Forum Tawerny Four Ways

Rozmowy Różne => Wasza twórczość, pasje, hobby, działania => Wątek zaczęty przez: Conrad Shieldcrusher w Maja 21, 2010, 16:43:06

Tytuł: Polowanie na myśliwego by Shieldcrusher
Wiadomość wysłana przez: Conrad Shieldcrusher w Maja 21, 2010, 16:43:06
Czytałem różne wasze historyjki i opowiadania i postanowiłem dodać swoją. Talentu pisarskiego nie mam zbyt dużego (ba! nawet średniego :P), ale postaram się aby było jak najlepiej.
Przejdźmy do rzeczy zatem. Moje opowiadanie nosi tytuł "Polowanie na myśliwego", mam już pomysł i szukam impulsu aby przelać go na papier (czyt. word). Napisałem już pierwszą część opowiadania, którą można uznać za swego rodzaju prolog. Jeżeli się przyjmie to napiszę drugą, a jeżeli nie... cóż trudno. Nie robiłem screenów, gdyż nie wiem czy jest na razie sens się z tym męczyć, a poza tym to nie jest jakieś fotostory :P

P.S Mam trochę problemów z interpunkcją, więc poprawiajcie mnie jkc.


          I   

   Cóż to był za widok. Błękit nieba zdawałoby się zlewał się z turkusem czystego i wiecznego oceanu. Ta cisza, słychać jedynie delikatny szum fal kojący wszelkie umęczone zmysły. Wodę przecina jedynie jeden statek, który nie burzy istoty piękna tej niezmierzonej niebieskiej pustyni, ale wydawałoby się, że wręcz przeciwnie, potęguje ją swoim majestatem okrętu samego w sobie. Nie była to jednak rhodocka galera wojenna, ani nordycki langskip tylko napędzana siłą wiatru zwykła, prosta lecz w swej konstrukcji zdradzająca nieprawdopodobny kunszt i doświadczenie stoczniowców jednostka handlowa.
   Ludzie powiadają, że okręt zadokowano w niewielkiej drewnianej wiosce rybackiej, której nazwy już nikt nie potrafi sobie przypomnieć. Z okrętu wyszedł bogato ubrany chłystek z zawadiackim wąsem, a za nim dwudziestu strażników w czystych i schludnych tabardach, z mieczami przypasanymi dbale do pasa, a twarz skrywana była pod groźną miną. Podszedł on do starego kupca, którego pieczęć na palcu zdradzała Jelkalańskie pochodzenie.
   -Witaj Rymesta, dobrze, że jesteś punktualnie.
   -Masz?-odrzekł podejrzliwie Jelkalanin
   -Hymcarna kydvea!- krzykną uśmiechnięty mężczyzna z wąsikiem.
   Z okrętu wyszło około trzydziestu galerników. Szli boso, mieli na sobie jedynie brudne i porwane spodnie, stopy mieli napuchnięte od wilgoci, a dłonie pocięte linami. Nieśli oni na rękach bele z purpurą i kładli delikatnie na wozy zaprzęgnięte w porządnie wykarmione woły. Karawana była dobrze strzeżona, wszak zamorskie suweniry, a w szczególności purpura stanowiły towar luksusowy w Caladrii i kupcy nie mogli sobie pozwolić na jakikolwiek nieprzyjemny incydent w trakcie transportu. Najemnicy z karawany stali nadzwyczaj równo i grzecznie, co poniektórzy tylko opierali się leniwie oburącz o swoje tarcze, niektórzy powiedzieliby nawet, że najemnikom to do nich daleko i takich to "ze świecą szukać".
       Tutejszy kupiec podszedł do wozu, pomacał materiał, powąchał, uśmiechną się.
   -Jesteś nowy w branży prawda, Troke?- rzekł stary człowiek interesu.
   -To mój pierwszy tego typu transport.
   -Masz rodzinę?
   -Dziewczynę.- odparł lakonicznie Troke.
   -W takim razie, trochę sobie dziewka pobeczy, aż w końcu zapomni.- Rymesta wyją sztylet z cholewy i dźgną młodzika w klatkę piersiową, co było równoznaczne z sygnałem do ataku dla najemników z karawany. Nie spodziewająca się takiego obrotu spraw, przerażona straż okrętowa rozbiegła się momentalnie pokazując tym samym swój brak profesjonalizmu, żołdacy Rymesty przeklinając ich matki obrzucali kamieniami rżąc przy tym prostacko. Chłystek leżał w kałuży własnej krwi, a krwawił mocno, nóż Rymesty trafił go w aortę. Biedak męczył się, wymiotował posoką i wybałuszał oczy na swojego oprawce. Jelkalanin unikał wzroku młodzieńca, z gracją obtarł puginał w kaftan konającego chłopaka i odszedł z pogardą, do swojego wozu. Wystraszeni galernicy podnieśli ręce do góry. Rymesta krzykną im z wozu aby wracali do pracy, jednak oni nie mieli pojęcia co on mówi. Zarzenowany Jelkalanin wykonał w ich kierunku gest ręką. Kusznicy wycelowali w nich, niewolnicy zaczeli krzyczeć, błagać. Brzęk cięciw i syk lecących bełtów przebił na sekundę wszelkie prośby. Po kilku chwilach słychać było tylko ciche kwilenie.
Tytuł: Odp: Polowanie na myśliwego by Shieldcrusher
Wiadomość wysłana przez: Grievous w Maja 21, 2010, 17:04:36
Może jednak miejsce tego opowiadania powinno się znaleźć w offtopicu? Jednak abstrahując od tego to powiem iż jest świetne. Mroczne, ponure i brutalne - ukazuje Calradię jako prawdziwą krainę, a nie jak jakieś sielankowe państewko. Szkoda że jest takie krótkie, jednak dodaje mu to tylko uroku. Czekam na więcej.
Tytuł: Odp: Polowanie na myśliwego by Shieldcrusher
Wiadomość wysłana przez: Gedbard w Maja 21, 2010, 20:11:03
Ja również. Niewiele z opowiadań czytam do końca, lecz do mnie bardzo wciągnęło. Jednak trochę krytyki musi być, aby nie było za miło. Od "w takim razie sobie dziewka pobeczy" czytając kilka razy wracałem i miałem wrażenie, że się gubię. Jednak ocena jest jak najbardziej pozytywna.
Tytuł: Odp: Polowanie na myśliwego by Shieldcrusher
Wiadomość wysłana przez: Conrad Shieldcrusher w Maja 21, 2010, 21:28:21
Widzę na razie dwie pozytywne oceny :) Bardzo mnie to cieszy, naprawdę! :D A co do "W takim razie, trochę sobie dziewka pobeczy" faktycznie trochę zagmatwałem akcję. Chcę abyście wiedzieli, że to opowiadanie pragnę napisać tak, abym sam mógł je przeczytać z przyjemnością i podchodzę do swojego "dzieła" jak najbardziej krytycznym okiem, aby było idealne i lekko bezkrytycznym, aby było nie przesłodzone, nie "dociupciane". Lekki paradoks. Dobra opublikuję już TRZY następne części, łooo!!! Sporo już napisałem i chcę już trochę opublikować.


II

   Desmot ruszył do lasu, tuż za nim biegł Vidon i Helgor. Chwilę potem biegli już łeb w łeb, jakby gonił ich sam diabeł. Nie gonił ich jednak nikt, żołdacy Rymesty zaniechali pościgu, ale oni o tym nie wiedzieli i pędzili dalej. Bez słowa. Zręcznie, jakby płyneli po lesie omijali wszystkie przeszkody jakie w nim znaleźli, jakby urodzili się wśród drzew. Adrenalina jaka pulsowała w ich żyłach nie dała się im zatrzymać. Nagle Desmot poczuł w nodze ogromny ból, upadł na ziemie i spojrzał na swoją nogę, sztywno usadowioną miedzy szczękami wnyków na niedźwiedzia.
   Zaczął krzyczeć i wołać swoich towarzyszy. Helgor udawał, że nie słyszy i biegł dalej. Jedynie Vidon odwrócił się na chwilę, odetchną, popatrzył na Desmota, popatrzył na Helgora, machną ręką i zaczął kontynuować ten morderczy bieg. Desmot krzyczał do swoich towarzyszy, przeklinał ich tak długo, aż zemdlał.

   III
   Obudził się, leżał w samych pantalonach, nogę miał nieestetycznie owiniętą brudnym, lnianym, czerwonym od krwi bandażem. Spojrzał na sufit pokryty sianem, rozejrzał się po pomieszczeniu, zwykła chamska chałupa- pomyślał. Odwrócił głowę i popatrzył na wieśniaka, który na siłę wciskał jego buty na swoje nogi. Wieśniak miał na sobie prosty lniany strój i ścięte "pod garnek" jasne, włosy.
   -Ech. Szkoda, dla Ribada sprzedam- powiedział chłop, po czym odłożył buty w kąt.
   -Ej! Chamie! Kim jesteś? Gdzie ja do cholery jestem? Jak widzisz, bo może ślepyś, mnie na tamten świat nie śpieszno.- krzykną Desmot
   Wieśniak odłożył pospiesznie miecz rannego, który przed chwilą wziął do ręki i odwrócił się ku niemu.
   -To może cię siekierką tam podwiozę, hę? Tylko nie chamie, ty suczy synu. Ja nie wie z jakiego zadupia ty pochodzi, ale tu jest Rhodocja, a nie jakieś zapierdówek dolny z którego się wywodzisz. My tu wolni jesteśmy i nikt nas chamstwem nie zwie... przynajmniej tak mnie się widzi. Przynajmniej tak miłościwy nam panujący gada i basta!
   Desmot milczał.
   -Nie dalej jak przed godziną ja cie z wnyk wyciągnął, a ty mnie tu takie ceregiele odstawiasz. Paczcie wy go, chojrak  popiepszony! Gdyby nie ja, przez rzyć wilczą przemieszany z gównem byś w kawałkach wychodził.
   -Przepraszam dobry człowieku-opamiętał się Desmot-, gdzie ja jestem? Pamiętam, że wpadłem we wnyki, a potem...
   -Noo, u mnie w chałupie jesteś, a skoro miecz przy boku nosisz, a przynajmniej nosiłeś to zapewno znasz obyczaj dworski i chociaż imię mi swe podasz hę? Nie potrafisz chodź kapki manier zachować. Wyprowadź mnie z błędu, mospanie.
   -Desmot. Twoje gospodarzu też dobrym, nie chamskim obyczajem znać powinienem.- odparł ironicznie.
   -Malkolm mi dziano. Skąd jesteście? Napewnoście nie tutejsi, nigdy was tu nie widział. Nawet mi nie wyglądacie jakoby z tego kraju. Jeśli miałbym zgadywać to Vaegir. Tak? Bo wiecie, do żadnego innego mnie nie pasujecie, a ja żadnego Rusa w życiu nie widział, więc żeście najprędzej Vaegir.
   -Zza morza jestem.
   Wieśniak wybałuszył oczy. Nigdy wszak nie widział nikogo zza morza i nie chciał wierzyć słowom strażnika.
   -Taa... zza morza żeście biegli. Pewno i za motylkami co? I aż się do naszego boru zabłądziwszy we wnyki żeś wpadł. Gadaj no!- krzykną gniewnie Malkolm, chwytając za miecz-Gadaj puki Ci życie miłe, albo ci czyraka tym mieczem z bebechów wytnę. Nie gwarantuje, że przeżyjesz operacje! Skąd jesteście!? Zza morza!? Jeszcze ze mnie durnia robi! Ja nie taki głupi na jakiego wyglądam, o!- Wykrzyczał chłop wyraźnie zdenerwowany, trzymając ostrze miecza na gardle rannego.
   -Desmot z ee... Reyvadin jestem. Przepraszam za moje niewysublimowane Vaegirskie poczucie humoru.- odparł Desmot starając się ratować swoją sytuacje.
   Wieśniak podrapał się w głowę, nie wiedział zapewne co oznacza to dziwne słowo- niewysublimowane.
   -Tak ja myślał- powiedział Malkolm z prostackim uśmiechem, chowając miecz z powrotem do pochwy- Ja wiedział, żeś Vaegir. Zawsze ja myślał, że wy trochę obrotniejsi myślowo, trochę bardziej frasobliwi z dowcipem, a to zobacz. Nie. Sam powinieneś się chamem nazwać chamie. Z takim żartem, to cie za to na pal powinni nabić, ale Ty nie stąd, ja rozumiem, masz prawo mieć niewys... Niefysulim... Srał to kusy pies, pokaż nogę- wieśniak odwiną bandaż, Desmot sykną z bólu- uuuu... Bez cyrulika to tu nie ujdzie, mospanie. Trzeba uważać, żeby jaka ganagerenenena się nie wpiepszyła, albo inna bólawica psia jej mać tfu!- spluną.- bo inaczej uuu... ciąć i to przy samej srace.
   -Macie tu u was w wiosce jakiegoś uzdrowiciela, co by z tą nogą coś zrobił?- powiedział Desmot wyraźnie zmartwiony- Mam w planach jeszcze trochę na niej pokuśtykać.
   -Nooo...-Malkolm zrobił dziwaczną minę jakby jego głowę zaprzątało tysiąc myśli- Noo. Jest no we wiosce jedna stara baba co się zna na takich sprawach. Ksiądz mówił, że czarownica, że z biesem się chędorzy,  ale ja to myślę, że takiej starej baby to czort by nawet po pijaku nie brał,  ryzyko jest, a może ci jakiego tam jadu napuści czy innego plugastwa. Z taką babą to nigdy nic nie wiadomo. Mogę Cię zanieść nawet do niej, boś ranny i w ogóle... ale...
   -Ale co?- rzekł Desmot
   -No ale to, że ja myślał, żeś zdychniesz na parce i ja se tego no... Aj nie wadzi się tak mówić tfu, tfu, tfu...
   -No mówże!
   -Aaaa... no Twoja noga w bandażach, buty tobie nie potrzebne. Aj... nie wadzi się tak mówić tfu, tfu, tfu.
   -Weź je sobie. Gdyby nie ty to... jak ty to ująłeś? "Przez wilczą rzyć w kawałkach z gównem zmieszany" bym wychodził. Weź te buty, dobry człowieku jako podziękowanie.
   -Haha -zarżał chamsko Malkolm- to teraz, mospanie zanieść cię do niej?- zapytał się chłop.
   -Jeśli tobie pasuje to można nawet teraz.
   -To jutro z rana. Teraz ludzie we wsi siedzą. Z pola wrócili. Zaraz będą gadać. Rozumiesz mospanie?
   -Rozumiem.

        IV   

   -Hilde! Szybko!- Krzyknął przerażony Malkolm kładąc mocno spoconego, biernego Desmota na łóżko w niewielkim pokoiku- Szybo, Hilde!
   -Czekaj, czekaj -krzyknęła z piwnicy- hmm... mmm...
   Słychać było dreptanie po schodach. Naglę w futrynie ukazała się stara babuleńka, która wydawałoby się, duchem była jak najbardziej młoda.
   -Masz, sok z Sambucus nigra, na kaca. -podała mu gliniany słoiczek.
   -Nie! Nie! O tutaj -chłop wskazał palcem na męczącego się Desmota- o! O! Ja nie wiem co jest! On tak od dziesięciu minut, babko! Szybko, bo nam tu na parce zejdzie! Rób coś!
   -Czarownica, dziwka diabła– babcia usiadła przy strażniku, podniosła mu jedną powiekę, drugą- jak jakiś bolok to od razu do starej Hilde
   -Dobra babko, zaradź coś!- błagał Malkolm.
   -Gorący jak piec kowalski- kobieta dotknęła jego czoła, następnie pospiesznie odwinęła cały przekrwiony bandaż z nogi Desmota- Cholera jasna! Malkolm czym żeś mu tą girę nasmarował!- powiedziała z obrzydzeniem kobieta.
   -No ogierskim ćmalołakiem, jak stary Veronga gadał.
   -ĆMALOŁAKIEM!? Że twoja matka, panie świeć nad jej duszą, darła się dobre dziesięć godzin aby urodzić takiego debila!?
   -Ale cożem ja uczynił babko!? Stary Veronga żył siedemdziesiąt lat i jeszcze w dzień spoczynku mi powiedział tak:

                                                                    Nic tak dla czorta łeba nie podrzyna
                                                                        Jak wypita codzień do dna
                                                                              Końska spierdo...


   -Milcz durniu! -zdenerwowała się babcia- Wypij se jej całą beczkę, aż się udławisz i sczeźniesz ty matole, a wtedy przyznam ci rację, że koński... ćmalołak... rzeczywiście leczy najgorsze choroby. Aaaa... powinnam cię utopić tuż po porodzie jełopie. Lepiej leć prędko po pijawki i Chamomilla...po białe kwiatki leżące na półce.
   Malkolm pobiegł czym prędzej, a babka oglądała nogę Desmota. Strażnik leżał cały spocony, dygotał tylko lekko.
   -Szybko! Zabłądziłeś tam czy co!?
   -Już już proszę- podał babce rośliny i garnuszek z pijawkami.
   Hilde zmiażdżyła kwiatki pospiesznie w moździerzu i wysmarowała przygotowaną papką usta Desmota. Strażnik zaczął wierzgać.
   -Ma drgawki, to dobrze.- powiedziała kobieta trzymając go za ręce- Zdążyłeś w ostatniej chwili idioto.
   Malkolm stał przerażony, słychać było z jego strony tylko cichutki szept, zapewne modlitwę. Desmot uspokoił się i jego głowa padła bezwładnie na poduszkę. Staruszka wzięła garnuszek z robalami i zaczęła układać mu je na skaleczonej nodze.
       
Tytuł: Odp: Polowanie na myśliwego by Shieldcrusher
Wiadomość wysłana przez: Gedbard w Maja 22, 2010, 10:30:45
Robi się coraz ciekawiej :) Oby tak dalej, naprawdę masz talent. "Aaaa... no Twoja noga w bandarzach, buty tobie nie potrzebne. Aj... nie wadzi się tak mówić tfu, tfu, tfu." Popraw na "ż".
Tytuł: Odp: Polowanie na myśliwego by Shieldcrusher
Wiadomość wysłana przez: Grievous w Maja 22, 2010, 13:06:21
Bardzo ładnie wplotłeś do opowieści taki leciutki wątek humorystyczny - wieśniak i jego medykamenty ;) Hmm... Teraz skupiłeś się na strażniku, jestem ciekaw ile jeszcze będzie wątków: mam nadziej iż powrócisz do jeszcze do Rymesta, taka postać zasługuje na większy wpis.   
Tytuł: Odp: Polowanie na myśliwego by Shieldcrusher
Wiadomość wysłana przez: Conrad Shieldcrusher w Maja 22, 2010, 17:07:34
           V

   -Desmoooot! Halo! Deeeesmooot!- Malkolm zaczął szturchać rannego- Deeeesmooot! Hilde? Czy on wyjdzie z tego? To już trzeci dzień jak tak leży.
   -Zostaw go Malkolm, musi on teraz długo wypoczywać- odparła stanowczo Hilde- gdybyś przyniósł go do mnie wcześniej to już teraz obracał by dziewki w tawernie.
   Desmot westchną, otworzył lekko oczy i spojrzał na siedzącego obok chłopa.
   -khu... khuuuurwa- wystękał ranny.
   -Hilde patrz!- krzykną z entuzjazmem Malkolm- otworzył oczy! I nawet coś powiedział!
   -Może coś z niego będzie. Dobrze, że się ockną, przynajmniej nie będę musiała mu teraz wciskać tych ziółek to mordy- odpowiedziała obojętnie babka, podając rannemu jakiś specyfik.
   -Masz jedz- kobieta dała mu zmielone zioła- jedz no! To ci pomoże.
   Desmot wziął lekarstwo do ust i zaczął powoli mielić szczęką.
   -Ale mnie łeb napiepsza.- odpowiedział po chwili.
   -I powinien. Jakby cię nie bolał, to pewno byś u czorta siedział, albo u boga po prawicy, amen. Jeszcze wczoraj miałeś taką gorączkę, że można było smażyć omlety na twoim czole.- uśmiechnęła się Hilde.
   -Moja noga? Będę chodził?- zapytał po chwili Desmot.
   -Chodzić może i będziesz, ale o karierze akrobaty możesz zapomnieć.- Hilde znów się uśmiechnęła.
   -Dziękuje ci, dobra kobieto. Mówią na mnie Desmot.
   -Wiem. Ja nazywam się Hilde, znana jako czarownica- babcia spojrzała z wyrzutem na Malkolma.
   -Długo już tak leże, gospodyni?
   -Noo... ze trzy dni zejdzie.
   Desmot odchylił głowę do tyłu i wziął głęboki oddech.
   -Kim ty tak w ogóle jesteś? Imię znam, a pochodzenie? Czarne włosy, nielicha postura, kozia bródka i taki dziwaczny akcent hmm... Powiedziałabym, żeś Vaegir, bom żadnego jeszcze nie widziała.
   -Taa...- odpowiedział obojętnie strażnik- jestem z Reyvadin- Było to jedyne Vaegirskie miasto jakie znał z nazwy.
   -Tak też żem myślała.
   -Ja to ci od początku gadał, że to Vaegir!- wtrącił się Malkolm.
   -Zamknij się głąbie! A ty, panie Desmocie z Reyvadin idź spać, bo długa kuracja przed tobą, a jak wiadomo najszybciej zdrowieje się we śnie.- odpowiedziała Hilde.
   
   

   VI

   Minęły dwa tygodnie Desmot chodził już o własnych siłach. Całe dnie spędzał na rozmowach z Hilde. Przez ten krótki okres czasu polubili się. Jednak strażnik nie mógł spędzić u niej całego życia, dlatego postanowił wyjechać.
   Wyszedł z chatki na podwórze, owa chatka stała na uboczu, przy lesie. Nie była ona jednak daleko od wioski, gdyż z progu widać było pierwsze zabudowania.
   Ubrany w swój tabard i uszyte przez Hilde łapcie, zarzucił worek na plecy, poprawił miecz przy pasie i ruszył w drogę. Gdy wyszedł zza płot Hilde wyszła z domu i zawołała go.
   -Masz trzymaj- podała mu do ręki czarny mieszek w którym pobrzękiwały monety- weź je.
   -Nie mogę, Hilde- próbował oddać jej mieszek, ale Hilde cofnęła jego rękę.
   -Jestem już stara, nie długo zemrę, a pieniądze do niczego nie są mi potrzebne. Dobry z ciebie człowiek, na pewno nie rozpuścisz ich w karczmie, co najwyżej w bordelu.
   -Dziękuje ci dobra kobieto. Do końca życia nie zapomnę twojej pomocy. Gdyby nie ty...
   -Dobra, dobra, dobra idź już, żegnaj.
   -Do zobaczenia- odparł Desmot poczym odwrócił się i poszedł w stronę gościńca.
   -Zaczekaj- krzyknęła babcia- Wpadnij czasem. Pogadać.
   -Postaram się, Hilde. Do widzenia dobra kobieto.
   Ruszył dalej. Wszedł na gościniec, który ładnie wyglądał o tej porze roku. Kwitł bez i kasztan. Wokół widać było młodą, zieloną trawę i świeże liście na drzewach. Po dwóch godzinach marszu w stronę najbliższego miasta- Jelkali, które wskazywały liczne drogowskazy, dostrzegł karawanę kupiecką i ruszył w jej stronę.
   -Witajcie mości kupcu- machną ręką w geście przywitania Desmot.
   -A witajcie, witajcie. Co wy? Sami tutaj łazicie po gościńcu, trochę to niebezpieczne, nie uważasz, mospanie? Wokół pełno różnych gnojów i skurwieli, którzy tylko czekają, aby wydrzeć porządnym ludziom mieszek z zimnych palców. Skąd mam wiedzieć, że ty nie jesteś jednym z nich?
   -Nie jestem taki głupi, aby samemu atakować uzbrojoną karawanę- odpowiedział Desmot.
   -Lepiej dla ciebie- odrzekł kupiec- przepraszam, byłem może trochę nie grzeczny. Jestem Dimler, a pańska godność?
   -Desmot, przyjmuję przeprosiny. Jedziecie może do miasta dobry panie?
   -A no. Już tydzień w trasie. Wracam do Jelkali. Mam ze sobą Vaegirskie dobra. A poza tym...
   -Tak?- odpowiedział zaciekawiony Desmot.
   -Nie jesteście przypadkiem Vaegirem, bo troche takie rysy twarzy macie ruskie i akcent także.
   -Ehh...- odparł- tak jestem z Reyvadin.
   -O! I to ze stolicy! Mój nos jest jak zawsze nie omylny. Gdzie podróżujecie, samemu, tak daleko od rodzinnych stron? Może was podwieźć, miły panie?
   -Przed siebie, dziękuje chętnie skorzystam z propozycji- odpowiedział Desmot po czym wskoczył na wóz.
Tytuł: Odp: Polowanie na myśliwego by Shieldcrusher
Wiadomość wysłana przez: SirSalvadin w Maja 22, 2010, 19:01:37
Szczerze mówiąc pobudziłeś mą wyobraźnie :) Bardzo dobrze Ci idzie :)
Tytuł: Odp: Polowanie na myśliwego by Shieldcrusher
Wiadomość wysłana przez: Conrad Shieldcrusher w Maja 30, 2010, 17:56:15
        VII

   Świta. Na horyzoncie widać już było wynurzające się z pod ziemi słońce. Karawana stała w ciszy w wąwozie przy gościńcu, gdzieniegdzie widać było tlący się, wręcz dogasający ogień, i słychać było ciche szepty. Strażnicy, w większości spali na ziemi, tylko niektórzy, w pełnym rynsztunku dreptali powolutku, nudno po obozie.
   Desmot nie spał. Leżał oparty o furę i rozmyślał o wielu rzeczach, o domu do którego nie wróci, o swojej ucieczce, o Helgorze i Vidonie, ale jego głowę głównie zaprzątało to, co będzie robić dalej, jaki los jest mu pisany.
   Jego refleksje i pozorny sen przerwał syk lecących strzał. Chodzący po obozie żołdacy, momentalnie dobyli rogów zza pazuch i poczęli w nie trąbić. Nie musieli, gdyż kilka strzał musiało trafić, i śpiących strażników obudziły jęki rannych i konających. Szybko, w samych koszulach i gaciach chwycili za wbite w ziemię pawęże i ustawili się pomiędzy wozami w żółwia. Błoga cisza została przerwana. Strażnicy krzyczeli na siebie i wydawali rozkazy, woły rzuciły się do ucieczki, rycząc przy tym niemiłosiernie i tratując wiele Vaegirskich dóbr. Dimler, pod ostrzałem, prędko wbiegł w formacje. Desmot, szybko wczołgał się pod wóz. Strzały leciały z góry wąwozu, gościniec miał wolny, mógł próbować ucieczki, ale nie zrobił tego. Siedział cicho, wystraszony, i obserwował. Strzały wciąż świdrowały powietrze lotkami. Strzelców było widać, strzelali z krzaków, z góry wąwozu. Prawie nienaruszona formacja strażników okręcała się w koło, przyjmując nowe dawki strzał na tarcze. Żółw w który się zebrali, przypominał już bardziej jeża, cały, równomiernie pokryty pociskami.
Żołdacy śpiewali, darli się melodycznie w niezrozumiałym dla Desmota dialekcie. Śpiewali, aby uspokoić nerwy, wygonić stres ze swoich ciał. Nagle ostrzał został przerwany, przerwała się także piosenka. Pole obozu wyglądało jak pobojowisko, ale wiadomo było, że to jest dopiero początek. Żołdacy, korzystając z okazji ruszyli pospiesznie żółwiem w stronę najbliższego wozu z uzbrojeniem. Chwycili za pierwszy lepszy oręż i rozluźnili lekko formacje. Nagle słychać było tupot końskich kopyt, coraz bardziej głośny. Wśród żołdaków znowu nastał gwar jak na jarmarku, ale wydawałoby się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że wszyscy znają swoje miejsce. Desmot leżący pod furą był pod wrażeniem wyszkolenia najemników. Nieźle uzbrojona kawaleria bandytów szarżowała, spuściła włócznie w nadziei, że żołnierze rozbiegną się ze strachu bez walki. Nie mieli pojęcia jak się mylili. Żołdacy, którzy chwycili bronie drzewcowe zręcznie ściągali bandytów z ich koni, a żołnierze z bronią krótką z niesamowitą precyzją pawężami łamali koniom nogi. Przerażeni bandyci rzucili się do odwrotu. W tej samej chwili poszła salwa z łuków, mordując wielu strażników, ale też kilku bandytów. Dimler wiszczał jak kobieta, ponieważ strzała, która przebiła mu przedramię wbiła się także w deskę wozu. Nogi, z bólu odmawiały mu posłuszeństwa toteż dosłownie wisiał on na strzale, która kawałek po kawałku rozrywała mu mięśnie pod jego własnym ciężarem. Najemnicy walczyli już nie o karawanę, ale o własne życie. Kawaleria bandytów ponowiła atak. Ruszyli na formację, przed chwilą uformowaną przez straż. Desmot nie wiedział co robić. Wiedział jednak, że jeżeli zostanie pod wozem, bandyci i tak go znajdą i zabiją. Desmot bał się śmierci, ale bardziej bał się, że bandyci znajdą jakiś wyrafinowany sposób do pomszczenia swoich towarzyszy jakąś okropną metodą. Bał się straszliwie, ale przypomniał sobie o swojej pierwszej ucieczce, że postąpił jak tchórz, że zamiast walczyć wystawił się na pośmiewisko. Decyzja, którą za chwilę podejmie może zaważyć o jego życiu lub śmierci. Desmot wypełznął z pod wozu, chwycił za leżący nieopodal oszczep i cisnął nim w nadjeżdżającego bandytę. Nie myślał o tym, że zabił człowieka, nie myślał o niczym, działał instynktownie jak zwierze, adrenalina robiła swoje. Wyrwał z rąk martwego wojownika tarczę i pobiegł w stronę formacji. Nie było czasu na zaplanowane działania. Bandyci pomimo, iż byli lepiej opancerzeni rozbijali się raz za razem o wydawałoby się motłoch w samych gaciach, tylko z bronią. Nagle ataki ustały. Zdziwieni i przestraszni bandyci ustawili się na wprost strażniczego szyku. Przed nich wyjechał człowiek na pstrokatym koniu. Na sobie miał kolczugę, dobre skórzane buty, a za pasem przypięty łuk refleksyjny, strzały i długi miecz bękarci, włosy jego jasne jak pszenica, przepasane były skórzaną opaską, twarz nadzwyczaj gładka, zbyt ładna, przecięta świeżą jeszcze blizną na lewym policzku. Wyglądali jak wataha wilków, ich wódz wzbudzał w nich strach i jednocześnie ogromny szacunek. Bandyta na pstrokatym koniu jeździł przy szyku swoich kamratów. Patrzył się swoimi niebieskimi, spokojnymi oczyma w oczy strażników. W końcu skiną ręką, a zza szyku bandytów wyjechał inny człowiek, twarz miał skrytą pod brudnymi czarnymi włosami, a na sobie miał czerwoną czystą koszulę, nie nosił miecza, zza pasa dyndały mu się kule kiścienia. Podjechał on do swojego towarzysza, a ten wykonał jakieś dziwne ruchy rękoma. Czarnowłosy człowiek powiedział w końcu niechętnie:
   - E! Wy tam! Jestem Vengardo, a ten młodzieniec to Gresko Myśliwy -wskazał na młodzieńca, wśród strażników rozległy się szepty- dmuchacz waszych żonek, morderca waszych dzieci i złodziej waszych pieniędzy, a przynajmniej tak o nim gadają w miastach. Niestety szlachetne, po łokieć upaprane w gnoju, ramie sprawiedliwości waszego miłościwie wam panującego kurwa jego mać króla, kazało go oniemieć, dlatego to ja będę mówić za tego oto człowieka. A co mówię to zaraz wam powiem.- Młodzieniec nachylił się nad Vengardo i wykonał kolejne dziwne ruchy dłońmi.
   - Gresko prawi tak: ubierzecie się w coś normalnego, żeby dupami we wsiach nie świecić- wśród bandytów rozległ się gromki śmiech- potem spakujecie wasze żywoty do kieszeni i spiepszycie gdzie pieprz rośnie, do tych waszych zaśmiardłych wiosek. Przystajecie?- Powiedział Vengardo.
   - Niech cie pies zapnie, ty zasrany gnoju- rozległ się przeraźliwy krzyk. Przy wozie siedział trzęsący się, blady jak mleko Dimler, trzymając się kurczowo zakrwawionej ręki z olbrzymią, cieknącą raną na przedramieniu- niech cie trąd strawi gówniarzu, niech cie...
   - Zamknij mordę!- przerwał Vengardo- zabierajcie go do siebie panowie żołnierze, bo przysięgam bogu, zejdę z konia i przypierdolę butem w ten krzywy ryj!
   Jeden z żołnierzy rozkazał dwóm swoim towarzyszom, aby podnieśli kupca i przynieśli za formacje. Dimler wyszedł jednak przed szereg i krzyknął:
   - Chodź no! Zasrańcu! Wszytko mi zabrałeś, a o życiu zapomniałeś?! No śmiało, bierz!
   - Nie z tobą gadamy tylko z panami strażnikami wydrwigroszu! Ty koleżko zostaniesz! Zbyt drogi jesteś żywy.
   Dimler splunął, odwrócił się, chwycił zdrową ręką za leżący na ziemi toporek i pobiegł samotnie w stronę bandytów, żaden ze strażników go nie zatrzymywał. Gresko wyciągnął łuk i trafił kupca w brzuch. Dimler zgiął się w pół, zaklął i upadł martwy.
   -To jak będzie panowie rycerze? Ubijem targu?- rzekł Vengardo.
   W szeregu najemników rozległy się niezrozumiałe szepty w dialekcie Rhodockim, którego Desmot nie rozumiał. Jeden z żołdaków, spuścił tarczę, poprawił gacie i wyszedł przed szereg.
   - Dacie nam, jeno opierunek i broń naszą zachować, a pójdziem sobie w cholerę- odpowiedział strażnik z lekko wiejskim akcentem.
   - Niema dobrze!- odrzekł bandyta- tylko żywot i ciuchy. To wszystko co weźmiecie.
   Wśród strażników znów rozległy się niezrozumiałe szepty.
   - Dajcie się nam zastanowić trochę- odpowiedział żołnierz.
   - Sranie tam! Teraz decyzja, albo utłucz...
   Myśliwy chwycił go za ramię i pokiwał głową.
   - Dobra -krzykną Vengardo- ale nie długo, bo...
   Najemnicy zebrali się w koło i poczęli dyskutować, dalej w tym samym dialekcie, nie zwracając uwagi na milczącego Desmota. Po kilku minutach zakrzyknęli jednogłośnie w geście zrozumienia, gdy nagle jeden z żołnierzy spojrzał na Desmota i rzekł:
   - A co wy sądzicie, panie Vaegir?- Zapytał strażnik.
   Desmot spojrzał tylko na wschodzące słońce i odpowiedział obojętnie
   - Nic nie sądzę, róbcie co chcecie.
   - Dobra -uśmiechną się gorzko żołdak- postanowione zatem. Zabieramy się stąd!
   Ten sam żołnierz co poprzednio wyszedł przed szereg i krzyknął:
   - Po jednego miecza na każdego. I sto denarów też na łeb, albo zdychniem zabierając paru z was za sobą przy okazji!
   - Ja tu stawiam warunki!- krzyknął wściekły Vengardo- albo życie, albo śmierć i nic więcej! To wy, a nie my stąpacie po cienkim lodzie. My i tak zdobędziemy to co chcemy. Większymi czy mniejszymi środkami!
   Gresko chwycił go za ramię i wykonał kilka gestów rękoma. Vengardo wściekły pokiwał głową, ale jego dezaprobata spotkała się z ciosem z otwartej ręki w twarz od swojego przywódcy. Tłumacz pokiwał głową, a Myśliwy wykonał kilka chaotycznych ruchów lewą ręką.
   - Niech was cholera bierze, żołdaki śmierdzące! Dobra, niech wam będzie! Kurwasz wasza mać! Cholera! Sto denarów na łba!? Toż to rozbój w biały dzień!- krzyknął bandyta.

Postanowiłem pisać dalej. Ta część jest kiepska, bardzo kiepska. Ostatnio jest strasznie gorąco i cała wena chyba wyparowała mi z bani razem z wodą.

         VII- ciąg dalszy

Gresko zeskoczył zwinnie ze swojego białego rumaka, sekundę po nim ze swojego konia zszedł Vengardo, odwrócił się do swoich towarzyszy, rozciągnął się jak kot i krzyknął:
   - Co się tak gapicie!? Do roboty śmierdziele!
   Konni zeskoczyli ze swoich koni, a łucznicy ześlizgnęli się z góry wąwozu. Zaczęli przeciągać wozy, łatać worki, przeglądać i przymierzać uzbrojenie.
   Najemnicy ustawili się w kolejce do wściekłego Vengarda, który wydawał każdemu żołdakowi obiecany mieszek z monetami. Desmot postanowił skorzystać z okazji i wzbogacić się o sto denarów. Kolejka dłużyła się niemiłosiernie. Vengardo klną brzydko, a Najemnicy kłócili się o swoje dole. Desmot czuł się dziwnie. Widział krzątających się ludzi, rozmawiali ze sobą, śmiali się, kłócili, niektórzy nawet jedli i pili. Niby nic w tym dziwnego pomijając to, że wszystko działo się wśród okropnego morza krwi, uciętych kończyn, flaków i okaleczonych ciał. Wszyscy Ci ludzie zachowywali się, jakby to było normalne- pomyślał Desmot. Nawet najemnicy zamiast załadować ciała na pusty wóz, pogrzebać swoich towarzyszy, woleli stać przed Vengardo i kłócić się o pieniądze. Dziwny kraj. Desmot przechadzał się wzrokiem po obozie, zobaczył martwego Dimlera, który dalej miał otwarte oczy, ujrzał też Gresko, który podszedł do martwego kupca, wyciągnął z jego brzucha strzałę, przetarł o nogawkę, wsadził z powrotem do kołczanu i odszedł obojętnie. Odszedł nie jak od człowieka, którego zabił. Odszedł jak od tarczy strzeleckiej, nad którą z pewnością spędził wiele ciężkich godzin.
   Nadszedł czas na Desmota. Vengardo wyjął z olbrzymiego worka garść złotych monet, położył na wagę, cały czas mamrocząc coś pod nosem, sięgnął z powrotem do wora, potrząsnął dłonią tak aby wypadła niewielka ilość złotych monet. Rozciągnął kawałek skóry na stole i położył nań monety, zwinął skórę na kształt woreczka, zawiązał go rzemykiem i podał bez słowa dla Desmota.
   Desmot odszedł z kolejki i ruszył w stronę wozu z uzbrojeniem, ponieważ wypatrzył tam kilka egzemplarzy ciekawej, solidnej i porządnej broni. Były tam różnego rodzaju nadziaki, piki, włócznie, toporki, kilka rodzajów mieczy. Leżał tam między innymi piękny, długi miecz dwuręczny, oraz elegancki jednoręczny miecz ze zdobieniami. Desmot wziął do ręki jednoręczny miecz, pomachał nim trochę i odłożył z powrotem na wóz. Skrócił tylko swój pas, na którym wisiał jego stary miecz, o jedną dziurkę.
   Był już poranek, słońce było już w miarę wysoko na niebie. W powietrzu było już czuć gryzący zapach palonych zwłok, które bandyci postanowili posprzątać. Widok zasłaniały spore kłęby szarego dymu. Desmot ruszył w stronę Jelkali. Odszedł może na pięćdziesiąt kroków od obozu, kiedy poczuł klepnięcie w ramię, odwrócił się i zobaczył dwóch najemników. Jeden z nich powiedział:
   - Do Jelkali idziecie, panie? Ee!?
   - A no idę,- odpowiedział Demot.
   - No my też idziem ku tem- uśmiechnął się człowiek- pozwoli się pan Vaegir, że się przedstawię- Wojownik podał rękę- jestem Bern, a na tego człowieka za mną mówią Herz.- drugi człowiek wyciągną rękę, którą Desmot uścisnął.
   Wszyscy trzej ruszyli gościńcem w stronę Jelkali.
   - Czemuście tacy weseli? Straciliście całe oporządzenie, a dostaliście tylko marne sto denarów. Opłacało się? Nie rozumiem.
   - Myślisz, że zbroje należały do nas?- zaśmiał się Herz- Człowieku, żeby kupić dobrą kolczugę musiałbym sprzedać pół wioski. Wszystko należało do tego Demlera, Dumlera czy jak mu tam.
   Nastała chwilowa cisza.
   - Źle się stało, że zabrali wszystek pancerze- powiedział Bern- uzbroją się gady, a jak wiadomo bandyci to plaga tych ziem. Ostatnio bardzo źle się dzieje. Zazwyczaj było tak: Hrabia zleciał dla oficjera jakiego, aby utłukł skurwieli... Ale co z tego, skoro miesiąc nie mija, a tu kolejne żebraki, obiboki i skurwysyny się zbierają i układają komando. Teraz też by tak było, że Hrabia uzbraja luda i idzie na nich, ale teraz to nie wiem co się dzieje. Ze kilka tygodni mnie tu nie było.
   - Może umarł?- wtrącił Herz- w końcu stary dziad był z niego.
   - A może i mu się umarło, ja tam nie wiem- odpowiedział Bern.
Tytuł: Odp: Polowanie na myśliwego by Shieldcrusher
Wiadomość wysłana przez: Gedbard w Maja 30, 2010, 18:40:03
Cholera ! Robi się coraz ciekawiej... Naprawdę, czytam twoje opowiadanie z wielką przyjemnością. Nie było jeszcze takiego na tym forum. Życzę ci jeszcze więcej "weny".
A może powinieneś pomyśleć o karierze pisarza ?