź, chłopcy pewnie się już niecierpliwią… cholera.
   Na placu przed pałacem zebrały się jakieś dwie setki żołnierzy, którzy tworzyli okropnie nierówną formację. Thorn nie wątpił, że potrafili ustawić się sami, ale najwyraźniej dużą radochę sprawiało im patrzenie, jak młody oficerek wyłazi ze skóry, by dobrze się zaprezentować. Kiedy zeszli po schodach na dół, Kleon był jeszcze bardziej czerwony na twarzy niż podczas ich ostatniego spotkania, wykrzykiwał jakieś rozkazy, o zgrozo, piskliwym głosikiem, w którym przebrzmiewała już chrypka. Thorn mógł już zobaczyć szerokie uśmiechy na twarzach ludzi z pierwszych szeregów i wyszczerzone z uciechy zęby. Grassac odwrócił głowę i starał się nie patrzeć, a młodszy lord spoglądał tylko ponuro.
   W końcu Kleon zorientował się, że przybyli i odwrócił się naprędce, stając na baczność. Co średnio mu wyszło, gdyż miecz zaplątał mu się miedzy nogami podczas obracania się, co zaowocowało nowymi napadami wesołości u żołnierzy, którzy, na widok wyższej szarży, starali się już uspokoić.
   Grassac podszedł powoli do oficera.
   - Spocznij – rzucił, niespecjalnie podnosząc głos. – No dobrze chłopcy, ustawcie się jakoś składnie. – Żołnierze zwarli szeregi i w jeden moment stworzyli równiutką linię. Namiestnik kontynuował. – To jest Thorn, lord ognia. Będzie z wami podróżował i wspierał was przez całą podróż. Nie dowodzi wami formalnie. – tu przerwał i wymownie się skrzywił - Jednak mówię wam, bierzcie sobie do serca jego rady. A teraz, Kleonie, daj rozkaz do wymarszu.
   - Nigdy jeszcze nie jechałem na czele armii – mruknął młodszy lord do starszego. – Sądzisz, że uznają za zbyt protekcjonalne, jeśli przyzwę sobie jakiegoś wierzchowca, hm?
   - Pal licho protekcjonalizm. Jesteś lordem, każdy potencjalny napastnik dwa razy zastanowi się, zanim zaatakuje, widząc lorda idącego na czele wojska. No a lord musi jakoś dać otoczeniu znać, kim jest, nie sądzisz?
   - Coś w tym jest. Ale przyznaj się, sam tak robisz, bo nogi cie bolą od długich marszów.
   - To też. Ale poważnie, uważaj na siebie. To nie jest łatwy teren.
   - Czy nie to samo mówiłeś przed naszą wspólną wyprawą do puszczy Beońskiej? I chyba nie muszę przypominać, kto kogo musiał z niej wyciągać.
   - Z zaskoczenia mnie wzięli… - mruknął Grassac. – No nieważne. Ale ważne jest to, że… wiesz co? Po co ja ci w ogóle to mówię? Żołnierzu, broń do reki i odmaszerować. Za cztery dni widzę cię powrotem i ani mi się waż spóźnić. Moje służące zamartwiałyby się na śmierć. – dodał mrugając.
   Padli sobie w objęcia. Jeden, młody, czarnowłosy i tryskający witalnością oraz drugi, stary, z długimi, siwymi włosami i przygnieciony ciężarem wieku i odpowiedzialności.
Tytuł: Odp: Kuźnia Wojny
Wiadomość wysłana przez: TakiJedenTyp w Maja 11, 2011, 19:37:34
Kwatery mieszkalne Lordów znajdowały się na obrzeżach wewnętrznego kręgu Kuźni, toteż musiał minąć wewnętrzna bramę, którą przekroczył nie nagabywany przez nikogo. Nie było strażników, nie byli potrzebni. Kto miałby odwagę zaatakować Kuźnię?

To po cholerę im mury i bramy?

Każde z nich było wzrostu niskiego mężczyzny, ale było w nich coś zwierzęcego, coś demonicznego. Może to szaroczerwona skóra, może małe rogi na ogolonej czaszce. Wyposażone były w długie, zakrzywione pazury i ostre kły.

Mam nadzieję, że to ironia, bo inaczej te zdania brzmiałyby wręcz komicznie.

Krótko: jestem zmuszony nie zgodzić się z moim przedmówcą, gdyż uważam, że nie należy wszystkiego wykładać jak kawę na ławę. Wcale nie dostrzegam niepoprawności zarówno w rzuceniu bohatera od razu w wir akcji, jak i w tworzeniu dość zwięzłych opisów. Zaznaczam jednak podobnie jak przedmówca, że to moje własne, subiektywne zdanie. Za to zgadzam się, jeżeli chodzi o elementy a la RPG. Mocno psują ogólne wrażenie. Poza tym znalazłem nieco braków przecinków i powtórzeń. Nie będę chamski i pozwolę ci samemu je odnaleźć (: Niestety fabuła nie porwała mnie, dlatego też nie przeczytałem całego opowiadania. Widać także, iż twój słownik jest dość ubogi, to dotyczy głównie synonimów, choć nie tylko. Na niewielką różnorodność chorują również zdania złożone. Wybaczcie, jeżeli ktoś już wcześniej wymieniał to, o czym mówię, ale nie czytałem zbyt dokładnie poprzednich komentarzy.
Tytuł: Odp: Kuźnia Wojny
Wiadomość wysłana przez: Mortis w Maja 17, 2011, 00:17:12
Po co mury i bramy? Pomyślmy. Może dawniej były potrzebne, zanim jeszcze Kuźnia zyskała odpowiednią reputację? Przecież nikt nie będzie ich wyburzał tylko dlatego, że chwilowo nie ma z nich pożytku.
Mógłbyś objaśnić komizm pojawiajacy się w tych zdaniach? Czytałem je nawet kilka razy na głos i nadal nie łapie.

Obecna wersja różni się nieco od tej tutaj, może ją jeszcze wrzucę jutro jak wrócę. Jednak nadal was ciutek nie rozumiem. W sensie to: czerwona szata ognistego lorda niebios (tak, małymi literami. Drobna zmianka, dla ułatwienia w przyszłości). Najpierw mamy kolor, potem rodzaj przedmiotu, funkcję i grupę społeczną właściciela.
Zupełnie jak zielona szarfa administratora spółdzielni. Może i brzmi RPG'owo, ale osobiście nie widzę tu błędu.
Braki przecinków? Jeszcze? Chyba w końcu to pokażę mojej polonistce, bo na trzech różnych forach poznajdowali mi błędy i już myślałem, że to wszystko. Chociaż w sumie, mamy tutaj nieco starszą wersję, fakt. Zdań złożonych staram się unikać, a co do ubogiego słownictwa... jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi. Aczkolwiek powtórzenia się zdarzają, fakt. Chyba naprawdę będe zmuszony wrzucić nowszą wersję (niestety nie mam jej na tym komputerze) bo wychodzę na strasznie prostego człowieka.

Co do fabuły przepraszam, ślimakowato się ciągnie przez ten pierwszy fragment, pełniący głównie funkcję wielkiego wstępu. No i trzeba lubić takie rzeczy :)
Dzięki za komentarz.
Tytuł: Odp: Kuźnia Wojny
Wiadomość wysłana przez: TakiJedenTyp w Maja 18, 2011, 16:32:31
Tam, gdzie upadały, powstawały jaśniejące czerwienią portale, z każdego wyskakiwało kilka stworzeń. Każde z nich było wzrostu niskiego mężczyzny, ale było w nich coś zwierzęcego, coś demonicznego. Może to szaroczerwona skóra, może małe rogi na ogolonej czaszce. Wyposażone były w długie, zakrzywione pazury i ostre kły.

Walnąłeś tu opis demonów, stwierdzając, że "było w nich coś zwierzęcego, coś demonicznego" . Wygląda to tak, jakbyś myślał, że rogate, szaro-czerwonoskóre potwory są na tyle mało demoniczne, że musisz jeszcze tą cechę  podkreślić.

W związku z tym, co napisałem o zasobności języka... zwracam honor. Po przeczytaniu nieco większej części opowiadania doszedłem do wniosku, że twojemu językowi mogę zarzucić tylko to, że nadużywa imion, zamiast zastąpić je jakimiś synonimami. I ewentualnie,jak mówiłeś, trochę powtórzeń typu: aż jego przeciwnicy w Kuźni zapomną o jego niedawnych wyczynach