Forum Tawerny Four Ways
Rozmowy Różne => Sesje RPG => Archiwum Sesji RPG => Wątek zaczęty przez: Francysh w Stycznia 19, 2010, 01:55:45
-
Najpierw zasady:
1. Ja jestem arbitrem i w 99% mam racje.
2. Wszelką mechanikę załatwiamy na pw a komentarze zamieszczamy w odpowiednim temacie
3. Nie piszemy jednolinjkowców!!!
4. Piszemy w osobie pierwszej, jaki czas czy teraźniejszy czy przeszły wisi mnie to
5. NIE BÓJCIE SIĘ TWORZYĆ ŚWIATA! To jest tak samo wasza gra jak i moja. Chcesz iść do karczmy? Prosze bardzo tylko ją ładnie opisz i byle w klimacie ^^
6. Bawimy się dobrze
Gracze:
Bale
PŻ: 17
Pozostałe PŻ: 12/17
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Czempion Tzeetha
PŻ: 15
Pozostałe PŻ: 8/15
PM: N/d
Aktualnie walczy z:
Balwrather
PŻ: 18
Pozostałe PŻ: 18
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Krizz
PŻ: 14
Pozostałe PŻ: 7/14
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Thoren
PŻ: 18
Pozostałe PŻ: 18
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Siegfried
PŻ: 14
Pozostałe PŻ: 9/14
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Karlan
PŻ: 14
Pozostałe PŻ: 14
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Ragnar
PŻ: 18
Pozostałe PŻ: 18
PM: N/D
Aktualnie walczy z:
Uwaga sesja jest brutalna i zawiera wulgaryzmy
Oblężenie twierdzy Stadthauer
Było cicho...za cicho. Cisza taka jest naturalna dla spokojnej równiny ale nie dla armii szykującej się do ataku na twierdze... W objęciach ciemności ogromna, demoniczna,krwawa armia szykowała się do oblężenia...w zupełnej ciszy. Żaden demon ani człowiek nie wydawał z siebie dźwięku tylko z jakąś zaciekłością i złośliwością wykonywał przydzielone mu zadania. Nad obozowiskiem wielotysięcznej armii szykującej uderzenie na twierdze unosił się zapach uryny, potu, siarki, pieczonego mięsa i czegoś jeszcze....Czegoś nie uchwytnego...Śmierci? Gdyby jakiś szpieg przeszedł przez obóz zobaczyłby jak palą się stosy z świniami, kurczakami i ludźmi nabitymi na rożen. Zobaczyłby jak w okręgu walczy dwóch berserkerów Khorna. Zobaczyłby jak Krwiopuszcz wgryza się z lubością w coś co było kiedyś trzyletnim dzieckiem. A gdyby poszedłby w stronę namiotów dowodzenia zobaczyłby jak wielki wojownik z twarzą zniekształconą bliznami, chaosem i rogami wyrastającymi z czaszki, uderza toporem w stół i krzyczy coś w stronę zgarbionego czarnoksiężnika który przykryty czarnym płaszczem ukrywał swoją twarz w cieniu kaptura. Ach cóż on krzyczał? Zaraz chyba idzie odróżnić słowa...
- CZY TY OSZALAŁEŚ SUDABAHALU?! - wyryczał głosem bardziej podobnym do wycia demona niż ludzkim
- Spokojnie Kul...jesteś wybrańcem Bogów ale pamiętaj kto Ci pomagał....- wysyczał czarnoksiężnik spod kaptura
- Sudabahalu....jeżeli podprowadzę moją armię pod bramę prawdopodobnie wybiją nas z murów jak psy! Mówisz, żebym Ci zaufał...jaką masz pewność, że Twój człowiek nas nie zawiedzie?! bez otworzenia bram jesteśmy martwi! I nawet sam Khorn nam nie pomoże!
- Nie zawiedzie... Bogowie są z nami..z Tobą! Ty jesteś potężny Asaval Kul! Ta twierdza padnie i otworzy nam drogę na niebroniony Altdorf! Uwierz we mnie...
Wojownik odwrócił się i wpatrzył w punkt na ziemi między swoimi nogami. Długo, oj długo się zastanawiał co zrobić po czym szeptem rzekł do czarnoksiężnika.
- Rób co uważasz za słuszne... - Kiedy się odwrócił...Go już nie było. Taak, takie rzeczy mógłby usłyszeć i zobaczyć szpieg....Mógłby... Gdyby właśnie nie był przybity włócznią jednego z czempionów Nurgla i w ostatnich chwilach nie przeklinał swojej głupoty, że nie został karczmarzem.
***
Daleko na horyzoncie, w ciemnościach, wśród mgiełki pojawiły się sylwetki trzech jeźdźców. Wyglądali niemal identycznie, każdy z płaczesz i spiczastym kapeluszem i każdy z czymś niedobrym w oczach. Jeden jadący w środku, spojrzał na broniące się miasto znad okrągłych okularów, gwizdnął pod nosem z podziwem i zacisnął usta. Po długim milczeniu przemówił.
- Każdy wie co robić...Każdy zna swoje obowiązki...Ruszamy pojedynczo przez boczną bramę... - Urwał i spojrzał na blondyna który znajdował się po jego prawej stronie. Blondyn wpatrywał się w horyzont po czym nagle poczuł spojrzenie rzucane mu znad okularów. Odwrócił się w stronę towarzysza, poprawił gestem ręki długie blond włosy i skrzyżował z nim spojrzenia. Jego intensywne niebieskie oczy wdawały się prześwietlać łowce na wylot. Po chwili walki na spojrzenia uśmiechnął się do jeźdźca, ale na Bogów jego uśmiech mógł się śnić po nocach w najgorszych koszmarach. Okularnik wykrzywił wąską twarz i rzekł cichym głosem.
- Ty pierwszy...
Blondyn uderzył konia ostrogami i zniknął w odmętach mroku nocy. Okularnik odwrócił się do drugiego towarzysza. Miał on twarz bez emocji, jakby wykutą z kamienia, długie czarne włosy i bliznę na lewym policzku jak po cięciu.
- Wiem.. - szepnął do okularnika i pojechał w mrok, w tym samym kierunku w którym zniknął blondyn. Jedyny pozostały jeździec poczekał chwilę odmawiając po cichu modlitwę do Sigmara po czym galopem ruszył w kierunku bocznej bramy...
***
- Ja pierdoleeeeee!! Jak mi się nie chce! Polej gorzałki lepiej Manferd!
- Miałeś opowiedzieć co Cię dziś na warcie spotkało Sigter!
- Ano miałem! Więc słuchaj, stoję ja sobie przy bocznej bramie i wyczekuje tych...pfu...chaotów co by jakiego na halabardę nabić a tu się pojawia jakiś blondyn, kurwa Twoja mać, na koniu i chce wjechać do miasta!
- I co wpuściłeś go?
- Manferd...nie śmiej się ale jak się uśmiechnął to o mało co się nie posrałem.... Jak babcie laczkiem...
- Trza go było halabardą dziabnąć! Głupiś jak but Manfred! A jak chaocki szpieg?!
- A nie! Bo miał glejta, że niby jest łowcą czarownic kurwa Twoja mać.
- Łowca czarownic?! Tutaj?! Jeszcze nam tylko syfilisu brakowało!
- Ale nieeee....najlepsze dopiero przed nami! Myślę, sobie no dobra przepuścił ja jednego choć będzie spokój na mieście! Ale tu nawet dwa kichnięcia nie miną jak pojawia się drugi jeździec i zgadnij, kurwa twoja mać, kto?!
- Nie....
- Tak, też łowca! Ten po prawdzie glejta nie miał ale wymierzył we mnie z pistoletu tom się o mało nie posrał drugi raz...Jedyny wielki Sigmar mnie uchronił przed utraceniem łba.
- Dwóch łowców...no ładne rzeczy....
- Trzech!
- Jak to trzech?!?!
- Ciszej, na Sigmara chcesz żeby nas jakaś menda klasztora przyłapała, że na Inkwizycje psioczymy? Trzech no bo ledwo com doszedł do siebie przyjeżdża trzeci w okularkach i mówi, że glejt ma tom nawet nie sprawdzał bo od razu widać, ze łowca.
- Niesamowite...
- Eh..mówię Ci...Prędzej nas łowcy przydybią niż mury padną...Polej lepiej, w końcu jutro może nas już nie być...
***
Dzielnica biedoty, położona przy zachodnim murze, płonęła. I bynajmniej z powodu strzały chaosu czy kuli z katapulty. Kapłani Sigmara sami ją podpalili. Zaraza. Prawdopodobnie podłożona przez wyznawców Nurgla. Przez pogorzelisko dziarsko maszerowała kompania krasnoludów. Ustawieni po dwóch, wesoło szli podśpiewując sobie wyjątkowo plugawą piosenkę o dziewicy i dwóch kundlach. Przy każdym wersie który zawierał pikantniejszy kawałek, śmiali się w niebogłosy jakby nie zdając sobie sprawy z unicestwienia dzielnicy. Przechodząc przez barykadę ustawioną między dzielnicą biedoty a mieszczaństwa pokazywali stacjonującym tam zbrojnym figi lub opuszczali spodnie i z pośladkami na wierzchu oddawali głośno gazy. I tak podśpiewując i ciesząc się z okazji bitwy mijali domy, stragany, paleniska, minęli nawet stos z kobietą nad którym kapłan jak opętany wykrzykiwał do tłumu, że zdrajcy ludzi zostaną potępieni nie zwracając uwagi na krzyki kobiety. Byli jedyną wesołą rzeczą w tym całym kotle rozpaczy. W końcu przewodzący krasnolud którego twarz była niekończącym się pokazem szram i blizn wzniósł bogato zdobiony młot i kompania zatrzymała się przed drzwiami wielkiego klasztoru ku chwale Sigmara usytuowanego w środku oblężonego miasta. Drzwi od klasztoru otworzyły się z hukiem i wyszedł całkiem krzepki starzec oraz przestraszony młodzieniec w czarnych szatach adepta. Starzec uśmiechnął się do kompani ciepło i spojrzał na wszystkich swoimi wyblakłymi oczyma. Patrzył długo a jego szeroka dobrotliwa twarz wydawała się słać uśmiech do każdego z osobna.
- Witajcie moje dzieci! - krzyknął basowym głosem który nie pasował do ust człowieka już sędziwego.
- Jakie Twoje dzieci! Mógłbym być Twoim ojcem ale mnie pies na schodach wyprzedził! - krzyknął jakiś oburzony głos z głębi formacji. Niemal wszystkie krasnoludy ryknęły śmiechem. Niemal...Tylko stojący na przedzie krasnolud z mozaika blizn nie uczynił żadnego gestu. Kapłan na chwile zbladł po czym powrócił do swojego starego wyglądu dobrotliwego ojca.
- Czcigodne krasnoludy! - zaczął raz jeszcze - Ja brat przeor klasztoru Sigmara rad jestem powitać was gorąco w tym ciężkim dla nas czasie! Chciałbym przeto zamienić słowo z waszym dowódcą jest tu takowy?
Krasnolud idący na przedzie wyszedł krok naprzód w dźwięczeniu swej kolczugi i uderzył trzonkiem młota o ziemie.
- 6 regiment królewski melduje gotowość bojową, me imię Balwrather!
- Witaj me imię Witold, jak rozumiem wysłał was kapitan Gunter do mnie...hm..hm....Jako, że ja przyjezdnym miejsca obrony daje wy krasnoludy wspieracie bramę. Możecie się rozejść a Ty czcigodny Balwratherze proszę zabierz dwóch swoich najlepszych wojowników i chodź ze mną... - powiedział przeor po czym zniknął w głębi klasztoru razem ze swoim uczniem. Balwrather odwrócił się do reszty
- Krasnoludy! Rozejść się! Jutro skoro świt widzę was przy bramie! Dziwek nie chędożyć i nie pić za dużo! Thoren! Ragnar! Wy idziecie ze mną!
- rzekł a z masy rozchodzących się krasnoludów wyszło dwóch wyjątkowo odznaczających się. Pierwszy nazwany Thorenem z czarnymi włosami i ponurą twarzą wyszedł obciągając czarny stój pod kolczugą zaś drugi, Ragnar, miał szalenie rude włosy i brodę. Trzech najlepszych młotodzierżców...
***
Tymczasem daleko, w zamkowych podziemiach, w pałacowych lochach, przebywał niezwykły gość. W małej celi bez okien siedział pewien kształt. Tłusty strażnik więzienny poszedł do krat i uderzył w nie kluczami.
- Żyjesz kurwi synu? Mam nadzieje, że żyjesz...Jutro dostarczysz nam hecy nie ma co! Wkoło bitwa a Ty na środku, jako stos, jako sztandar upadku chaosu. Słyszysz kurwi synu? Słyszysz? Wezmę sobie Twoją zbroje żeby do niej lać! Słyszysz?!
Kształt poruszył się i nagle urósł. Z mroków celi wyszedł berserker Khorna, wielki, odziany nadal w zbroję, emanujący złem. Na każdym naramienniku miał nabite czaszki, na pewno ludzie ale zbyt małe aby były dorosłego człowieka. Strażnik cofnął się i na jego pucowatej twarzy pojawił się grymas strachu. Berserker chwycił swoimi rękawicami obciągniętymi ludzką skórą kraty i zbliżył twarz zakutą w hełm do światła.
- Nazywasz mnie kurwim synem...? Chcesz mojej zbroi...? To chodź...prze trące Ci kark jak tamtemu tuzinowi który próbował ją ze mnie zdjąć...
- z niej wyskoczysz....Tak mówił przeor Witold!- powiedział strażnik zlęknionym tonem...Berserker zaśmiał się po cichu..
- Obiecuje Ci...zanim spłonę na stosie...przeżuję jeszcze Twój mózg... - rzekł złowieszczym tonem po czym znów zaszył się w mrok celi by rozmyślać nad życiem . Strażnik coś jeszcze przeklął pod nosem po czym wrócił do swoich spraw i obchodu po lochach. Berserker myślał w jak głębokim gównie się znalazł i dlaczego Khorne go opuścił. Rozmyślałby dalej gdyby nie szept który poderwał go na nogi.
- Baleeeee.....
-
- Kto to, do cholery?
Hmm..., Czemu teraz milczysz. Ach, jaki piękny był ten głos, przepełniony złem niczym sam Khorn. Cóż ja bym oddał aby dopaść tych skurwysynów, którzy mnie zdradzili. Sam nieraz w poprzednim życiu zdradzałem kompanów, ale kurwa ja to co innego!! Najpierw jednak chętnie rozłupałbym łeb temu spaślakowi - o takie malutkie życzenie.
Podchodzę do kraty i stwierdzam : Do usranej śmierci mogę próbować ją wyważyć, a tak nie dam rady. Ale nie mam zamiaru spłonąć na placu jak jakaś szmata ku uciesze gawiedzi.
- Baleeee.....
- Kurwa mać!! Pokaż się wreszcie!! Bo utłukę cię jak psa!!
- Baleeee mój drogi Chaos jest w tobie silny skoro grozisz samemu Khornowi, hahahahaha.....
- Panie wybacz, nie poznałem Ciebie.
Padłem na kolana przed ciemnością z której wydobywał się głos.
- Jesteś częścią wielkiego planu, twoje uwiezienie to jego cześć. Lecz niedługo będziesz mógł zaspokoić pragnienie zemsty.
- Ale w jaki sposób panie, jestem tu uwięziony niczym jeleń w wilczym dole!!
- Pociągnij za kratę i sław imię Bogów Chaosu!!
Ciemność momentalnie zniknęła, ale krata zdawała się być słabsza. Podszedłem do niej i zasadziłem jej siarczystego kopniaka. Padła niczym kłoda drewna.
- Taakkkk spaślaku!! Nadchodzę!! HAHAHAHA!!
-
Drzwi od karczmy otworzyły się nagle. W przejściu stanął wysoki, dobrze zbudowany szatyn. Rozejrzał się po gwarnej sali, która nagle zamarła zauważając jego obecność. Nikt nie ważył się powiedzieć ani słowa, każdy zaczął się przyglądać pokrytej słomą podłodze. Mężczyzna wszedł na środek karczmy, dzwoniąc ostrogami, przyjrzał się, znad swych okularów, dokładnie każdej twarzy jakby chciał ją dobrze zapamiętać. Tak naprawdę szukał skazy, nie zwykłej zmiany skórnej jak po ospie. Nie, to nie to, skaza której szukał była piętnem chaosu. Nie zauważywszy nic niepokojącego rozsiadł się na ławie w rogu gospody, aby mieć na wszystko oko na wszystkich, zarówno siedzących jak i wchodzących. Usiadł i czekał. Karczma powoli zaczęła napełniać się głosami.
-
Przeor zniknął w brzydkiej i wybudowanej najpewniej przez pijanego i wychędożonego przez psa architekta . Okna za małe i wszystko kanciaste , aż się niektórym krasnoludom rzygać się chciało . Ale cóż kurwa przecież to dzielnica biedoty pomyślałem . Klasztor nie lepszy niż całe miasto , chociaż widziałem ładne budowle w tym dosyć solidne murowane mury . Poprawiłem brązową brodę i kolczugę , cholera schudłem !
- Ha przy bramie ! To ci dopiero nowina ! Kurwa jak zwykle wysyłają nas gdzie będzie najgoręcej, chociaż mi to akurat pasuję . Na psa urok ! Pierdoleni ludzie , zawsze tam wysyłają nieludzi bo nie chcą narażać tyłków . Jeszcze do tego zaraza , ja pierdolę . Najlepsze jest to , że u nas na pogrzebach jest weselej, a stypa to przy tym święto ! Jedyny plus to chaos za murami , nie ma to jak porządna bitwa ! Ciekawi mnie co od nas chce ten przeor , jak myślisz dowódco i ty Ragnarze ?
-
Słyszę jakieś kroki - Czyżby to ten gruby skurwiel?! Grrrrr.... nie mogę się doczekać, aby rozłupać mu czachę. Zaraz, chwila - nie jestem jeszcze do końca przesiąknięty Chaosem, nadal przejawiam ludzką kalkulację zysków i strat. Zamiast rzucić się na niego i wyżreć jego parszywy mózg, ogłuszę go, dowiem się gdzie jest moja broń i wypuszczę więźniów. Skrywam się za gzymsem uprzednio gasząc pochodnię na ścianie. Strażnik przechodzi obok mnie nie spodziewając się niczego - Łapię za gardło i podduszam, a następnie rzucam klucze do najbliższej zajętej przez "lokatorów"
- Psy zwracam was wolność, ale musicie wypuścić resztę więźniów!!
- O tak, tak panie, jak sobie życzysz.
Chuderlak z wielką gorączkowością zabrał się do realizowania mojej woli. Hmmm... mógłby być z niego niezły kultysta. Ale dość tych popierdolonych myśli!! Skurwysyny mnie zdradziły, a ja mam werbować im zwolenników?! Ni chuja!! Czuje jak przepełnia mnie gniew na samą myśl o tych podłych zdrajcach - krew zaraz rozsadzi moją głowę, chyba że się na czymś wyżyję..... Mój grubasek!! Łapię potężnym chwytem za jego jaja i ściskam je nie całej siły, czuję jak ma dłoń powoli zaciska się pieść. Strażnik drze się wniebogłosy, ale jego okrzyk staję się coraz bardziej piskliwy.
- No kochany zanim zakończę twe męki musisz mi powiedzieć gdzie są moje piękne topory. Radzę abyś szybko wyznał mi prawdę bo inaczej doświadczysz prawdziwych tortur.
Zauważyłem że otoczyła mnie zbieranina uwolnionych uprzednio więźniów.
- Daj go nam! Daj go nam!
Durne psy! Myślą że oddam im moją ofiarę!
- Milczeć!! Kiedy grubas zdradzi mi położenie zbrojowni napadniemy na straż i każdy będzie mógł wyżreć flaki swojemu oprawcy!
Hmm.. Stoją jak zamurowani, analizują moje słowa. Ale widzę że ma propozycja trafiła na podatny grunt - są zepsuci do szpiku kości. Takkk, o to chodziło - moje opanowanie i roztropność były tylko narzędziem w rękach Chaosu. Czuje jak przenika mnie coraz bardziej i mocniej!!
- Spaślaku czekam na odpowiedź!!
Po tych słowach oderwałem mu prawe ucho.
-
(Balwrather)
- Ha, kurwa, ten człowiek na tak nieroztropnego nie wygląda, by trzech młotodzierżców wziąć do pomocy w obieraniu kartofli. - Splunąłem sobie pod nogi. - Wokół wszędzie zabawa, a jeśli mnie weźmie na wykończenie jednego, pies go trącał, chaota, to go kułakiem wyćwiczę, choćby mnie miał Sigmar ukarać! Nie po to król, niech żyje tysiąc lat, nas tu przysłał, byśmy kuchennymi pierdółkami się zajmowali. No cóż, miejmy nadzieję, że znajdą tam miejsce a bynajmniej nie odpoczynek ni spoczynek nasze młoty. - Mówiąc to, byłem ciągle spokojny, nie emocjonowałem się, przyzwyczajony do krwi i pożogi - jak każdy krasnoludzki woj. A przynajmniej ich większość, która już coś takiego widziała. Rzuciłem przelotne spojrzenie na nader paskudny budyneczek przede mną. Architekt spierdolił robotę, widać człowiek, co się na kamieniach nie zna... Gdyby jednak z setka brodatych przeżyła w tej mieścinie z rok, może dwa... Ponownie splunąłem na ziemię, przestając myśleć o takiej durnej sprawie, co mnie tam obchodzi jakaś katedra, Sigmara można wszędzie chwalić.
- To co, chłopaki, nie ma co dup wietrzyć przy kupie, zobaczym, co też tam wymyślono. - I to rzekłszy, wkroczyłem do klasztoru, nucąc kolejne wersy piosenki o dziewicy i dwóch kundlach.
-
- Dobrze prawisz Bal, chodźmy zobaczyć co od nas chce ten staruch. - mówiąc to ruszyłem za Balwratherem.
Kurwa ci ludzie to potrafią jednak wszystko spierdolić. - mruknąłem do swoich towarzyszy. Nawet porządnego klasztoru im się nie chciało wybudować. Ale cóż , w końcu nie dziś wiadomo, że nic nie może się równać z krasnoludzką architektura . - popatrzyłem na miny towarzyszy - w pełni podzielali mój pogląd.
Weszliśmy do wnętrza Klasztoru. W środku panował półmrok. Nad sufitem wisiała wielka makieta dwuogoniastej komety , jednego z symboli Imperium i Sigmara. W środku nie było widać wiernych i zewsząd ogarniała nas pustka. Wbrew pozorom świątynia nie była taka mała jak mogłoby się wydawać.
Mało obchodziło mnie to, co miał nam do powiedzenia przeor. Moje myśli wciąż krążyły wokół zbliżającej się bitwy. Nie mogłem się doczekać chwili, kiedy znów zmiażdżę parę plugawych zielonych czaszek. Pamiętałem również o powierzonym mi zadaniu i miałem świadomość, że nie mogę zawieść króla.
-
-To trzeba mieć psie szczęście... - mruknąłem pod nosem poprawiając pas z zaciśniętymi za nim dwoma skałkowymi pistoletami. Przecie trzy dni nie minęły jak tą ladacznicę na stosie żem w łono Sigmara odprawił, a tu znów brodzę w gównie tego miasta. - dodałem w myślach. Jak ja kocham tą kurwią robotę! - dodałem krzywiąc mordę w uśmiechu.
Trzeba zacząć węszyć bo z gadania nic jeszcze pożytecznego nie wyszło, a czym prędzej bluźnierczy pies krwi upuści tym prędzej nowego zajęcie podjąć się będę mógł. - przeleciało mi w myślach. Przerzuciłem płaszcz na prawą stronę i kierowany instynktem skierowałem konia w dół ulicy.
- Hmm... - zamruczałem uśmiechając się pod nosem widząc lęk w oczach wieśniaków, którzy tylko mnie widząc wzrok spuszczali, do domu czym prędzej nogi za pas brali i okiennice zamykali na trzy spusty.
- Tak, tak... Bójcie się świnie bo nie wiem co wolelibyście spotkać na swej drodze. Mnie, czy jakiegoś wyznawcę Khorna... których tuziny u mych stóp sczezły. - dodałem patrząc z politowaniem na tych kurwielców, których przecie mam chronić. Ciekawe gdzie ta dwójka psich synów polazła, co się ze mną do tej dziury wlokła? - pomyślałem o pozostałych łowcach, których ostatni raz za bramą widziałem. Nie zwracając więcej uwagi na strachliwych mieszkańców ruszyłem w dzielnicę gdzie mogłem się czegoś dowiedzieć... do slumsów...
-
*Młody inkwizytor kroczył ulicą. Zataczał stopami szerokie półokręgi. Gwizdał pod nosem wesołą melodyjkę. Poruszał się tak wolno, iż wszyscy mieszkańcy miasta będący w pobliżu dawno już zdąrzyli się pochować. Hah! Czy ci ludzie nie mają za grosz poczucia humoru? Nigdy nie śmieją się z moich żartów!. Łowca uśmiechnął się pod nosem. Szaleńczo wręcz, jak wiariat, psychopata lub człowiek opętany. Zerknął na prawo. Zerknął na lewo. Aaa... Nudzi mi się trochę. Może zrobię coś wesołego? Hmmm... Chyba odwiedzę ten domeczek po prawej. Na pewno zaproszą do środka zmęczonego wędrowca.. Podszedł do w miarę solidnego, drewnianego domostwa. Zapukał do drzwi. Na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech. Oczy mu błysnęły. *
-
Bale
Strażnik kwiknął jak zarzynany wieprz i jakimś nadludzkim wysiłkiem strącił chaota z siebie. Odturlał się na bok i oparł plecami o ścianę. Dyszał ciężko, chwytając się za miejsce gdzie kiedyś znajdowało się ucho. Spojrzał po wszystkich zgromadzonych więźniach. Tyle chaosu...Sigmar go nagrodzi. Zaśmiał się dziwnie zmodulowanym głosem i spojrzał z nienawiścią na Bale.
- Wracaj do swoich mrocznych Bogów i do swojej matki kurwy... - powiedział przez zaciśnięte z bólu zęby i za pleców wyjął małą kulkę. Na pierwszy rzut oka wydawała się zwykłą kulą, jednak dopiero po chwili wszyscy zrozumieli...Bomba prochowa...z lontem który zaraz się wypali...
Siegfried
Cisza w karczmie po wejściu łowcy była już tylko wspomnieniem. Zwyczajny gwar wypełniał calutką karczmę, wesołe śmiechy i śpiewy jakby zaprzeczały oblężeniu i powszechnej apatii. Jedna rzecz tylko psuła ten cały sielankowy widok. Pierdolony łowca czarownic. Każdy rzucał w jego stronę złe spojrzenia i wykrzywiał twarz w złowieszczym grymasie sięgając do broni. Jedyna osoba która zdawała się nie zauważać wejścia tego osobnika był wielki, gruby karczmarz. Ustawił on na swoim wielkim brzuchu kufel który zaciekle polerował brudną szmatą. Podniósł nagle swoją wielką, łysą, spasłą twarz i rzucił sponad sześciu podbródków zdanie w stronę łowcy, które chyba nawet chaoci w swoich obozach słyszeli.
- PANIE MĄDRY! KUPUJESZ PAN COŚ?! - po czym dodał przyjemniejszym tonem - Piwa, wina, rumu, plotek?
Krizz
Długo odpowiadała tylko cisza, już łowca miał iść w innym kierunku kiedy drzwi otworzył mu młoda kobieta z butelką wina w ręce. Była urocza, miała wyjątkowo kobiece kształty, powabną twarz, długie czarne loki, pełne usta i była pijana. Oparła się ciężko o drzwi i rzuciła spojrzenie swoimi ciemnymi oczami w stronę łowcy. Nie okazał starchu tylko parsknęła śmiechem i pociągnęła łyk z gwinta.
- Ooo...pan łowca, chcesz mnie pan spalić? - zaśmiała się drwiąco - A może najpierw zgwałcić a potem spalić ku chwale Sigmara? - machnęła lekceważąco ręką, odsunęła się na bok kłaniający się w pas - Zapraszam więc do siebie czym chata bogata. Wróżka Sybilla zaprasza, pana kata - wybuchnęła znowu śmiechem po czym odeszła w mrok mieszkania kusząco kołysząc biodrami.
Karlan
Jadąc mrocznymi uliczkami, cuchnącymi gównem i szczyniami, łowca myślał o swoich sprawach, o sprawach które przerastają mniemanie prostego człowieka. Jadąc tak zauważył nagle halabardę wycelowaną w jego pierś. Przed nim stał młody zbrojny, na oko miał 20 - 25 lat, czarne krótkie włosy, bystre niebieskie oczy i blizne przecinającą jego twarz w poprzek. Za nim stała barykada oddzielająca slumsy od mieszczaństwa. Tuzin zbrojnych pilnował przejścia.
- Czego tu szuka? Nie widzi, że palimy? - Powiedział i skinął głową w stronę slumsów. Faktycznie cała dzielnica biedoty stałą w ogniu, trawiona przez świętą wole samego Sigmara. Młodzieniec spojrzał jeszcze raz w stronę łowcy nie rozpoznając widocznie jego profesji. - Niech się odwróci i spierdala. To nie była groźba, tylko dobra rada. Palimy dzielnice bidoty, bo zaraza jest, psia jucha. Jak chce niech jedzie jak ma jakiegoś glejta ale ostrzegam, że jak plamę jaką zobaczymy to zakłujemy jak kundla.
Balwrather, Ragnar, Thoren
Krasnoludy szły długo, gubiąc się w gąszczu korytarzy klasztornych mijając cele zakonników którzy przy otwartych drzwiach albo modlili się do Sigmara albo umartwiali ciało w jego imię, za przewodnika zaś służył im tylko skrawek szaty przeora ginący za zakrętem . Jeden przypadek szczególnie rozbawił drużynę, zakonnik rozebrany do pasa uderzał się biczem po kroczu wykrzykując hymny ku chwale Sigmara i prosząc o rychłe zwycięstwo. W końcu stanęli przed komnatą przeora która stała dla nich otworem. Była to surowo urządzona komnata zakonnika. Stół, materiały do pisania, bibloteczka, łóżko, jedno krzesło i młot bojowy, którego obuch był czarny jak węgiel zawieszony na ścianie...Przepiękny młot...Prawdopodobnie robota krasnoludów. Witold spojrzał na towarzyszącego mu ciągle młodego blondyna obciętego na giermka w czarnej szacie i skinął mu głową. Adept ukłonił się w pas po czym wyszedł zamykając za sobą drzwi, zostawiając w komnacie krasnoludy i kapłana. Przeor ciężko zajął miejsce przy stole i długo milczał zasłaniając oczy dłonią. W końcu odjął dłoń od twarzy i spojrzał na młotodzierżców. Jego oczy zmieniły się, już nie był dobrotliwym ojczulkiem który resztę swoich dni dożywa na śpiewaniu psalmów, teraz czuć było od niego bitwie. W tych oczach o kolorze wyblakłego błękitu widać było jakąś niezwykłą siłę, grozę, śmierć...
- Więc moje drogie dzieci - powiedział basem, jednak jakże innym niż przed chwilą. Bas ten wykrzykiwał komendy wojskowe, bas ten klął na ludzi, bas ten rozkazywał zabijać. Nikt nie odważyłby się oburzyć na stwierdzenie ,,moje dzieci" - mam do was gorącą prośbę...jak widzicie miasto tonie w apatii i sodomii. Tylko my kapłani Sigamara stoimy naprzeciwko szaleństwu ludzi... Ciężko, oj ciężko w tych czasach zaufać komukolwiek. Ale ja wam ufam. I mam o was prośbę, a zauważcie, że nie rozkazuję. Nasz.. - tu się skrzywił - Głownodowodzący... kapitan von Dussenrin, jest bezużytecznym wieprzem. CO to za dowódca który swą chwałę nie zdobywa na polu walki lecz na salonach żrąc jak wieprz? Tak, tak człowiek ten bitwy nigdy na oczy nie widział i zamiast stać z sercem pełnym wiary wśród obrońców siedzi w twierdzy i tylko patrzy jakby tu czmychnąć. Ehhh...moje dzieci...Gdyby go nie było...Władze w obronie przejąłby najwyższy dostojnik w mieście. W tym wypadku ja. Nie uwierzycie ale on i jego dwóch kuzynów chodzą codziennie do bordelu zamiast zajmować się obroną! Dobrze, że Imperator chodź kazał mnie rozstawiać wojska a nie temu wieprzowi. Widzicie, bo tak sobie myślałem...on i jego kuzyni...gdyby tak...przypadkiem jakiś wielki głaz spadł im na głowy...? No wiecie urwana dachówka albo coś...Nie wiem czy rozumiecie o co mi chodzi...
-
Co za lump... Na dodatek ślepy. - przeleciało mi przez myśli patrząc na stojącego przede mną i przed barykadą której pilnuje strażnika.
- Kto palić kazał i dlaczego? - rzuciłem patrząc "bohaterowi" prosto w oczy.
- Nie wasza sprawa! Odjedź! Nikt wstempa ni ma! - odrzekł cały czas kierując ostrze halabardy w moją pierś. Noż co za kurwielec! Nawet kroku nie zdąży zrobić, a jego ręka przeturla się w tym gównie upuszczając halabardę. Czy ten kmieć pierdolony myśli, że szabla jest dla ozdoby jak ta jego halabarda? - pomyślałem patrząc na udającego twardego strażnika. Odrzuciłem w tym samym czasie płaszcz tak, aby odsłonić wiszącą u mego pasa szablę oraz dwa zaciśnięte pistolety. Może teraz zobaczy obwieś jeden? Jak nie to krew się przeleje... - dodałem w myślach.
- Tyś dowódca? Jeśli nie to spieprzaj z drogi pókim dobry! - rzuciłem przez zęby. - Aaa... I żadnych głupich ruchów radzę nie robić bo skoroś ślepy to możesz jeszcze sobie krzywdę to halabardą poczynić. - dodałem szybko.
- Ja nie... - odezwał się.
- Nie ma "nie" psi chuju! Masz rodzinę? Żonę? Bachory w domu? - dodałem wcinając mu się w pół zdania. - Jeśli tak to lepiej odsuń dupe bo dwa razy powtarzać nie będę. Skoroś zakonu nie poznajesz to może dla rozrywki wypruję ci flaki przez dupe po kawałeczku, a konającego nabiję na pal i spalę na stosie? Każdego można o herezję przeciw prawom Sigmara oskarżyć... a uwierz mi, że przyjemność mi sprawisz bo od trzech dni z okładem przyjemności egzekucji prawa Sigmara nie miałem sposobności... Wybieraj więc? - dodałem niemal sycząc przez zaciśnięte zęby i mimowolnie oparłem prawą dłoń na rękojeści szabli, a lewą w odległości dającej strzał z jednego z pistoletów dosłownie w ułamku sekundy. Czekałem tak sekundę na to co zrobi...
-
*Po około dwóch godzinach opuściłem domostwo kobiety, dyskretnie oblizując przy tym opuszki palców. Na moim licu widniał jakiś tajemniczy, mroczny uśmiech. Rozejrzałem się, wciągnąłem trochę świeżego powietrza, po czym skierowałem się czym prędzej w stronę klasztoru. Nasunąłem sobie kapelusz na czoło, chcąc ukryć swą szaleńczo uśmiechniętą twarz i począłem przemykać z dużą prędkością, wręcz biec pochylony do przodu licznymi ciasnymi zaułkami. Długi płaszcz trzepotał za mną nadając mi wyglądu zjawy, czy to upiora. Moje stopy poruszały się szybko i bezszelestnie, jak gdybym lewitował nad ziemią. Prawą ręką przytrzymywałem rondo kapelusza.
-
Cholera!! Jak mogłem nie zauważyć iż miał bombę!! Z jednego gówna w drugie. Teraz pozostaje mi tylko spierdalanie ile sił w nogach - roztrącam stojących mi na drodze kretynów, gapienie się na bombę nie ocali wam życia. Dokąd biec? Przecież nie znam tych lochów! Nie mam teraz czasu na myślenie - biegnę do przodu, nie oglądam się za siebie. Już słyszę ten huk i wrzask konających debili. Jakie te jebane lochy są długie - czuję ogromny ból w płucach, a nie widzę żadnego miejsca gdzie mógłbym się schronić! Cóż tam widać w oddali? Drzwi! Och... Uratowany! Nie myślę co za nimi spotkam - najważniejsze do zdarzyć przed podmuchem ognia. Wpadam z impetem do pomieszczenia rozwalając uprzednio przegniłe i niezaryglowane drzwi. Resztki drzwi przewracają jakiegoś strażnika - muszę znaleźć broń! Zaraz czyżby na ścianie wisiały.... Tak to moje kochane topory!! Chwytam je czym prędzej, strażnik wstaje szybko na nogi - w jego oczach dostrzegam strach i zarazem wściekłość. Jest skoncentrowany i milczący.
Przyjmuje postawę bojową i krzyczę:
- Już jesteś martwy skurwysynie!!
Po tych słowach rzucam się na niego z całą zaciekłością.
-
Że co kurwa ??!! Czy ten Witold , czy jak go tam zwą wypił za dużo wina mszalnego ?! - pomyślałem
- Rozumiem lecz najwyraźniej przeor pomylił naszą profesję . Ja rozumiem kurwa , że te skurwysyny nie bronią miasta i tylko chodzą do burdelu , ale to już nie nasza brożka . My jesteśmy młotodzierżcami , nie jakimiś pierdolonymi zabójcami co będą zrzucać dachówkę na jakiś idiotów a potem lać na ich ciała . Potem wina będzie na nas pewnie , czy szanowny przeor weźmie za to odpowiedzialność jak to zrobimy ? Widzę że z pana przeora wykształcony człek co widzę po opasłych tomiskach nie tylko na temat religii . Ja rozumiem , że trzeba dowódcy co ma jaja na właściwym miejscu , lecz my do bitwy stworzeni . Takie jest moje zdanie , lecz nie do mnie w tej chwili decyzja należy .
Spojrzałem pytająco na Balwrathera , czekając na jego odpowiedź i dodałem w myślach :
Jak kurwa będę musiał skakać po domach jak jakiś kurwa elf czy kurwa urządzać zasadzkę na tych sukinsynów to Ja pierdolę, . Tfu !! Na psa urok !!
-
Stałem przez dłuższą chwilę w milczeniu, patrząc na zakonnika z jak najbardziej spokojną twarzą. Zerknąłem na towarzyszy, a potem wlepiłem wzrok w starca. Powoli podniosłem lewą rękę i, nie zdejmując zdobionego hełmu z nosalem, który nie zasłaniał żadnej blizny, dotknąłem szramy biegnącej od lewej dolnej powieki do prawego czubka wargi z przerwą nieco szerszą niż nosal - nosił wtedy widać inny hełm.
- Widzisz tę szramę? Od usranej śmierci orka, który mi ją zrobił, nigdy nie zabiłem kogo w nieuczciwej walce. Kurwa, co ja gadam, nigdy nikogo nie zabiłem w nieuczciwej walce, chyba, że na moją niekorzyść. I nie zamierzam zmieniać do mojej usranej śmierci. Uważaj, panie kapłan, bo dla każdego normalnego krasnoluda prośba o coś takiego jest nie dość, że skazą na honorze proszącego, to jeszcze proszonego, bo to jakby oskarżyć go o skrytobójstwo. Już lepiej by było, gdybyś nas wezwał do kartoflanej roboty czy na zabicie jakiego chaota, pies ich wszystkich trącał, a tak widzę, że najbardziej interesującą rzeczą w tym budynku są obite jaja jakiegoś modłownika czy jakkolwiek się to, kurwa, mówiło. Dziwię się wam, ludziom, takiego zamiłowania do cichych rozwiązań, w czas, gdy sam Sigmar zapewne by to potępił i opierdolił pomysłodawcę. Poza tym, jak mądrze rzekł Thoren, nasza rasa jest do zwykłej bitki stworzona. Panie drogi, masz od chuja adeptów, wyślij jednego z nich i niech ku chwale Sigmara zapierdoli kogoś dachówką!
Po wypowiedzeniu słów nadal patrzyłem w jego oczy, oczekując reakcji przeora.
-
- Piwa - odpowiedziałem - ale nie tego sikacza, które trzymasz dla biedaków, o nie. Poprosiłbym o wino, ale wątpię że w takiej spelunie jak ta było by wino godne prawdziwego smakosza.
To powiedziawszy rozsiadłem się wygodniej kładąc nogi na stole, rzeźbiąc ostrogami nowe rowki na porysowanym stole. Ostentacyjnie wysunąłem delikatnie szable z jaszczura. Bywało i tak że wściekli chłopi rzucali się na łowcę świadomi swojej przewagi. fakt że było to zwykle po procesie inkwizycyjnym nie zmienia stanu rzeczy.
- A do piwa dorzucisz garść informacji. Tylko ważnych, nie interesują mnie wasze chędożone problemy. Mnie interesują fakty. A towarzystwu jak coś nie pasuje proponuje zmienić lokal. - Powiedziałem głośniej z delikatną nutką wzgardy pomieszanej z groźba i tak jakby zaczepką.
-
Ragnar
Przysłuchiwałem się uważnie rozmowie i milczeniu gładziłem ręką swą długa, rudą brodę spoglądając to na kapłana, to na towarzyszy czy też na wiszący na ścianie młot. Niewątpliwie solidna krasnoludzka robota, rękojeść wykonana z wielką precyzją, obuch też niczego sobie hmm... Szkoda tylko że zdobi ścianę takiego szmaciarza- pomyślałem. Gdy Balwrather skończył przemawiać raz jeszcze rzuciłem kapłanowi nienawistne spojrzenie i zabrałem głos:
- Oj Witek, Witek myślałem że masz trochę więcej oleju w tej twojej ludzkiej główce. Masz szczęście że jesteśmy dzisiaj w dobrych humorach, bo dam sobie brodę uciąć, że nie jeden krasnolud dałby ci teraz posmakować trochę swego młota. - powiedziałem z pogardą patrząc mu w oczy
-Dobra chłopaki chyba nic tu po nas, - rzuciłem zbierając się do wyjścia - Chyba że szanowny przeor ma dla nas kolejną propozycje "nie do odrzucenia" - dodałem ironicznie, - Nie? Już nic przeor nie wymyśli ?... Tak myślałem - mruknąłem i widząc zaskoczoną minę kapłana i ruszyłem powoli w stronę drzwi
-
Bale & Czempion Tzeentha
Strażnik zareagował z nadzwyczajną zwinnością, w oka mgnieniu odskoczył w bok przekładając ciężar ciała na drugą nogę. Chaot nie zdołał wyhamować impetu z jakim rzucił się na podobno bezbronną ofiarę i z hukiem uderzył w ścianę. Nieco ogłuszony hukiem wewnątrz pancerza, usiadł ciężko na ziemi. Strażnik ośmielony chwilą słabością wyznawcy Khorna spróbował ataku. Uderzył mieczem, znad głowy, silnie, oburącz. Kompletnie bezskutecznie. Miecz ześlizgnął się wśród iskier po pancerzu nie wyrządzając krzywdy berserkerowi. Ten nieco już pobudzony bez przygotowania rzucił się na lecy i próbował ściąć toporem strażnika z nóg, tnąc płasko na wysokości kostek. Strażnik z elfią wręcz zwinnością podskoczył w powietrze i wylądował na pancerzu wroga przygniatając go ostatecznie do ziemi. Ostrym czubkiem miecza starał się wyszukać miejsce które wolne było od chaosowego pancerza. nagle za jego plecami hukło, a sekundę później strażnik rzygnął krwią na hełm Bale i zwalił się bez czucia na jego pierś. Berserker zrzucił truchło z siebie i spojrzał z niedowierzaniem na tył jego czaszki. Cały tył głowy był zmasakrowany jakby ktoś zmiażdżył ją obuchem. Berserker szybko podniósł wzrok i zobaczył okutego w karmazynowy, płytowy pancerz wojownika z tarczą który w swej pancernej dłoni trzymał okrwawiony kiścień z trzema głowicami. Obok niego stał czarnoksiężnik chowający swą twarz pod kapturem. Opierał on się ciężko na lasce, dysząc jak pies.
- Kurwi synu...ważysz swoje....w tej...zbroi... - Odetchnął głęboko starając się przywrócić, normalny oddech. Kiedy mu się to wreszcie udało stanął pewniej i zwrócił spojrzenie w kierunku Bale. Wprawdzie oczu nie było widać spod kaptura ale Bale czuł palące znamię chaosu na jego skórze - Masz szczęście i łaskę mrocznych bóstw! Oto sam Asaval Kul, pan armii oblegającej to miasto i czempion Bogów wysyła Ci pomoc. Razem dokonacie tego czego chcą Bogowie. I dobrze wam radzę nie spierdolcie sprawy bo nawet nie wiecie ile mnie kosztowało wysiłku przeniesienie tego tu wielkoluda. Wracam, niech Bogowie będą z wami - powiedział po czym znikł zostawiając czempionów samych.
Siegfried
Towarzystwo mruknęło zdenerwowane, jeden z mieszczan wstał nawet, wyciągając pistolet skałkowy z kabury, ale szybko usiadł pod miażdżącym wzrokiem karczmarza. Karczmarz zacmokał i podrapał się po łysej głowie.
- SEREEEEEEEEEENAAAAAAA! Przynieś wino ale nie to z piwniczki tylko z półeczki!I w podskokach! - wrzasnął swoim głosem którym można by było burzyć mury. Z zaplecza wyskoczyła młoda dziewczyna może czternastoletnia z jasnym warkoczem do pasa. Szybko położyła wino na stole i uciekła z powrotem na zaplecze jakby brzydząc się towarzystwa karczmiennego. Karczmarz chwycił butelkę i przeturlał swe wielkie cielsko przez przejście między izbą a barem. W szybkich jak na swą tuszę krokach podszedł do łowcy i jednym gestem swej dłoni wielkości patelni strącił mu nogi ze stołu.
- Kultura jako taka musi kurwa być! - skwitował i zasiadł obok niego. Ława na której siedzieli niebezpiecznie zatrzeszczała ale wytrzymała ciężar. karczmarz położył wino na stole i spojrzał z uśmiechem na łowce.
- A zdziwisz się bo mam dobre wino. Wprawdzie nie wiem co to ale przywoził je zawsze długouch co to karawaną jeździł przez o miasto. Nie boję się Ciebie swe już odsłużyłem w armii, nawet kiedyś w regimencie miałem łowce. Dziarski chłop był! Szkoda, że skończył rozszarpany przez Skavenów oj szkoda.... W każdym razie jak widać potem przybyłem tu założyłem karczmę i zadbałem o siebie. - poklepał się z uśmiechem po wielkim brzuchu - A Ty paniczyku co byś chciał wiedzieć? Bo skoro sam łowca odwiedza oblężone miasto znaczy, że coś większego się kroi!
Krizz
Nikt nie zwrócił uwagi na szaleńczo uśmiechającego się Łowce. Każdy zajęty był swymi sprawami. Łowca nie myślał też o o innych małostkach. Jego umysł wypełniały chwile spędzone w tamtym domu. Chwile wywołujące mroczny uśmiech....Za mroczny aby były to przyjemne chwile... Jedna rzecz w końcu wyrwała go z rozmyślań. Wielki stos usypany po lewej stronie klasztoru. Młody kapłan, widocznie dopiero po święceniach, nie do końca potrafił zapanować nad tłumem. Krzyczał coś łamiącym się głosem o Sigmarze i jego woli, próbując przekrzyczeć skazańca który z nienawistnym uśmiechem rzucał klątwy w imieniu Nurgla na wszystkich zebranych. Nagi starzec, którego wychudłe ciało było pokryte wrzodami wrzeszczał jak opętany obrzucając przekleństwami tłum i śliniąc się na swą obfitą brodę. Kat nieco bezradnie stał z boku z pochodnią i patrzył na kapłana błagalnym wzrokiem. Taka chałtura...
Karlan
Zbrojny nieco pobladł ale w końcu przystawił halabardę tak blisko piersi łowcy, że aż czuć było jej szpikulec na piersi. Sprzeczka skończyła by się rozlewem krwi gdyby nie spokojny, znudzony głos.
- Zostaw Henryku...Niech jedzie - Głos dobył się od znudzonego strzelca siedzącego na barykadzie. Na jego brudnym od sadzy szarym mundurze widniała naszywka strzelca wyborowego. Trzymał on muszkiet między nogami, w ten sposób aby można go było podnieść w ułamku sekundy i wystrzelić. Patrzył on na łowce znudzonym spojrzeniem. Miał surową, władczą twarz i opaskę na lewym oku, prawe miał stalowy kolor. - Powiedz mi tylko łowco...Po co pchasz się w to piekło? Nie znajdziesz tam nic tylko ogień i zarazę. Wątpię aby ktoś tam przeżył. Jak ktoś przeżywa to ucieka w stronę barykad a my go zabijamy. Takie rozkazy. Jak nie ucieka dusi się w dymie. Jak chcesz coś wiedzieć, mogę Ci co nieco opowiedzieć w sumie...i tak to nasze ostatnie chwile życia więc co mi szkodzi porozmawiać jak człowiek z Łowcą czarownic? - Młodzieniec z halabarda odsunął się od Karlana zajmują z powrotem swoje miejsce przy barykadzie.
Balwrather, Ragnar, Thoren
Witold uśmiechnął się, po czym uderzył w stół pięścią. Zza drzwi wybiegło nagle pięciu braci z młotami i żądzą świętego mordu w oczach. W korytarzu za plecami braci trzech kuszników złożyło się do strzału każdy celując w innego młotodzierżcę. Sam przeor podszedł do ściany i ściągnął z niej wiszący młot. Młot wesoło zapłonął jakby ciesząc się na dotyk właściciela po czym zgasł wydając z siebie tylko cichy syk. Kapłan westchnął ciężko po czym uśmiechnął się ciepło do krasnoludów.
- Widzicie czcigodne krasnoludy....To nie do końca była prośba. Oczywiście respektuje waszą odmową, ale jest jeden mały problem. Klasztor nie może pozwolić aby tajemnice wyszła poza mury. Nie chce was zabijać, bo obawiam się, że wasz regiment bez dowódców i najlepszych wojów poniesie, potworne straty podczas bitwy... - Urwał w pół zdania ponieważ do sali wszedł Młodzieniec który od początku towarzyszył przeorowi. Trzymał w ręce jakiś list oznaczony książęcą pieczęcią. Podał go przeorowi, ten ruchem jednej ręki otworzył kopertę i zaczął czytać. Wraz z postępem czytania wydawał się coraz bardziej garbić, w końcu odłożył list na stoliku i zasiadł na krześle. Dał znak ręką swoim kapłanom aby spoczęli. - ...w której nie weźmie udziału. - Dokończył zmęczonym głosem - Ten knur von Dussenrin usłyszał, że jesteście w mieście i wiedział o waszym przybyciu ten list mówi o waszym dołączeniu do gwardii. Od teraz chronicie na tyłach samego generała. Mówiłem wam...zero umysłu wojownika. Możecie albo przyjąć moją propozycję albo księcia. W tym drugim wypadku spędzicie noc w klasztorze. Wybaczcie ale nie możemy was wypuścić. Więc jaka decyzja? - spojrzał znacząco na Balwrateha.
-
Kurwa mać!! Mam współpracować z pomagierem tego zakłamanego spiskowca Tzeentha!! O wielki Khornie czemuż mnie tak pokarałeś!! "Nie spierdolcie sprawy" - mały chuju, zostawiliście mnie i jeszcze żądacie abym wykonywał wasze polecenia!! Co mam teraz zrobić? Nie uśmiecha mi się jako kompan to nędzne cholerstwo. Hmmm.... z jednego gówna w drugie. Mam tylko nadzieję iż nie będzie mi przeszkadzał w wypełnianiu woli Khorna:
- Nie trzeba było się fatygować, zaraz ta szmata leżałaby u moich stóp. Powiedz kompanie jak mam Cię zwać? Czempion Tzeentha to dość przydługa nazwa - może być "Skurwysyn który wbije mi nóż w plecy"?
-
*Krizz spojrzał z politowaniem na nieudolną robotę kata i kapłana. Zbliżył się trochę, zdjął kapelusz i przekrzyknął się wesoło przez wszystkich:
- To ma być stos?! - uśmiechnął się szeroko i w oka mgnieniu począł przepychać się przez tłum gawiedzi. Ludzie sami schodzili mu zdrogi, a on z radością wymalowaną na twarzy poruszał się krokiem wręcz tanecznym.
Po chwili wskoczył na podest.
- Na takim czymś bym nawet kiełbasek nie piekł! Przecież ten wesoły człowieczek udusi się dymem nawet ognia nie czując! - krzyknął do kapłana. kata jak i zgromadzonych mieszczuchów.
Mówił to wszystko poruszając się po "scenie" jak jakiś aktor w musicalu. Oczy mu błysnęły radośnie.
- Odsuń się, gówno umiesz. - rzekł do kata, po czym zabrał się za poprawianie stosu. Przekładał deski, niektóre wyrzucał z niewiadomych powodów, wyłamał parę nowych z podestu, sypnął na stos trochę jakiegoś proszku z sakwy.
- Ma ktoś może jakiś trunek mocny? - krzyknął wesoło w stronę tłumu. Gdy nikt nie zareagował łowca wyciągnął pistolet skałkowy i powtórzył pytanie. Po chwili ktoś przecisnął się przez pierwsze szeregi i podał mu flaszkę ze spirytusem, czy to wódką jakąś mocną. Nie czekając pociągnął gigantyczny łyk.
- Tak skończy każdy kto spiskuje z chaosem! - krzyknął i strzelił w stos, który natychmiast buchnął... delikatnym płomieniem. Nie takim jakiego gawiedź się spodziewała. Krizz dopił alkohol i rzucił butelkę nad głowę skazańca. Ta rozbiła się zasypując go deszczem malutkich ostrzy i raniąc subtelnie.
Inkwyzytor podszedł do kapłana.
-Dorzucajcie czasem suchych sosnowych desek, powinien krzyczeć jeszcze przez tydzień. Możecie mu wepchnąć w usta szmatkę nasączoną kwasem albo obciąć język. Przestanie.
-
Czempion Tzeentha
- Wstawaj! Mamy zadanie do wypełnienia - powiedziałem, spoglądając przed siebie. - Jestem Ne... Haaa... Nie zdradzaj mu swego imienia, głupi. Jeszcze nie teraz - ton mojego głosu zmienił się nienaturalnie. - Jeszcze nie czas! Nie teraz! To... to Berserker Khorna! Pomiot plugawy... Haaa... - Nagły dreszcz wstrząsnął całym mym ciałem. - Wstawaj! Ruszaj się! Haaa... Zostaw go! Nie jest Ci potrzebny! Porzuć go! Pozwól mu sczeznąć w tych lochach! Haaa... Nie, on musi mi pomóc. Przyda się. Tak! Tak! On będzie przydatny! Rozkaż mu za sobą podążać! - Kolejne gwałtowne dreszcze szarpnęły moim ciałem, a głos znów się zmienił. - Przeczekamy tu do zmroku... a potem przelejemy trochę krwi. Zabezpiecz drzwi... Bale - dodałem z pogardą, po czym poszedłem sprawdzić, czy w pozostałej części lochów nie ma już żadnych strażników.
-
- No w końcu ktoś bez trocin we łbie. - rzuciłem z pogardą patrząc na odchodzącego młodego strażnika, który na te słowa nawet nie zareagował. Dobrze to i nawet, bo szkoda sił na walkę w takiej chwili. - dodałem w myślach.
Trąciłem z lekka boki konia ostrogami, by zbliżyć się do barykady i zamienić kilka słów ze strzelcem. Wyborowy, wie jak muszkiet trzymać, do tego pewnie w boju zaprawiony bo takie rany od golenia się nie robią... no chyba że toporem berserkerów Khorna. Ciekawe jaki interes mają by w tym momencie i zbliżającej się nieuchronnie śmierci jeszcze jakieś czystki robić? - pomyślałem zbliżając się z wolna do przeszkody.
- Dziękiś, że temu młodemu na błąd nie pozwolił. - rzuciłem w stronę strzelca łapiąc dłonią za krawędź kapelusza, jak podobno czynią ludzie na powitanie, ale tak po prawdzie gówno mnie ta cała ogłada obchodzi, po prostu chcę wyciągnąć parę informacji od strzelca i zostawić tych imbecyli za sobą.
- Panie czemuż palicie całą dzielnicę? Czyż w chwili grozy jaka obejmuje teraz to miasto nie powinniście począć ludzi do walki mobilizować? Podobno w mieście kult Nurgala począł się szerzyć, więc przybyłem by sprawę z mocy Sigmara rozwiązać. - rzuciłem pytania, patrząc na nieruchomą jak kamień twarz strzelca.
- Aaa... gdzie moje maniery, przeciem nie na szlaku. Jestem Karlan Elth Nashavara Dikumi i skoro gówniany wstęp mamy już za sobą to może odpowiesz mi łaskawie na moje pytania, bo po prawdzie ogłady u mnie tyle znajdziesz jak u świni w chlewie, więc oboje to skróćmy i ja pojadę w swoją stronę, a wy zostaniecie w spokoju na tej waszej pierdolonej warcie w nie mniej pierdolonej dzielnicy. To jak będzie? - dodałem widząc, że specjalnie nie ma ochoty odpowiadać na moje pytania i naciągając lekko pas na piersi czekałem na jego odpowiedź.
-
Ragnar
No nie! Teraz kurwa to już naprawdę przesadził. Za kogo on się ma żeby tak nas traktować ?! - pomyślałem
Uśmiechnąłem się gorzko i zacząłem mówić spokojnym i zdecydowanym tonem :
- Chyba szanowny przeor naprawdę nie wie, o co nas prosi. Służymy królowi i jeśli on zadecydował, że von Dussenrin ma dowodzić obroną, nie możemy sprzeciwiać się jego woli. Nie wspominając już o honorze, niby jak mielibyśmy go zgładzić ?! Podobnie jak Balwrather nigdy, ale to nigdy nie zabiłem nikogo w nie honorowej walce i prędzej wychędoży mnie stado goblinów niż to uczynię.
A jak przeor dobrze wie, otwarty bunt zostałby odczytany jako zdrada i kto wtedy będzie winny ? - przerwałem na chwilę i nawet nie spodziewając się odpowiedzi kontynuowałem
- Tak, tak dobrze zgadujecie, oczywiście to MY poniesiemy wszelkie konsekwencje. Nawiasem mówiąc dobrze sobie to przeor wykombinował, najłatwiej będzie zrzucić winę na te "parszywe, zdradliwe krasnoludy". A zresztą po co ja to w ogóle mówię?! Gówno obchodzą mnie jakieś wasze polityczne gierki i jak już wspomniał Thoren nie jesteśmy pierdolonymi skrytobójcami tylko elitarnymi królewskimi młotodzierżcami więc wypraszam sobie takie traktowanie! - mówiąc to chwyciłem w rękę swój młot i dumnie wypiąłem pierś. - I ostrzegam was zdradliwe plugastwa - ryknąłem i rzuciłem groźne spojrzenie otaczającym nam adeptom - Jeśli którykolwiek z was, będzie próbował nas rozbroić, to przysięgam na moich przodków, że zrobię z niego krwawa miazgę i nawet Sigmar mu nie pomoże!
-
Po słowach Ragnara popatrzyłem na przerażonych zakonników to na Witolda czy moich towarzyszy chłodno kalkulowałem szanse na wyjście z tej sytuacji . Popatrzyłem się w Witolda , zauważyłem paskudny uśmiech tryumfu na jego ustach . Zaplanował to skurwiel . Zawsze to samo z tymi pierdolonymi ludźmi .Chętnie bym Ci zmasakrował tą twarz młotem . Uśmiechnąłem się w paskudnym uśmiechu myśląc o chwili rozrywki . Popatrzyłem na towarzyszy , pewnie w duchu byli mocno wkurwieni . Mocniej chwyciłem młot i zacisnąłem ręce . Jestem przygotowany skurwiele !!! Nie zaatakowałem czekałem na reakcje Balwrathera , może coś wymyśli , dodałem w myślach . Potem przemówiłem chłodnym głosem .
- Ragnar ma rację . Kurwa , przeor jest głupszy niż myślałem . Jeśli przeor nas nie wypuści to na pewno pozwoli mi jak przejdę nad jego stygnącym trupem . Pan myśli , że my jakieś naiwne kurwy jesteśmy ??!! Przeor pomylił się i to bardzo jeśli myśli , że ośmiu zafajdanych zakonników , którzy pewnie teraz srają po gaciach sprostają nam w walce . To jak kurwa chcecie śmierci !!!???
-
Jak, kurwa, myślałem, niby taki święty, a w gruncie parszywy jak zielonoskóra dziwka...
Pierwsza moja decyzja - rzekłem, klepiąc się w, jedyną na torsie, płytę z symbolem króla - to to, że przed podjęciem decyzji muszę dowiedzieć się, jakie zdanie na ten temat ma kapitan Gunter, który w tym momencie jest dla mnie drugą po królu najważniejszą osobą. Druga decyzja jest taka, że ludzie, od kiedy moja rasa dała wam szansę na wyrośnięcie ponad poziom walki patykiem, stacza się coraz bardziej w męty niehonorowości i miast zwyczajnie wyzwać kogoś na mordobicie, teraz musicie zasłaniać się innymi. - W tym miejscu chrząknąłem, sięgnąłem po manierkę i wypiłem nieco ale. Po nawilżeniu gardła, zawiesiłem ją na miejscu. - Trzecia sprawa jest taka, że wyzywam cię na pojedynek jeden na jeden, bez żadnych niehonorowych sztyletów czy kopnięć poniżej pasa. Jeśli wygram, wypuścisz nas i udamy się spokojnie w swoją stronę, nie niepokojeni przez adeptów Sigmara ani spadające dachówki. Jeśli przegrasz, zrobimy to samo. Jeśli odmówisz, spędzimy tutaj spokojnie noc, nie niepokojeni przez adeptów Sigmara ani inne przypadkiem osuwające się na nas sztylety, acz ściągniesz na siebie dyshonor niegodny kapłana. Co odpowiesz? - To rzekłszy, chwyciłem silnie młot w obie ręce, trzymając go nisko przed sobą.
-
- Co przywiodło nas w te strony to sprawa inkwizycji. Niech cie o to głowa nie boli. - Powiedziałem rozlewając wino. - Mmm, Sudenlandzkie. Niebo w gębie, że ośmielę się tak wyrazić. Nie bez powodu mówią że: Sudenland górzysta to kraina butnych ludzi, owiec i dobrego wina! Nie dziwie się że nie dawałeś tego wina dla tego plebsu, ale przejdźmy do konkretów. Interesują mnie ostatnie wydarzenia w Stadthauer, a dokładniej przejawy chaosu. Przez tych kilka dni drogi rzeczy mi wiadome mogły się zmienić. A jak wiadomo karczmy to kopalnie informacji.
Przerwałem dolewając trunek. Ehh, nikt nie robi tak dobrego wina jak Sudenlandczycy. No chyba że brat Sigismund według swojej tajemnej receptury.
- Chcę też wiedzieć co nieco o samej twierdzy i najważniejszych w niej osobach, Jednym słowem wszystko co może się przydać podczas mojej misji tutaj. - To powiedziawszy wyjąłem z sakiewki złotą koronę i położyłem na stole. - Współpraca ze mną na pewno się opłaci.
-
Przepraszam za poślizg
Bale & Czempion Tzeentha
Zanim czempioni zdążyli ochłonąć i zająć się swoimi zadaniami, drzwi otworzyły się z hukiem wpuszczając do środka dwóch wojowników. Pierwszy który przeszedł przez próg ledwo zmieścił się w futryna, przewyższając rozmiarami Bale dwukrotnie. Odziany był tylko w kolczugę i spodnie, w ręce zaś trzymał łańcuch zakończony małą, lecz prawdopodobnie ciężką, kulą i wpatrywał się swoimi świńskimi oczkami w berserkera jak w smakowity kąsek mięsa. Za nim wszedł mały, wręcz chudy, łysiejący mężczyzna z obnażoną szablą, ubrany był w fikuśny strój przypominający bardziej błazna niż strażnika. Spojrzał po chaotach i uśmiechnął się przebiegle, co w połączeniu z szczurzą twarzą dało mu wygląd skavena.
- Dobrze mi się wydawało, że tu był ten huk i walka. Witam państwa - ukłonił się w pas - Me imię Bergeth i jestem tutejszym łowcą zbiegów, ta chodząca kupa mięśni obok mnie to Buk i jest czymś w rodzaju ochrony. No! Skoro mamy już wszystkie formalności za sobą powiedzcie mi: wracacie do cel w całości czy mam was pokroić na plasterki i wysłać do celli w kawałeczkach? - Zakończył patrząc z uśmiechem wyższości na czempiona Tzeentha.
Siegfried
Karczmarz podrapał się po jednym z wielu podbródków i schował sztukę złota gdzieś między zwały tłuszczu.
- Hmmm...Co by Ci tu paniczku opowiedzieć - zamyślił się, po czym chwycił butelkę i pociągnął łyk z gwinta - Znaczy przejawy chaosu omijając fakt, że miasto jest oblężone? Ha haaaaaaaaa taki żarcik! Ludzie mówią, że w dzielnicy biedoty się coś zalęgło złego ale nie powinieneś się już tym przejmować. Kapłani się wszystkim zajęli, paląc całe slumsy i zabijając tamtejszych, kuźwa mać, żebraków. Ja myślę, że to wszystko gówno prawda ale nie mnie oceniać. Do rana zostanie tylko popiół i wspomnienie po tych ludziach. A jeśli interesuję Cię dokładniej ta sprawa to powinieneś pogadać z Witoldem, naszym przeorem. On jest szefem obrony. Właściwie naszym dowódcą jest baron von Dussenrin spasłą świnia która wojny widziała tyle co świnia gwiazd na niebie. Chowa się tylko w swoim zamku i modli do Sigmara aby mu chaot dupska nie odstrzelił - Karczmarz splunął ze złością - gdyby to mój, świętej pamięci, sierżant widział to by się w grobie przewrócił. W każdym bądź razie przeor Witold dowodzi rozstawieniem wojsk i zaopatrzeniem, jest jeszcze kapitan Gunter który z swoimi konnymi na przedpolach szaleje i kompanie nieludzkie do miasta odsyła. Ale on jest nie do uchwycenia, porozmawiać z nim będzie można pewnie tylko jutro i to chwilę przed bitwą. A co o twierdzy? Tfu, nic ciekawego. Twierdza jak twierdza. Bronimy jej bo to jedna z bezpośrednich dróg do Altdorfu, jak padniemy my padnie i stolica a to już będzie nie ciekawie prawda?
Krizz
Zadowolony łowca fiknął z podestu w uniesieniu. Byłoby to nic dziwnego gdyby nie to, że nagle poczuł iż...wisi w powietrzu. Zamrugał oczami dość zdezorientowany i rozejrzał się wkoło. Tłum, podest, przerażony kapłan i kat zniknęli. Krizz unosił się w bezkresnej czarnej pustce nie mając nic przed sobą ani nic za sobą.
- Krizzzzzzzzzzz... - usłyszał za plecami szept przywodzący na myśl skrzypienie grobowej deski. Łowca szybko odwrócił się szykując pistolet do użycia. Za nim stał stos, który sam przed chwilą pieczałowicie rozpalał ale wyznawca chaosu który miał być spalony...zmienił się! Przez ubytki w skórze widać było narządy wewnętrzne a twarz była właściwie zlepkiem bezkształtnej masy, która cały czas bulgotała wylewając ropę. Wśród tej mazi zastępującej lico, można było zauważyć oko. Ale nie normalne ludzkie oko. Oko węża, lub lepiej...demona. Kiedy łowca spojrzał w jego głąb poczuł coś czego od dawna nie czuł...strach. Istota przyczepiona do stosu wydała z siebie dźwięk powodując powstanie kilku bąbli na masie.
- Krizzzzzz, moje dzieckooooo.......tak długooooo....czekałem....pokłoń się, bo otoooo....masz zaszczyt...rozmawiać z samym....Nurgleeeeeee......
Karlan
Strzelec westchnął i oparł sobie muszkiet na ramieniu.
- Henryk von Fierdelsdorf, strzelec wyborowy byłego już dziesiątego korpusu pod wezwaniem Sigmara Mściciela, rozbili nas chaoci pod murami i teraz resztki, rozdysponowano między inne regimenty. U mnie też ogłady za dużo nie ma. W końcu wojak jestem. Mobilizować do walki powiadasz... Nie wiem mnie to wszystko jedno, kazali palić to palę. A kult Nurgla jest o tam - wskazał palcem na piekło za jego plecami - A jak myślisz dlaczego palimy? Ludzie się skarżyli klasztornym, to wysłał on tam trzech swoich zakonników. Wrócił jeden, który z resztą rozum postradał, ciągnąc po ziemi coś co kiedyś mogło być drugim z braci. Wtedy też przyszedł do dzielnicy przeor Witold i jął się przyglądać domostwom. Wiem bo sam byłem w oddziałach rozpoznania, to co tam widzieliśmy...- tu strzelcem wstrząsnął dreszcz - przeszło nasze oczekiwania. Jesteś łowcą czarownic...domyśl się co mogliśmy znaleźć w domach wyznawców Nurgla. Witold wielce się wściekł, że pod jego okiem jest kult w mieście a jak wiadomo jak się wścieka przeor to łby muszą lecieć. I poleciały. Nie dalej jak trzy dni temu wyrżnęliśmy każdego kogo podejrzewaliśmy o kult. Jak Sigmara kocham całe uliczki po których teraz stąpasz były skąpane we krwii. Potem Witold powiedział coś w stylu ,,Spopielić ten dom chaosu", to popielimy. A teraz jeżeli chcesz przejechać powiedz po co Ty się tam pakujesz, w końcu ja dowodzę tą ,pożal się Sigmarowi, barykadą i to mnie się tłumaczyć przyjdzie.
Balwrather, Ragnar, Thoren
Kapłan uśmiechnął się dość ponuro i wstał z miejsca siedzącego. Od razu można było zauważyć zmianę w jego zachowaniu, wydawał się większy i silniejszy niż przed chwilą.
- Przychodzę do was jako przyjaciel...- zaczął chwytają młot oburącz - Proszę was o wsparcie w potrzebie, a wy odrzucacie tą prośbę do tego dość chamsko.. Urażacie mnie aluzjami o niehonorowości, obrażacie mnie i moich kapłanów i na domiar złego nie potraficie wybrać mniejszego zła. - Po tych słowach oczy i młot kapłana zaczęły płonąć ogniem - Do tego dość bezczelnie wyzywacie mnie na pojedynek! CZY TY WIESZ KIM JA JESTEM!? - ryknął a jego postać wydawała się zajmować całą izbę i emanować zwykłą rządzą mordu - JESTEM WITOLD NIOSĄCY MŁOT OGNIA, CZY TY MYŚLISZ, ŻE PRZEORA ZDOBYŁEM KLEPIĄC PANNY PO TYŁKACH I CZYTAJĄC DOKUMENTY!? TYSIĄC BITEW I POTYCZEK! TYLE PRZETRWAŁEM! MÓJ MŁOT WIDZIAŁ WIĘCEJ KRWII NIŻ TY MASZ WŁOSÓW NA BRODZIE! I TY! ZWYKŁY KRASNOLUD ŚMIESZ WYZYWAĆ MNIE NA POJEDYNEK! CHODŹ WIĘC ZAATAKUJ A GWARANTUJE, ŻE TWOJE ZWŁOKI ZAWISNĄ JUTRO NA MURZE! MĄ SIŁA SIGMAR A MŁOT JEGO BRONIĄ! JESTEŚ NICZYM W PORÓWNANIU Z WIARĄ Z JAKĄ CIĘ MOGĘ ZAATAKOWAĆ! CHODŹ, CHCESZ WALKI NA BOGÓW PO TYM DNIU CAŁE MIASTO BĘDZIE SIĘ BAŁO MOJEGO MŁOTA! JAKIEM WITOLD NIOSĄCY OGIEŃ!!!!!
-
O kurwa! Co to za bydle?! Na bogów Chaosu - to coś musi mieć z 4 metry wzrostu! Ja pierdole - cały czas brodzę po kolana w gównie, co ja mówię, ja w nim pływam!! Cela, bomba, strażnik, ten burak obok mnie, a teraz jakieś monstrum! Kurwa, kurwa, kurwa! Nie mogę uciec, nie potrafię - mogę tylko walczyć lub ginąć. Trzeba przeanalizować sytuację: Goryl wygląda na powolnego - będzie przyjmował wszystkie ciosy. A ten szczur raczej będzie skakał jak zając - czuje jak bije od niego dynamizm i ruchliwość. Hmmm... mój "kompan" ma korbacz - nie sądzę aby trafił błazna. Niech weźmie dużego - sądząc po dziurze we łbie tamtego strażnika ma krzepę.
- Skurwysyny!! Jesteśmy czempionami Chaosu! Zgnieciemy was na miazgę w imię naszych Bogów! "Karmazyn" bij małpoluda! Ja biorę tego pokurcza..
Szarżuję na niego z całą prędkością - jak coś to przypierdolę tylko w drzwi, a one mnie nie ogłuszą!
-
Jak chuj, silnie wygląda. Skoro jednak wezwał tylu adeptów do pomocy, albo jest tak silny, że sam się siebie boi, albo tak, że tylko w gębie mocny. Ale nie, kurwa, nie dam mu ujść na sucho po takiej zniewadze, prędzej szczeznę!
Myślisz, pierdolony tchórzu, że dam ci się wyruchać takimi zniewagami?! Wola króla mnie pcha naprzód, a ciebie prędzej Sigmar przeklnie po takim dyshonorze, kurwa twoja mać! Najpierw zasłaniasz się jakimiś parszywymi adeptami, których karmisz fałszywymi sloganami, a teraz porywasz się na mnie, który jest prawdziwym wojownikiem i nie bawi się w pierdolone dachówki! Duży człowieczek z dużym młotem i już myśli, że może, kurwa, wszystko i boska ręka go prowadzi! KU CHWALE KRÓLA! - I to rzekłszy szybko zrobiłem dwa kroki do przodu, po czym stanąłem z delikatnie wysuniętą w przód prawą nogą, z ciężarem opartym na niej, i zamachnąłem się ruchem pełnym furii z prawa na lewo. W moim umyśle była tylko jedna myśl: zabić tego chuja, który sądzi, że tak się wysoko wzniósł; nie zważałem na jego złowieszczy wygląd, pogrążony w złości i, jednocześnie, radości na myśl o walce. Nie widziałem nikogo prócz przeora, emanującego jakże złowieszczą dla mnie energią.
-
*Krizz stał jak gdyby oniemiały nic nie mówiąc. Patrzył się tylko pustym wzrokiem na demona. Odwrócił się po chwili do niego plecami. Z pomiędzy jego niewidocznych od strony stosu warg wydobyło się jedno, jakby niepewne słowo : ..... Nurgle?
(wiem, że krótko. Zabieg celowy, jak i nie miałem się nad czym rozpisywać.)
-
Ładnie sobie tutaj pozwalacie. Aż żałuję, że wcześniej tu nie zaglądnąłem. Francysh, Wezyk, Grievous, Barudokuku - otrzymujecie po jednym ostrzeżeniu za nadużywanie wulgaryzmów. Jak nie przyhamujecie z tym rzucaniem k*** na lewo i prawo, to temat powędruje do kosza.
-
Ragnar
Gdy Balwrather zaczął przemawiać już wiedziałem co się święci: na jego zazwyczaj spokojnej i opanowanej twarzy zagościł niewyobrażalny gniew. Lecz nie była to zwykła złość jaką zazwyczaj widziałem w walce , o nie - to było coś znacznie gorszego. W jego oczach widziałem zwierzęcą nienawiść, wszystkie muskuły naprężyły się groźnie a jego ciało było niczym tygrys gotowy do skoku na ofiarę. Z jego twarzy mogłem wyczytać tylko jedną szaleńczą myśl: ZABIĆ!.
Ścisnąłem mocniej swój młot i przyjąłem bojową postawę, aby w każdej chwili móc obronić Balwrathera przed zdradzieckim atakiem adeptów. Porozumiewawczo skinąłem na Thorena aby uczynił to samo. Wszystko działo się tak szybko ...
-
Thoren
Skinąłem na Ragnara , że zrozumiałem , tylko szacunek wobec dowódcy mnie powstrzymywał przed rzuceniem się zakonników czy na tego "wielkiego i potężnego " Witolda , trochę mi go było szkoda . Uniosłem ,młot i popatrzyłem złowrogim wzrokiem na zakonników , chodźcie tu , zaatakujcie , dacie mi chwilę rozrywki w tym nudnym dniu .
-
Czempion Tzeentha
Gdyby tylko mogli ujrzeć moją twarz, zasłoniętą teraz przez rogaty hełm, zobaczyliby na niej obłąkańczy uśmiech.
- A więc chcecie śmierci - powiedziałem, stojąc odwrócony plecami do przybyszy, a z mego gardła wydobył się urywany chichot. - Dobrze, nie zabraknie wam jej. Haaa... Nie zabraknie im jej, nie zabraknie - ton mojego głosu znów zmienił się nienaturalnie, tak samo jak uprzednio. - Kiedy już zginiecie, wasze kości posłużą mi za opał... - kontynuowałem, zupełnie nie zwracając uwagi na Bale'a, który krzycząc, zaszarżował na człowieka, wyglądem przypominającego Skavena. Niespodziewanie odwróciłem się i kopnąłem w kierunku olbrzyma taboret, który stał obok. - Zrozumiecie, co to znaczy sprzeciwić się woli Mrocznych Bóstw!
Siedzisko błyskawicznie przebyło dystans pomiędzy nami, lecz ja przez ten czas nie próżnowałem. Płynnie wykonując wszystkie ruchy, szybko dopadłem do wroga i płasko uderzyłem tarczą w jego piszczele. Następnie gwałtownie uniosłem ją do góry, z zamiarem złamania mu szczęki. Nie tracąc czasu, chwyciłem pochodnię umieszczoną w żelaznym uchwycie na ścianie i naparłem całą masą ciała na przeciwnika...
- Sprawię, że świat jaki znasz, ogarną płomienie! Poczuj ból! Poznaj co to cierpienie! - wykrzyczałem, wrażając rozpalone łuczywo w oko nieprzyjaciela. - Twoja dusza należy do Tzeentha!
Spodziewając się, że rozwścieczony olbrzym zaraz zacznie bez opamiętania wyprowadzać ciosy, odstąpiłem i cofnąłem się pod przeciwną ścianę. Chwyciłem kiścień i rozglądając się po pomieszczeniu, postanowiłem czekać...
-
Takiej psia mać inteligencji można się tylko po parszywych klasztornikach spodziewać. Żeby całą dzielnicę w ogniu strawić? Przecie kultyści Nurgla, lub Chaota i tak ujść zdołają, bądź skryją się tak, że ogień im nawet mochra na dupie nie przypali... Chcą wyrżnąć do nogi całą dzielnicę? To niech ich do wojska w takiej chwili jak ta zaciągną, a chociaż pierwszy rzut na obronę mieć będą. Zakute klasztorne łby... Myślą, że tych co przed pożarem przydybali na ulicy to był prawdziwy kult? Tylko mi robotę psują... Czego tych przygłupów w tych klasztorach uczą... - pomyślałem słysząc słowa wypływające z ust strzelca.
- Panie oficjeli prawić nie będę. Sprawa pilna mnie tu przygnała i sprawdzić ją muszę. Ot taka robota... - rzuciłem w stronę wyborowego. Jak on się przedstawił? - przeleciało mi przez myśli. Henryk von... Fiereld... nie... Fielders... nie... Pies to dymał. - dodałem na prędce w myślach wpatrując się w nieruchomą jak głaz twarz stojącego na barykadzie niecałe 4 kroki ode mnie strzelca.
- Henryku, więc jeśliś odpowiesz na moich kilka pytań to dobrze, jeśli nie też dobrze, bo czasu na rozmowę nie stracę, a szybciej kult pocznę tropić. - powiedziałem wolno wypowiadając słowa i wciąż bacznie obserwując ruchy strzelca.
- Jeńców jakichś pojmać zdołaliście? Egzekucje czynić zaczęliście? Domy przeszukaliście, by żaden kultysta w sekretnych pokojach się nie skrył? Żeby nie zbiegł tunelami jakimi? Nadzorował tą waszą pieprzoną egzekucję jaki łowca, bądź inkwizytor? Udziel mi jeno odpowiedzi na te pytania, a zawrócę, bo i nie mam po co tam jechać. Trzy dni to aż nadto by każdy kultysta dawno czmychnął z tej dzielnicy, nawet jeśli barykad staraliście się pilnować. Te psy Chaotu nie takie sposoby mają... - wymówiłem ostatnie słowa patrząc już nie na ich adresata, ale na ogień, który w imię Sigmara trawił i doszczętnie niszczył całą dzielnicę.
-
Roxenhaime czekałem, czekałem i się nie doczekałem odpowiedzi, więc tura Ci ucieka. Aktualizacja pierwszego postu.
Bale
Berserker ruszył na strażnika z wielkim impetem, w oczach miał żądzę mordu a w umyśle tylko słowa Khorna. Człowiek zachował się o wiele zwinniej niż na to wyglądał, w momencie kiedy chaot uderzył płasko toporem na wysokości piersi ten odskoczył z gracją w bok. Bale zamknął oczy przeklinając Khorna, że pozwala mu tak pudłować lecz nagle poczuł, że topór w coś trafia. Chaot wyhamował impet i odwrócił się z uśmiechem. Strażnik stał nieco niepewnie na nogach, trzymając się za prawe ramię z którego buchała wręcz krew. Strażnik spojrzał zły na Bale.
- Ty.... - zabrakło mu słów, więc chwycił tylko powietrze w usta jak ryba po czym wypuścił je z sykiem. Przerzucił szable do lewej ręki i z delikatnie ugiętych kolan zaatakował chaota. Strażnik zwinnie zamarkował cios z lewej strony czekając aż chaot się zasłoni odruchowo, gdy tylko to się stało natychmiast zmienił kierunek ciosu i zaatakował w prawy bok między płyty pancerza. Szabla bez problemu przecieła kolczugę i Bale poczuł jak ciepła krew spływa mu po boku.
- Jesteśmy równi teraz psi synu...
Czempion Tzeentha
Tarcza trafiła olbrzyma w piszczele raniąc boleśnie, zwykłemu człowiekowi cios taki dawno by już połamał piszczele miażdżąc je w drzazgi. Olbrzym nawet tego nie poczuł, poczuł natomiast cios w szczękę który spowodował, że się cofnął o dwa kroki śmiesznie mrugając świńskimi oczkami. Złapał zaraz równowagę, lecz na niewiele to się zdało bo celnie wymierzona pochodnia, boleśnie go poparzyła i oślepiła. Olbrzym ryknął w bólu i na oślep zaczął machać łańcuchem robiąc głębokie bruzdy w ścianach i kurzawę.
Krizz
- Nie odwracaj się ode mnie moje dziecko! - Stwór przywiązany do stosu miał spokojny, proszący głos, ale dla łowcy był on straszniejszy niż krzyk.
- Tak, dziecko jestem Nurgle... Nie bój się....przychodzę Ci pomóc...Ty jesteś kluczem....To miasto zostało przeznaczone mnie! I nikt go inny nie dostanie!Nie Khorn! Nie Tzeeth! Tylko ja...praojciec Nurgle... A Ty mój łowco...pomożesz mi...prawda? Pomożesz mi zdobyć miasto...Powiedz tylko tak, a wszystkie Twoje, marzenia się spełnią..wszystko co chcesz...powiedz mi tak! - łowca czuł jak oko przewierca go na wylot wyczytując wszystkie pragnienia jakie ukrywał w sercu.
Karlan
Strzelec wyraźnie stał się jeszcze bardziej ponury. Długo myślał co odpowiedzieć po czym wycedził przez zęby
- Jeńców nam nie kazano brać, każdego psia jucha zakłuwaliśmy...Taka robota...
- A ten, tam na zachodniej barykadzie? - wtrącił ten młody z blizną - Co go Gortussel pojmał?
Strzelec zrobił minę jakby co najmniej chciał młodzika zastrzelić, widać, że ktoś z góry mu wiązał ręce i język.
- Tal...skoro wspomniałeś to był taki jeden...żebrak który utrzymywał, że ma kontakt z Sigmarem i zna jego wolę. Szaleniec został odseparowany od reszty w klasztorze. Wątpie żeby Witold Ci pozwolił go zobaczyć, znasz zdanie Inkwizytorium co się z takimi robi. Jakieś testy czy coś.. Egzekucje...Egzekucję czynimy tutaj, jak już mówiłem wcześniej nikt nie przejdzie. A domy.. Do domów nikt wchodzić nie kazał. My jesteśmy wojacy więc tez nam się nie spieszyło aby wchodzić do domów gdzie heretycy czekają tylko aby wbić Ci nóż w plecy. Coś jeszcze chce wiedzieć czy wszystko i mogę wrócić do tej ,,ważnej" pracy? - stwierdził szorstko, mocniej chwytając muszkiet i kładąc go z powrotem między nogi gotowy do strzału.
Balwrather, Ragnar, Thoren
Gdy przywódca krasnoludów miał z przeorem wpaść na siebie z krzykiem bojowym, salką wstrząsnął mały wybuch. Balwrather przeleciał przez sale wpadając na adepta, przeor miał mniej szczęścia i wyrżnął plecami w ścianę
- DOŚĆ! - wrzasnął młody acz szorstki głos. Kiedy krasnoludy zrozumiały co się dzieję podniosły wzrok na młodego adepta, który cały czas towarzyszył przeorowi. Widać było jak energia przemyka między jego palcami. - Dość Witoldzie!
- Tak Mistrzu - wyjąknął przeor najwyraźniej przerażony, gramoląc się z ziemi. Wszyscy adepci jak na znak uklękli, pochylając głowy. Młodzieniec skrzywił się po czym spojrzał, gromiącym wzrokiem na krasnoludy.
- Przybywam tu z Aldorfu na sam rozkaz cesarza, dostaję list od waszego króla, że przyślę najlepszych wojowników którzy będą godni zaufania, a co otrzymuję?! Burdę i trzech obwiesi, którzy tylko klną i wrzeszczą! A więc to jest ta wasza krasnoludzka przyjaźń?! Wynosić się sprzed moich oczu. To zadanie z zabicie dowódcy miało być tylko testem czy naprawdę król wysłał dobrych ludzi. Teraz wiem, że się pomylił! Wynosić się z klasztoru, zanim pozabijam was własnoręcznie! I nie próbować mi tu żadnych pojedynków. Ja jestem Wielki inkwizytor David von Borden i jak Sigmara kocham spopiele was zanim do waszej pieprzonej mordy dojdzie słowo pojedynek! WYNOSIĆ SIĘ!!
-
Ja p******ę! Jaki ból! Co to za zbroja, która nie obroni mnie przed byle nożykiem! A tak ją zachwali... teraz widzę że jest gówno warta. Dawno nikt mnie tak nie zranił, jaka moja krew jest.... dziwna?! Czuję jakby nadal pulsowała nienawiścią, jest też gęsta niczym smoła - mogę to wykorzystać. Ten zasraniec ledwo stoi na nogach, mógłbym go zdmuchnąć. Zwycięstwo należy do mnie. Ale ten burak mnie zawstydza! Nawet nie jest draśnięty... Mam tylko nadzieję że nie zabije mojego szczura przede mną.
- Jesteś trupem gnido! Teraz poznasz gniew samego Khorna! Mam nadzieję iż masz bliskich, których twa żałosna śmierć doprowadzi do rozpaczy!
Nie zauważył iż ubabrałem moją lewą rękawicę we własnej krwi - robię szybki gwałtowny zamach niczym rzut, a ma krwawica leci prosto na jego twarz! Poczuj mnie przed śmiercią! Zszokowała go ma przebiegła zagrywka... Nacieram na niego z całą moją siłą.
- Chwała Khornowi!
-
Balwrather
Spojrzałem na Inkwizytora, nieco oszołomiony i mocno zdziwiony tak nagłą przemianą. Krasnoludzka, kur*a, przyjaźń, taka twoja mać! Mimo tej myśli, czując szacunek do siły, która ledwie co mną rzuciła tak brutalnie i nie zwracając uwagi na biednego adepta, który zapewne klęczał przygłuszony moim ciężarem, dodatkowo spotęgowanym zbroją. Już po chwili poczułem oprócz zdziwienia inne uczucia: zmieszanie i zdenerwowanie, że byle człowieczek zdołał mnie pokonać. W myślach przeklinałem obie osoby, uznając ich i ich potomków do siódmego pokolenia za rodzinnych wrogów oraz postanawiając nie spocząć w wysiłkach, by kiedyś się z nimi zmierzyć, nie dając się już tak łatwo wyrzucić jakimiś sztuczkami w powietrze.
- Chodźcie, nic tu po krasnoludzkiej niesprowokowanej nieprzyjaźni - rzuciłem do Thorena i Ragnara. Podniosłem swój młot, spojrzałem jeszcze raz na Witolda, po czym wyszedłem z sali, idąc, jak mi się wydawało, w kierunku wyjścia.
-
Thoren
Spuściłem młot i kurka nie mogłem się nadziwić co przed chwilą zobaczyłem . Po chwili powróciła do mnie świadomość otoczenia , miejsca i czasu . To jest inkwizytor ??!! Wrabiali nas od samego początku !!! To są sprzymierzeńcy !!! Toż to kot już jest większym sprzymierzeńcem dla myszy niż oni dla nas !! Potem ruszyłem za Balwratherem i po cichu do niego przemówiłem
- Nie podoba mi się to . Coś tu śmierdzi i to nie chodzi o ich onuce . Sprawdzili nas i jeśli on korespondował z naszym królem to ja jestem Sigmarem . Tfu !!! Na psa urok !!! Jeśli tak dalej pójdzie to odwiedzi nas sam cesarz...
-
- Czas więc na mnie, by nie przeszkadzać wam w niezwykle ważnym zajęciu... - rzuciłem z ironią, wykręcając twarz w ponury uśmiech. Pies was w nos dymał zasrańce. Połowa na sam widok chaota weźmie nogi za pas, a druga połowa zostanie walczyć, lecz nim do starcia dojdzie w gacie się posrają, a i tak padną od pierwszego zabłąkanego topora... Chędożeni bohaterowie... - przeleciało mi w myślach gdy zawracałem niespiesznie konia z powrotem w ulicę z której wróciłem.
Do klasztoru... Nie jest to najprzyjemniejsze miejsce, które chciałbym na swej drodze spotkać, ale może tam się czegoś dowiem... - dodałem po prędce spinając lekko boki konia ostrogami. Coś tu śmierdzi bardziej niż mi chcieli powiedzieć, albo nie wiedzieli Ci obsrańcy na barykadzie. Przecie nigdy z dymem jednej ćwiartki miasta nie puszczono, tylko dlatego, że niby kult znaleźli... Uprzednio domów nawet nie przeszukując i pilnie wyjść strzegąc już trzeci dzień. Na dodatek przecie miasto pod oblężeniem sie znajduję, więc czyn to tym dziwniejszy... Coś tu nader polityką cuchnie... - podążając niespiesznie w stronę rozwidlenia myślałem o całej dziwnej sytuacji, która się tu dzieje. No do k***y którędy teraz? - pomyślałem patrząc na biegnące u szczytu drogi rozwidlenie. Mogłem tych obwiesi o drogę do domu Sigmara dopytać, a tak... - dodałem w myślach.
- Te tam, kmiotku, którędy do klasztoru? - krzyknąłem do stojącego w obdartym ubraniu i dziurawym kapeluszu biedaka opierającego się o wypaczające się deski starego domu. Łypnął spode kapelusza oczami i widząc ich wyraz już wiedziałem, że sra w gacie ze strachu na co dziabnął mordą:
- J...J...Je...edźta...a...a p...pan...nie ło...o...owca we lewo z...a...a skręt uprz...zedni... - wymamrotawszy ten niespójny monolog puścił się czym prędzej biegiem w stronę rozpadających się drzwi domu... a raczej rudery, o którą opierał się jeszcze chwilę temu dupskiem.
Wszędzie te wsiowe psie k***y wierzą, w każde gówno co im się opowie? Ten przygłup pewnie słyszał jak setka innych, że łowca to zło wszelakie, przed którym tylko baby chować, bo nie wiadomo kiedy takiemu chędożyć się zachcę i bękarty poganiać, bo przecie jeść młode ludzkie mięsiwo lubią... Co za zabobonne kurwielce... Za bramami chaot, a ten mi pierzcha do domu przed łowcą... Następnego tygodnia bodaj nie dożyje... Aaa... szkoda na takich czas tracić. Jak to on drogę mówił? - zadałem sobie pytanie w myślach. W lewo chyba i później za zakrętem znowu w lewo... No cóż lepszej rady nie mam, a reszta już dawno za zamkniętymi okiennicami się ze strachu trzęsie, wiec pewnie nic juz się tu nie dowiem... - dodałem szybko w myślach i poprowadziłem konia w lewą odnogę drogi...
-
-Nie wyolbrzymiasz czasem znaczenia tej twierdzy? No nie ważne. Odwiedzę chyba tego przeora, Witolda. Powiedz tylko jak się do niego dostać, bo nie mam zamiaru błądzić po tych zasranych ulicach. W sumie od razu mogłem do niego iść, ale trudno. - zacząłem powoli wstawać. Na twarzach innych gości karczmy widać było ulgę.
- Do świątyni Sigmara łatwo się dostać. Na placu skręć w lewo a dalej to już prawie prosto. - rzekł karczmarz dopijając wino. Wyszedłem z karczmy i skierowałem swe kroki do stajni gdzie nie zdążyli nawet zająć się moim koniem z powodu krótkiej wizyty. Wskoczyłem na siodło i pojechałem w stronę świątyni.
-
Ragnar
Co ja zrobiłem! Teraz już wszystko rozumiem ... Królowi chodziło o tego nieudacznika von Dussenrina ... Źle zrozumiałem te pieprzone rozkazy, Witold tylko nas testował i k**wa to przeze mnie zawiedliśmy. Gdyby tylko król wyraził się jaśniej ... Gdybym tylko nie był oślepiony złością ... Gdyby ... Muszę to odkręcić, musi być jakieś wyjście ...
STOP! - krzyknąłem. - Balwratherze, Thorenie nie odchodźcie jeszcze, muszę wam coś powiedzieć. A Ty Wielki inkwizytorze, przeorze, adepci posłuchajcie proszę... - zacząłem mówić niskim tonem. -To wszystko moja wina. Moim towarzysze są niewinni, oni nic nie wiedzieli o zadaniu. To ja nawaliłem i doprawdy do teraz nie rozumiem jak mogłem być takim idiotą .. Parę dni przed naszym wymarszem przybył do mnie posłaniec królewski. Król przesłał mi rozkazy, a brzmiały one dokładnie tak - W tym miejscu odchrząknąłem i sięgnąłem ręką za pazuchę wyciągając średniej wielkości kopertę. Na górze widoczna była świeża jeszcze pieczęć królewska. Wyciągnąłem ze środka list i zacząłem czytać :
Ragnarze! Przynieś chwałe rodowi! Król wysyła Cię z misją! Słuchaj bo jest tajna... Dołączysz do 6 regimentu razem z innymi krasnoludami. Chodzi o twego dowódce obserwuj go...Król ma wątpliwości co do jego waleczności, jakby się okazał tchórzem...Zabij go...Odmaszerować i pamiętaj o zabicu!. - poczekałem aż słowa listu dotrą do mych odbiorców i po chwili przerwy kontynuowałem.
-Gdy tylko dostałem ten list wydał mi się bardzo dziwny. Wybacz Balwratherze, ale byłem przekonany że król kazał mi obserwować Ciebie. Na Sigmara! Doprawdy nie wiem jak mogłem być tak głupi! Przecież nie raz widziałem dowody twojego męstwa w walce i w podejmowanych decyzjach. Jednak chaos nie takich mężów jak ty potrafił skusić do przejścia na swą stronę, być może stąd wzięły się moje podejrzenia. Błagam cię wybacz mi Bracie ... - błagającym wzrokiem spojrzałem na swego dowódce.
-A co do Ciebie szanowny Witoldzie i ty Wielki Inkwizytorze wybaczcie zachowanie moje i mych towarzyszy. Dla krasnoluda zabicie kogoś w niehonorowej i nieuczciwej walce to naprawdę prawdziwa hańba i dlatego twoja prośba wzbudziła w nas taki gniew. Jeszcze raz proszę was drodzy głosiciele kultu Sigmara, nie miejcie im tego za złe. Jestem przekonany, że każdy krasnolud w ich położeniu postąpiłby tak jak oni. Natomiast w tej chwili, gdy tylko zrozumiałem swą misję twa propozycja przeorze - w tym miejscu spojrzałem z szacunkiem na Witolda - nabrała dla mnie zupełnie innego znaczenia. Nie ma większej świętości od rozkazów króla i teraz... - mówiąc to uklęknąłem i z pochyloną głową wyciągnąłem na rękach swój młot w stronę młodego adepta i przeora - ... teraz Wielki Inkwizytorze Davidzie von Borden ofiaruje Ci do dyspozycji swój młot i choćby zaraz jestem w stanie wyruszyć i zgładzić tego tchórza von Dussenrina. Wiem, że popełniłem ogromny błąd i zrobię wszystko, aby go naprawić. Ja Ragnar "Krwistobrody" Gotrinsson wnuk walecznego i oddanego królowi Urgrima, padam przed wami na kolana i błagam o wybaczenie...
-
Czempion Tzeentha
Rozjuszony wróg zachował się dokładnie tak, jak to przewidziałem. Jego powolne ruchy i nieprecyzyjne ataki dawały mi dużą przewagę. Najwyższy czas aby to skończyć...
- Pokłoń się przede mną i pokornie poddaj się mojej woli, człowieku, a obiecuję, że nie będziesz cierpiał... za bardzo - rozbrzmiały słowa, niewypowiedziane przeze mnie, choć padające z moich ust.
- Słyszałeś? Już niebawem spotkasz się ze swoim przeznaczeniem, a twoją duszę posiądzie Tzeenth! Haaa... Nie obawiaj się, zginiesz szybko.
Zamachnąłem się kiścieniem i poczekałem aż przeciwnik wyprowadzi kolejny cios, a następnie szybko przemieściłem się w miejsce, gdzie nie mógł mnie dosięgnąć jego następny atak. Wybrałem odpowiedni moment i pozwoliłem, aby łańcuch kiścienia owinął się wokół jego broni. Równocześnie wyprowadziłem kolejny płaski cios tarczą, wycelowany w uzbrojone ramię. Nie zwlekając, spróbowałem rozbroić przeciwnika...
-
*Inkwizytor przechylił powoli głowę jak gdyby od niechcenia przez ramię i spojrzał na Nurgla. Na jego twarzy widniał najstraszniejszy, najbardziej, morderzy, najbardziej krwiożerczy i złowrogi uśmiech jaki ktokolwiek kiedykolwiek widział. Łowca wybałuszył oczy, prawie jakby zaraz miały z oczodołów wypaść po czym wybuchnął przerażającym, opętańczym śmiechem.* Hahahahahahahahaaahaha, hahahahahahha *dźwięk rozchodził się w pustce* Jedyne czego pragnę * Krizz stał już na wprost Nurgla całą swoją sylwetką* to wyrwać ci te gnijącej, kur** oko, pokroić je na plasterki, a potem włożyć do kanapki z szynką i majonezem* Jego uśmiech jeszcze trochę się rozszerzył wydawałoby się, że prawie już twarz rozrywając. Łowca w ułamku sekundy chwycił za oba pistolety przy pasie. Z ust ciekła mu stróżka sliny*
-
Bale
Strażnik pochylił się aby uniknąć oślepiającej strużki krwi. Popełnił błąd... O ułamek sekundy za późno zauważył jak topór zbliża się to jego twarzy. Potężne cięcie wyprowadzone z łydki przecięło mu żuchwę i przedzieliło twarz na dwie połowy. Człowieczek śmiesznie zagulgotać i ochlapał berserkera krwią po czym runął na ziemie. Drugi cios znad głowy oddzielił krwawą masę udającą twarz od reszty tułowia. Ahh...ofiara dla Khorna od tak dawna..
Czempion Tzeentha
Olbrzym rozejrzał się po salce, patrząc jedynym pozostałym mu okiem. Widząc śmierć swojego mniejszego towarzysza, zawył jak raniony tur.
- Tatoooooooooo! - wrzasnął i zamachnął się łańcuchem na Bale'a. Chwila nieuwagi wystarczyła, by Czempion Tzeentha zareagował.
- Pokłoń się przede mną i pokornie poddaj się mojej woli, człowieku, a obiecuję, że nie będziesz cierpiał... za bardzo - padły z jego ust słowa, które sprawiały wrażenie, jakby zostały wypowiedziane przez kogoś innego.
Wojownik krzyknął coś jeszcze, lecz jego przeciwnik już tego nie usłyszał. Dobrze wymierzony cios kiścieniem, splótł obie bronie razem, a tarcza strzaskała kość lewego ramienia, o czym doskonale świadczył głośny trzask. Olbrzym wydał jedynie ciche sapnięcie i opadł na kolana, wypuszczając łańcuch ze sparaliżowanej ręki, a zdrową próbując zakryć głowę. Oto ofiara dla tego, który zmienia drogi...
Siegfried
Jadąc w stronę świątyni łowca zauważył ciemny kształt posuwający się za nim. Nie jeden, dwa. I trzeci biegnący po dachu. Złodzieje? Jak na złodziei ruszają się za szybko i zbyt zwinnie. A więc zabójcy. Przez odbicie w okularach widział jak jeden z cieni znikł za rogiem, prawdopodobnie szukając drogi do oskrzydlenia ofiary... łowca jechał dalej ciemnymi uliczkami a myśli jakie nim ruszały są wiadome tylko jemu...
Krizz
Bestia nie okazała strachu, tylko spojrzała jakby zafascynowana na łowce
- Dziecko grozisz praojcowi Nurglowi? Jesteś albo niesamowicie oddany Sigmarowi albo...taaaak....szalony! Pomyśl odrzucisz moją propozycję? Mogę dać Ci wszystko co tylko chcesz...Mogę dać Ci krew, niekończącą rzeź albo kobiety...Powiedz tylko, że staniesz po mojej staniesz jak będzie taka potrzeba!
Karlan
Łowca jechał długo, mijając ciągle takie same ponure domostwa. Wszędzie taka sama rozpacz i cierpienie. Kiedy miał już wjechać do klasztoru jego wzrok przykuł dość osobliwy spektakl. Koło stosu na którym z tępym wyrazem twarzy pomału palił się heretyk, leżał łowca czarownic z którym Karlan miał nieprzyjemność jechać do zamku. Rzucał się on jak w febrze wykrzykując jakieś bezładne słowa. W sumie pies go chędożył gdyby nagle nie wykrzywił twarzy w grymasie podniecenia i nie wykrzyknął
- Nurgleeeeeeee!
To przykuło uwagę łowcy. Młody kapłan który nadzorował egzekucję podskoczył i poleciał do kata. Szepnął mu coś na ucho i wrócił do blondyna chwytając go za ramiona. Kat najwidoczniej znał swoje obowiązki i poleciał po topór wbity w pobliski pieniek.
Balwrather, Ragnar, Thoren
Na inkwizytorze małe wrażenie zrobiło wystąpienie, bardziej zdziwił się wybuchem nagłej szczerości krasnoluda. Przygryzł dolną wargę i chwilę utrzymywał milczenie po czym odezwał się dość twardym głosem.
- Powstań Ragnarze. Możecie jeszcze odkupić swoje winy, chodź powiem wam, że daję wam drugą szansę tylko i wyłącznie z powodu mojej znajomości z królem gór. Nie patrzcie na mnie tacy zdziwieni, mam zapewne więcej lat niż wam się zdaję. Więc jak Thorenie i Balwratherze? Przyjmiecie teraz moją prośbę?
-
Ki ch*j?! Co on tam wrzasnął?! Dostałem do pomocy jakiegoś czarownika czy co? Muszę mieć na tego dziwaka oko - nie wiadomo jaki numer jeszcze przyjdzie mu wywinąć. Z drugiej strony też chciałbym powalać takich bydlaków byle wrzaskiem.... Jeszcze nie widziałem kogoś w takim stanie w jakim znajduje się ta małpa. Co on tam mamrocze? Zaraz..... kiedy ubiłem szczura wstrząsnęło to nim, mam nadzieję iż mój porąbany towarzysz nie zabije go od razu - muszę pomachać przed twarzą syna resztkami jego ojca. Cholera! Z kim, albo z czym spłodził takie draństwo!
No, ale teraz muszę zająć się moją ofiarą - rozrąbię go na kawałki! Podchodzę i potężnym zamachem odcinam mu lewą łapę, tak! tego mi brakowało! czuję, czuję że wypływam z bajora gówna. Takkk! los zaczyna mi sprzyjać. Ale z gęby nie zostało wiele - odrąbie mu jaja i wepcham do mordy tego goryla.
- Mój "karmazynie" powstrzymaj się przed ubijaniem swojej zdobyczy, muszę mu coś podarować. Po za tym dwie sprawy: Po pierwsze to ja jestem tu szefem, bo mam misję od samego Khorna, a ty jesteś tylko pomagierem Asava Kula. Po drugie: Czego mamy nie sp******ć?. Tylko nic nie kombinuj, bo zanim piśniesz jedno niewłaściwe słowo to utnę Ci łeb, zrozumiałeś?
-
*Mężczyzna przeanalizował słowa demona w biegu. Nagle zatrzymał się. Podrapał się po głowie z głupim wyrazem twarzy po czym rzekł jak dziecko, które nie może doczekać się nowej zabawki, a jednocześnie jest szczęśliwe bo na pewno ją dostanie* Wiesz.... Może jednak coś w tym jest. * uśmiechnął się niewinnie * wesoło by było tak rozpruć parę ciał, przeprowadzić sekcje.... Kiedyś słyszałem o pewnym krasnoludzie, który z jelit swojej ofiary zrobił sobie pas od spodni i sznurówki. *Wybuchł śmiechem jak z dobrego żartu* facet miał niewątpliwie dobre poczucie humoru.
-
Spojrzałem zadumiony, stojąc już na korytarzu, na Ragnara. Wstrząsnął mną ogrom pomyłki, mojej pomyłki, który chlubił się nieskończoną wiernością królowi; gdyby nie Ragnar, już byłbym zgubiony i musiałbym udać się na wygnanie.
- Wybacz mi, panie! - rzekłem, podchodząc śpiesznym krokiem, klękając obok towarzysza i wyciągając z pochyloną głową młot w kierunku Inkwizytora. - Jeśliś rzeczywiście kontaktował się z królem, nie mam prawa odmówić ci służby ani oferować nieprzyjaźni. Ja, Balwrather, syn Narnagara, który jest synem Hurrkilama, a potomkiem Marnaruana Wynalazcy, oferuję ci swój młot i wierność, a zarazem młoty i wierność całego regimentu, póki stoisz po stronie Króla, niechaj żyje tysiąc lat. Popełniłem błąd, byłem nieroztropny, zaślepiony wściekłością, którą wywołała próba - i nadal odmawiam zabicia kogokolwiek inaczej, niż twarzą w twarz, z powodów, które Ragnar już wymienił, a także własnych, które kierują mną od dziecka, a dzięki którym dzisiaj mogę ci oferować mój oręż. Wypełnimy polecenie króla z największą skutecznością; musimy jednak - zwrócił się do towarzyszy - wystrzegać się więcej sprzeczek między sobą. Mamy przed sobą ciężkie boje z tymi, tfu, chaotami, a i w mieście ich sporo, choć nie wypowiem się o sposobach ich zwalczania. Poza tym, drogi Inkwizytorze, czy masz jakiekolwiek pojęcie o tym, kiedy stawimy wrogom czoła? Regiment szósty cały czas jest gotów do działania, acz lepiej wcześniej, niż później.
-
A to ci niespodzianka . Patrzyłem zdumiony na towarzyszy to na inkwizytora .
- Może niezbyt dwornie to zabrzmi , ale jesteśmy na wojnie - zakląłem - i jako , że cholera jasna jesteśmy sprzymierzeńcami powinniśmy sobie ufać . Tu spojrzałem z wymownym uśmiechem na Ragnara . Ukłoniłem się nisko przed inkwizytorem i podjąłem mówić dalej :
- Ja Thoren z rodu Khotenów z Karak Hirn przekonałem się na własnej skórze jak to sprzymierzeńcy sobie nie ufają i dzięki temu nie mam już rodziny . Dla tego najmocniej przepraszam za napad złości na przeora Witolda - uśmiechnąłem się paskudnie - i zgadzam się z towarzyszami . Mój młot przy następnej bitwie będzie ociekał krwią tych - siarczyście zakląłem - chaotów . Lecz teraz z chęcią wysłucham pana inkwizytora i pańskiej drugiej propozycji...
-
- Whoa! - krzyknąłem do konia, który w mgnieniu oka stanął jak wryty na moją komendę. Cóż do k***y nędzy? Śmierdzi tu złem i to najczystszym... - pomyślałem zeskakując z grzbietu niosącego mnie jeszcze przed chwilą rumaka.
- Sp******ać z drogi! Ale już! - wrzasnąłem w stronę tłumu i począłem się bezczelnie przebijać do przodu. Ten kapłan jest ślepy, czy głupi? A może jedno i drugie... - przeleciało mi w myślach, gdy biegnąc przewracałem jakiegoś śmierdzącego gnojem wieśniaka w tłumie. Chędoż się obwiesiu... I co się tak k***a wszyscy gapią? Przedstawienie oglądają? Jak to jest to co myślę, to za chwil kilka stanie się tu coś złego... - myśląc to przebiłem się w końcu przez tłum i ujrzałem to co z daleka nie było tak jasne jak teraz.
Łowca w konwulsjach i z wykrzywioną twarzą mamrotał coś i rzucał się po ziemi, stojący obok niego kapłan wydawał jakieś polecenia katowi, a nad tym wszystkim górowała trawiona na stosie ofiara inkwzycji, było w niej jednak coś dziwnego... widziałem już dziesiątki palonych na stosie, ale ten... wydawał się... dziwny... spokojny...
- Jest tu jaki wyższy kapłan? Szybko! Biegnij po niego! Powiedz, że jak tu zaraz się nie pojawi to miasto do szturmu nie dotrzyma... - krzyknąłem do gapiącego się we mnie kapłana. No rusz dupsko sku****lu! - pomyślałem patrząc na rysujący się mu na mordzie głupi wyraz zdziwienia zmieszanego ze strachem.
- Czego jeszcze tu czekasz? Głuchyś imbecylu? - dodałem widząc, że niezbyt szybko zbierał się do wykonania mojego polecenia.
- Ty odejdź z tym toporem, bo sobie jeszcze krzywdę zrobisz i ludzi odgoń jak najdalej! - rzuciłem do stojącego kilka kroków ode mnie kata, który widocznie na polecenia kapłana dobył stojący niedawno pod murem topór, którego to refleksy słoneczne dostrzegłem zeskakując chwilę temu z konia.
- To nie jest zwykła egzekucja i lepiej wierzcie mi na słowo... - dodałem jeszcze na koniec do stojącej dwójki, która chyba przez zaledwie sekundy zapomniała o moich poleceniach i wciąż stali jakby wbici w ziemię.
Nurgleeeeeeee! Mam nadzieję, że się mylę, ale... to jednak to o czym myślę. - w tym samym momencie sięgnąłem po zatknięte za pas dwa skałkowe pistolety i szybko wyciągając je skrzyżowanymi rękoma wycelowałem z obu w pierś trawionego przez ogień skazańca... a może kata?
-
- Skrytobójcy? Przeciwko komu skierowane jest ich ostrze? Przeciwko mnie? Czyżby ktoś chciał pozbyć się łowcy bo przeszkadza mu w planach? No tak miasto jest pod oblężeniem, czy tylko ja jestem niewygodny? - pomyślałem, lewą ręką dobywając pistolet. - Czy ty czasem nie masz zbyt wygórowanego mniemania o sobie? Przecież jest tu przeor Witold i ten drugi... jak mu tam było? Ech, nieważne później sobie przypomnę, teraz trzeba zająć się tymi tutaj.
Jechałem cały czas w kierunku świątyni, czujniej się rozglądając wkoło. Mięśnie miałem napięte czekając co się wydarzy. - Zaatakują czy nie? Czy może zauważyłem ich przypadkiem? Cholera jasna jak ja nie lubię skrytobójców. Nawet jak zakon wynajmował ich w niektórych sprawach, przebywanie z nimi w jednym pomieszczeniu przyprawia mnie o mdłości. Inna sprawa walczyć z pomiotem chaosu, inna sprawa mordować za pieniądze. I jeszcze to głupie swędzenie pod łopatką jakby tam była wycelowana strzała. Byleby szybko dojechać do świątyni.
-
Czempion Tzeentha
Ignorując polecenie Bale'a, stanąłem za obezwładnionym przeciwnikiem i szybkim ruchem sprawiłem, że łańcuch, którym jeszcze niedawno sam wymierzał ciosy, owinął się wokół jego szyi. Następnie mocno pociągnąłem za oba końce, z przyjemnością wsłuchując się w chrzęst pękającej krtani i łamanych kości.
Niech jego dusza odejdzie do Tzeentha, pomyślałem z satysfakcją.
Powoli uniosłem głowę i spoglądając na krwawiącego Berserkera, roześmiałem się.
- Znacznie sprawniej wydajesz rozkazy, niż fechtujesz, Bale - powiedziałem z pogardą. - Nie przypuszczałem, że byle człowiek zdoła cię z taką łatwością zranić - zadrwiłem i puściłem jeden koniec łańcucha, uwalniając bezwładne ciało. - Rozczarowujesz mnie. Haaa... Słyszałeś? Jestem z ciebie niezadowolony. - Przestąpiłem nad zwłokami i stanąłem nieruchomo, wpatrując się w Berserkera. - Musisz się jeszcze wiele nauczyć... - Niespodziewanie wykonałem pełen obrót łańcuchem i rzuciłem nim w kierunku Bale'a tak, aby owinął się wokół niego, unieruchamiając go.
-
Multiposting bo teraz idzie podsumowanie, wcześniej była wypowiedź gracza niespodzianki. Do 6 lutego będę animował postać Wężyka. To by było na tyle jeżeli chodzi o ogłoszenia. Nie podsumowuje Bale i Czempiona Tzeentha, chłopaki będę was pchał dalej jak się wreszcie pogodzicie ze sobą :P
Siegfried
Wypadki potoczyły się błyskawicznie. Jednocześnie strzała przeleciała obok ucha konia płosząc go, skrytobójca który znikł wcześniej gdzieś z boku wyskoczył nagle z cienie i celnym ciosem ściął łeb koniowi. Martwe cielsko zwierzęcia zrobiło jeszcze krok po czym zwaliło się na ziemie. Gdyby nie refleks łowcy prawdopodobnie zostałby przygnieciony przez końskie ścierwo i walka skończyłaby się zanim się na dobre zaczęła. W miejsce gdzie powinna być głowa łowcy, uderzyła z świstem kula od muszkietu. Zabójca na dachu zaklął szpetnie i zaczął ładować muszkiet. Jego kompani nie czekając rzucili się na łowce z mieczami gotowymi do zabijania.
Krizz
W oczach bestii można było dostrzec iskerki podniecenia.
- Taaaaaak.... Mogę dać Ci wszystko czego zapragniesz, a tak niewiele od Ciebie wymagam... - Ciemność wokół Krizza poczęła falować i zmieniać kolory. Cały świat wokół wydawał się być jakby widziany oczami ślepca, wszystko było rozmyte i bez kształtu. W końcu nabrała ostrości i ukazała spaloną wioskę. Wszędzie walały się trupy dzieci, kobiet i mężczyzn a pośrodku stał on. Emanował jakąś mroczną energią a jednocześnie potęgą, szczęściem, żądzą mordu i euforią. Krizz spojrzał na mroczne odbicie siebie które rozglądało się po pobojowisku z strasznym uśmiechem po czym wybuchło śmiechem pełnym...radości. Bestia nie wiedząc kiedy znalazła się za plecami Krizz, poczuł jej gnijący odór i usłyszał szept tak nęcący...
- Więc...umowa? To wszystko może się stać...
Karlan
Kapłan pierwszy oprzytomniał i pobiegł w stronę klasztoru z wyrazem twarzy jakby zobaczył samego Khorna. Kat chwilę pomruczał coś pod nosem, po czym odszedł obrażonym krokiem wyraźnie niepocieszony, że nikt nie docenił jego umiejętności. Wbił on z rozmachem topór obok skazańca. I usiadł obok na ziemi. Nagle podskoczył jak na igłach i uciekł w tłum z krzykiem. W miejscu gdzie siedział widniała teraz gnijąca dziura, a topór był pożerany przez robaki. Od miejsca w którym skazaniec powoli się kopcił zaczęła się roztaczać aura zgnilizny, prawie można było dotknąć mrocznej mocy która się od niego rozchodziła. Nagle drewniane deski najbliżej stosu zaczęły gnić...krzycząc jak zarzynane dzieci. Tłum zerwał się z krzykiem do ucieczki we wszystkich kierunkach. Do tego obrazu paniki nie pasowały tylko dwie rzeczy. Rzucający się coraz bardziej łowca i skazaniec z uśmiechem triumfu.
Balwrather, Ragnar, Thoren
Inkwizytor spojrzał na Balwrathera i zamyślił się. W końcu powiedział powoli cedząc każde słowo jakby było na wagę złota.
- Chaotów oczekujemy...jak przyjdzie pora. Podejrzewam, że szturmować będą rano. Dobrze przywódco krasnoludów dla Ciebie będę miał specjalne zadanie. Ale to jak Twoi towarzysze wyjdą. - Skinął ręką na adeptów którzy ukłonili się i wyszli zamykając z pobożnością drzwi. Witold w końcu pozbierał się z ziemie i stanął po prawicy Inkwizytora, ściskając kurczowo młot i puszczając złe spojrzenia na Balwrathera. - Co do was - zwrócił się do Ragnara i Thorena - to wiecie co zrobić, dwie przecznicy stąd jest burdel do ktróego ten wieprz chodzi. Za kilka minut wyjdzie. Wysłałbym moich ludzi....ale sami rozumiecie. Nie chodzi o zrucenie winy na was tylko o kwestie zaufania. Ludziom nie można ufać do tego stopnia. Po zabiciu Von Stauffena musiałbym zabić adeptów a potem zabójców których wynajełem do tej roboty i tak w kółko. Wy krasnoly chodź jak obiecacie milczenie to milczycie. A teraz ruszajcie nie ma czasu do stracenia.
-
- Ty ch**u!!
Cholera jasna! Zaj***e tamtego czarownika za sprowadzenie tego psychola! Odwołuje zdanie o poprawie losu, nadal jestem po uszy w gównie. Odskakuje do tyłu, ćwiekowana kula mija mnie o milimetry. Trzeba mu przemówić do rozsądku, jeszcze mnie zabije! Mam z nim walczyć z taką raną?! Z drugiej strony - i tak nasza współpraca chyba nie wypali.
- Hej skur******e! Opamiętaj się trochę! Mamy misję do wykonania, a wiedz że żaden z nas sam sobie nie poradzi.
Hmmm.... Chyba moja przemowa do niego nie trafiła. Co mam zrobić? Ubić wariata?! Macha cepem jak krzepki wieśniak. Ale skoro chce walczyć to nie walczy - tanio skóry nie sprzedam.
- Szykuj się szmato na śmierć!! O wielki Khornie! Pokieruj mymi toporami w walce o twoją cześć i chwałę! Niech Tzennth ukorzy się przed twoją potęgą.
Mam nadzieję iż zaraz wpadną jacyś nowi strażnicy, albo coś innego, niech stanie się cokolwiek co mnie wybawi od tego szajbusa. Mimo to przyjmuję postawę bojową, czekam na jego ruch. Teraz muszę bić z kontry. Atakuj, atakuj, wiele przeszedłem a ty mnie nie doceniasz. Nie pierwszy raz jestem w opresji i na pewno nie ostatni.
- No psie! Dawaj!
-
Wciąż mierząc w trawione na stosie zwłoki z dwóch pistoletów skałkowych obserwowałem wszystko co działo się dookoła. Kapłan już jakiś czas temu zniknął w drzwiach klasztoru... Kat spi****lił gdzie pieprz rośnie, a za nim cały tłum na widok... hmm... dziwnych desek.
- Całe życie na to czekałem! - krzyknąłem wyginając usta w ironicznym grymasie. Szukałem tego całe życie, ganiałem jak głupi po świecie od wioski do wioski i teraz moje marzenia się spełniają! - dodałem jeszcze w myślach, ale jeśli to na stosie jest tym czym myślę, nie powinno mieć kłopotów z odgadnięciem kołatających się w mej głowie myśli.
- Nurgle to Ty ku***ie? Zostaw tą wijącą się u twych nóg pokrakę i chodź tu do mnie! - Wykrzykując te słowa w kierunku stosu jednocześnie odrzuciłem z pleców płaszcz i zaraz za nim kapelusz. Khorn cię szukał przez cały ten czas! Teraz z jego mocą zostaniesz zgładzony! - patrząc prosto w miejsca gdzie powinny być oczy ofiary w myślach przekazałem mu to co byłem pewien, że usłyszy... Sigmar jest słaby i jego moc gówno dla ciebie znaczy śmieciu, ale to nie Sigmar prowadził mnie przez te lata po świecie w poszukiwaniu herezji... Khornie! Teraz potrzebuję Twej mocy Panie, bo żem znalazł to co znaleźć mi kazał tyle lat temu! Daj mi więc siłę by zniszczyć wyrzutka, którego zniszczyć w Twym imieniu obiecałem! - rzuciłem gniewnie w myślach w stronę gnijącego Nurgle i wystrzeliłem z obu pistoletów, mierząc jednym w pierś, a drugim głowę...
-
Wystrzeliłem z pistoletu prosto w głowę zabójcy na dachu. Jego ciało sturlało się na uliczkę spadając z głuchym plaśnięciem.
- Wy psie syny - krzyknąłem w stronę przeciwników - Myślicie że jesteście na tyle potężni, aby rzucić wyzwanie samemu Siegfriedowi Grunenwaldowi! Nie uległem w walce z pomiotami chaosu, całe swoje życie poświęciłem służbie Sigmarowi i Świętemu Inkwizycjum! Nie polegnę w walce ze zwykłymi zabójcami.
Uniknąłem pierwszy cios wymierzony przez jednego z zabójców. Treningi w szkole inkwizycyjnej dały pożądane efekty. Natarłem na przeciwników z imieniem Sigmara na ustach.
-
Ragnar
Powoli podniosłem się i poprawiłem młot. Zrobiłem lekki ukłon w stronę Inkwizytora i bez słowa ruszyłem w stronę wyjścia. Otworzyłem drzwi i ostatni raz omiotłem spojrzeniem celę.
Nie wierzę że naprawdę mnie to spotkało. Ech... Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że będę musiał bawić się w jakiegoś pieprzonego skrytobójce. Tfu! Tfu! A jednak muszę to zrobić, w końcu to rozkaz od króla. Przynajmniej postaram się dać temu głupcowi jakieś szanse obrony... musi być jakieś honorowe rozwiązanie ... Nie ma czasu do stracenia, musimy działać szybko.
Nie zamykając za sobą drzwi wyszedłem na korytarz szukając wzrokiem jakiegoś adepta, który mógłby mnie poprowadzić do wyjścia, gdyż nie byłem pewien czy dobrze pamiętam drogę powrotną przez gąszcz klasztornych korytarzy.
-
*Krizz wybuchł serdecznym śmiechem. Obrócił się w stronę Nurgla i jak gdyby to był kumpel z karczmy złapał istotę za "ramię" i rzekł* Wiesz co, lubię cię* Uśmiechnął się szeroko* Zgadzam się oczywiście, jak mógłbym przepuścić tyle wspaniałej zabawy!*Łowca obrócił się zaczął się dokładniej przyglądać rozprutym zwłokom, z rozkoszą wymalowaną na twarzy.*
-
Balwrather
Zmarszczyłem czoło. Jeśli ony tchórz jest takim tchórzem, na pewno ma co najmniej dwóch ochroniarzy. Jeśli nie jest tchórzem, a tylko leniem, ma jednego, acz z pewnością wybranego, a do tego trzeba pewnie doliczyć jakiegoś kompana, więc z pewnością nie zdołają wykonać, pies je trącał, skrytobójstwa. I na, ku*wa, szczęście. W honorowej walce, choćby miał czterech oprychów, nie uda mu się, nie ma co się martwić. Wstałem, chwytając w połowie trzonu młot, jak zawsze, gdy nie spodziewałem się nagłego ataku, acz byłem świadom niebezpieczeństwa, uznając, że Inkwizytor może chować swe emocje. Przeor nawet się najwyraźniej nie starał tego zrobić. Obejrzałem się, czy aby nie ma za mną żadnego adepta, ba, szczura nawet; jeśli żadnego nie zaobserwowałem, obejrzałem się na towarzysza Witolda, mimo podejrzeń - a nawet po części dzięki nim - uznając go teraz za ważną osobistość godną szacunku, rzekłem:
- Cóż to za specjalne zadanie, skoro mym towarzyszom powierzyłeś śmierć Dussenrina? Jeśli nie obrazi ono króla, wykonam je ze wszelkich sił. - W moich myślach latały przypuszczenia, cóż to może być za zadanie; zainteresowało mnie to niezwykle. Oby tylko nie wysłał mnie na samobójstwo "z imieniem Sigmara, ku*wa, na ustach", pomyślałem, nie pokazując jednak nic z tego na twarzy; oczy moje już dawno przyzwyczaiły się do nieokazywania uczuć, męczone w wielu bitwach widokiem poległych ziomków, znajomych, bliskich przyjaciół wreszcie, a w mym społeczeństwie nie uznawano smutku za męski. Zresztą, każdy krasnolud jest już z urodzenia przystosowany do takiego sposobu bycia, niektórzy jednak tego nie wykorzystują.
-
Czempion Tzeentha
Roześmiałem się głośno słysząc słowa Berserkera. Oparłem tarczę o ścianę i podniosłem przewrócone krzesło, aby następnie na nim usiąść.
- Bale, czy naprawdę sądzisz, że Asaval Kul pozwoli ci żyć, gdy już wykonasz zadanie? Haaa... Musiałbyś być głupcem... - Przerzuciłem kiścień do drugiej ręki i głośno westchnąłem. - Bez obaw, niczego więcej się po tobie nie spodziewałem. Jeżeli chcesz, możemy to skończyć tu i teraz... ale jest również inne rozwiązanie. Mam dla ciebie propozycję, od której może zależeć twoje bezwartościowe życie.
-
Siegfried
Pierwszy zabójca, który wcześniej chyba wystrzelił z łuku zaatakował płasko mieczem z biodra, łowca zwinnie odskoczył unikając ciosu i jednym szybkim i niezwykle płynnym ruchem wyjął szpadę z pochwy i wymierzył cios w odsłoniętą rękę zabójcy. Szpada gładko przeszła przez ciało nie pozwalając łowcy nawet odczuć oporu ciała przeciwnika. Ręką poleciała w powietrze wystrzeliwując za sobą strumień krwi. Zabójca nie wydał z siebie żadnego dźwięku, odskoczył jedynie upuszczając miecz i chwytając się kurczowo za kikut. Drugi widząc rany swojego towarzysza zamarkował cios w szyję po czym przeturlał się po ziemi i z klęczka próbował dźgnąć przeciwnika w odsłonięte plecy. Łowca był szybszy odwrócił szpadę i dźgnął na ślepo pod pachą. Poczuł opór i usłyszał ciężkie stęknięcie. Odwrócił się aby zobaczyć kątek oka jak zabójca odskakuje w tył ochlapując plecy łowcy krwią z rany w obojczyku.
Krizz
Bestia zaśmiała się z wyższością.
- Widać, że wiesz co dobre powiedz mi tyl...Ha ha ha ha ha! - bestia nagle zaśmiała się z jakąś wrodzoną złośliwością - Tylko na tyle Cię stać mój bracie?! Wysyłasz mi złamanego człowieka?! Słuchaj mnie mój sługo! W mieście jest mój czempion! Pomóż mu! Pomóż a Cię wynagrodzę ponad miarę! Waszym znakiem będą...dwa wężę, nie szukaj ich! One znajdą Ciebie! A teraz wstań, wstań i głoś imię Nurgle!
Karlan
Strzały trafiły prosto w miejsca w które łowca wycelował. Skazaniec na moment przed śmiercią zaśmiał się z nutą zwycięstwa po czym opadł na słupie martwy. Łowca usłyszał jeszcze cichy śmiech i słowa wypowiedziane jakby z złośliwością:
- To miasto...zostało mi poświęcone... Zginiesz tu słaby wyznawco...zginiesz bo takie jest Twoje...przeznaczenie...
Thoren i Ragnar
Krasnoludy wygramoliły się z klasztoru i rozejrzały po mieście, dookoła trwała dziwna panika. Burdel do którego miały zmierzać znajdował się dwie dzielnice dalej. Thoren spojrzał nieco zdziwiony zamieszaniem na zewnątrz na swojego towarzysza i zapytał trochę niepewnie
- Idziemy?
Balwrather
Inkwizytor podszedł do regału z książkami i wyciągnął jedną z wielu książek, regał drgnął po czym odsunął się z hukiem odsłaniając wejście do tunelu.
- Powiem krótko i na temat, masz zaminować ten tunel...Jeżeli miasto upadnie wysadzimy je w cholere.
-
Cholera... Teraz to dopiero jestem w gównie... Nie o takie ocalenie mi chodziło Khornie, nie o takie. Ale skoro jestem na niego skazany to muszę z nim współpracować. Może i było by lepiej gdyby mnie zabił? Jak będę mógł po przystaniu na jego propozycję spojrzeć w lustro? Wszytko to Khornie robię dla Ciebie...
- Mów, o co Ci chodzi, wysłucham z uwagą.
Czuję się jak trędowaty, obrzydliwość!
-
Zmarszczyłem czoło. Na brodę Grungniego, plan parszywy niezwykle, ale skuteczny. Przez chwilę się wahałem, lecz gdy przez myśl przeleciał mi obraz bliżej nieokreślonego Czempiona Khorna, od razu podjąłem decyzję. Tunel był długi, to było widać na pierwszy rzut oka. W myślach od razu zaczął mi się układać plan, jak ułożę ładunki i proch; żałowałem jednak nieco, że w czasie, gdy moi kompani będą już pewnie po paru trupach, ja dzisiaj jeszcze żadnego zdrajcy, na psa urok, nie ukatrupiłem. Pogładziłem czule swój grund, po czym rzekłem do Inkwizytora:
- Da się zrobić, dajcie mi proch i trochę czasu. Najpierw przygotuję ładunki przez całą długość tunelu, rozsypię proch aż tutaj... albo nie, lepiej użyć lontu... - i mrucząc temu podobne rzeczy, wszedłem do tunelu, nie myśląc zbytnio o chaotach, pies ich trącał, grożących miastu. Zacząłem iść wzdłuż lewej ściany, szukając co słabszych miejsc i zaznaczając je ludzkimi runami od jeden do dziesięciu, przy czym dziesięć był najsłabszy, a jeden - minimalnie słabszy od reszty tunelu. Co prawda wygodniej mi było używać klinkarun, ale na wszelki wypadek się od nich powstrzymałem.
-
- Za Sigmara - krzyknąłem i dobiłem zabójce rannego w plecy. - Z tobą rozprawie się inaczej - rzekłem do drugiego i uderzyłem go w skroń celem ogłuszenia. Następnie oderwałem wąski pasek z jego koszuli i ucisnąłem rękę na wysokości łokcia. - To powinno załatwić sprawę krwawienia. - Rozejrzałem się po oknach okolicznych domów. Nie zauważyłem żadnego obserwatora tej walki. - Dobra a teraz czas na weselszą część zabawy. - podszedłem do najbliższych drzwi i zacząłem w nie walić tak mocno, że mało co nie wypadły z zawiasów. - Otwierać. - krzyknąłem - Otwierać w imieniu inkwizycji. Na Sigmara, jeśli mi nie otworzycie przysięgam że wyważę te cholerne drzwi.
-
Cholera! Noż k***a! Całe życie sku***la szukałem, a ten spieprzył w tak łatwy sposób! Khornie dlaczego nie użyłeś swej mocy! Dlaczego nie zatrzymałeś go, żebym w proch obrócił to gnijące gówno! Opuściłem powoli broń, z której wciąż dobywał się gryzący odór dymu po wystrzale. Niespiesznie nabiłem obydwa pistolety na nowo prochem i gdy ponownie były w pełni gotowe do użytku zatknąłem je za pas. Trzeba było się domyślić, że bez pomocy Khorna jedynie cielesną powłokę tego rozkładającego się gówna byłem w stanie zabić... Gdyby tylko zatrzymał go swą mocą w tym trawionym przez ogień martwym ciele. Spojrzałem w tym momencie na płonące coraz szybciej truchło, z którego w dwóch miejscach gdzie trafiły kule ciekła krew... czarna i brudna krew. Przeniosłem wzrok na wrota klasztoru czekając, aż któryś ze śmierdzących zakonników raczy ruszyć swoje dupsko i wyjść na zewnątrz. Cały czas słyszałem i widziałem krzątających się w te i wewte ludzi, dla których niedoszła egzekucja z zabawy zamieniła się w koszmar... nie potrwa on jednak długo, bo miasto i tak padnie, a wtedy nawet sobie nie wyobrażacie jaki koszmar was czeka!
Miasto zostało mi poświęcone. - przypomniałem sobie nagle to co jeszcze chwilę temu dobyło się z trupa na stosie. Może jednak jeszcze nie wszystko stracone... Pewnie jeszcze niedługo się spotkamy śmierdzielu! Nurgle! Czekam tutaj i na samego Khorna - teraz nie zawiodę plugawcu, jeśli się znów spotkamy, a Khorn stanie u mego boku! W tym samym czasie skrzypnęły masywne zawiasy i bogato zdobione złotymi rytami drzwi od klasztoru powoli poczęły się otwierać...
-
Thoren i Ragnar
Krasnoludy wygramoliły się z klasztoru i rozejrzały po mieście, dookoła trwała dziwna panika. Burdel do którego miały zmierzać znajdował się dwie dzielnice dalej. Thoren spojrzał nieco zdziwiony zamieszaniem na zewnątrz na swojego towarzysza i zapytał trochę niepewnie
- Idziemy?
Ragnar
Uśmiechnąłem się gorzko.
- Nie wiem jak ty drogi towarzyszu, ale ja zamierzam zabić tego tchórza i wypełnić zadanie. Jeśli jednak nie chcesz narażać swego dobrego imienia, nie musisz iść ze mną. Ja zaś nie mam wyboru, wszak to królewski rozkaz. Aha i jeszcze jedno ... - zwróciłem się do Thorena klepiąc go po ramieniu
- Wybacz mi bracie, że nie powiedziałem wam o mojej misji, ale naprawdę nie mogłem nic zdradzić. Zresztą znasz mnie, choćby mnie torturowali, wolałbym sczeznąć niźli cokolwiek pisnąć. Ale teraz wszystko już wiesz i jeśli chcesz możesz mi pomóc. Wybór należy do Ciebie - zamilkłem na chwilę czekając na reakcje krasnoluda. - No decyduj się Thorenie, nie ma czasu do stracenia,czekają dziewki do wychędożenia - roześmiałem się rad ze sprośnego żartu. - Wpadniemy do burdelu, ukatrupimy paru tchórzy i kto wie, noc jeszcze młoda, może zdążymy dołączyć do naszej kompani.
-
Studniówka, kac i netia, te trzy rzeczy sprawiły opóźnienie sesji, ale teraz wracam i, że tak zacytuje marine chaosu: "We back....And We better then ever!!". Dziękuje za wyrozumiałość od teraz sesja pojawia się już normalnie.
Bale & Czempion Tzeentha
Kiedy dwóch czempionów rozmawiało na tematy znane tylko sobie po schodach dziarsko zbiegł oddział tarczowników. Sierżant, starszy jegomość z sumiastym wąsem rozejrzał się po pobojowisku spowodowanym eksplozją bomby. Wziął głęboki wdech i poczekał chwile aż jego twarz nabierze koloru dojrzałej wiśni, po czym wrzasnął aż pochodnie na ścianach się zatrzęsły:
- SZUKAĆ TYCH PSICH SYNÓW!!
Karlan
Z drzwi klasztornych wybiegł stary zakonnik w szarym stroju. Mimo podeszłego już wieku poruszał się szybciej niż niejeden młodzieniec. Na ramieniu niósł ciężki czarny młot bojowy. Wskoczył na podest szybkim susem który wręcz kłócił się z jego wiekiem i spojrzał swoją starczą twarzą na stos. Przeniósł swój wzrok na Karlana po czym znowu spojrzał na stos. Po kilku dłuższych chwilach milczenia i przenoszenia wzroku z celu na cel w końcu zwrócił swe oblicze na ucznia Inkwizytorium. Był całkowicie łysy i miał starczą twarz która mogła być twarzą dobrotliwego staruszka, mogłaby..gdyby nie była wykrzywiona teraz grymasem wielkiego gniewu. Zakonnik chwycił pewnie młot który zabuczał i zapłonął czerwonym ogniem i spojrzał gorejącym spojrzeniem na młodzieńca, kiedy z zapałem ściągał młot spod kołnierza wypadły mu insygnia przeora.
- Lepiej żebyś szybko mówił i szybko się tłumaczył, albowiem ja Witold Niosący Ogień daję Ci sekundę zanim Twój łeb zostanie oddany w ramach ofiary dla Sigmara!
Siegfried
Kiedy łowca uderzał z zapałem w drzwi, zabójca który stracił dłoń powoli podniósł się z ziemi. Oddychał ciężko spod kaptura i zdrową ręką grzebał u pasa. Szybko znalazł czego potrzebował i wyciągnął trzy małe fioletowe kulki. Uderzył nimi o ziemi, uwalniając gęsty fioletowy dym. Kiedy w końcu opadł, po skrytobójcy nie było śladu zaś na jego miejscu pozostały jedynie insygnia Inkwizytorium ze szczerego złota...
Thoren i Ragnar
krasnolud ponuro kiwnął głową po czym powoli ruszyli w stronę burdelu. Panujący dookoła chaos i harmider ciężko było opisać, każdy człowiek uciekał w innym kierunku wykrzykując coś o Nurgle. Jedynie dwa krasnoludy szły spokojne,ponure i zdeterminowane...Burdel nie wyróżniał się niczym od innych budynków, może tylko tym, że w jednym z okien paliło się różowe światło. Przed drzwiami stało dwóch potężnych ochroniarzy w płytowych zbrojach. Jeden z nich dzierżył młot bojowy i tarczę a drugi potężny zweihander. Spojrzał na krasnoludy przez wizjer w hełmie i warknął basem
- Coś zgubili?
Balwrather
-Idź ciągle do przodu za jakieś trzy kilometry powinieneś dojść do komnaty z prochem, zrób co trzeba po czym wróć tu i prowadź swe krasnoludy w bitwie! - krzyknął za przywódcą krasnoludów jeszcze inkwizytor po czym zamknął wejście, pogrążając tunel w ciemnościach. Kiedy regał wrócił na swe miejsce Inkwizytor spojrzał w konsternacji na ściane i szepnął do siebie...
- Wybacz, ale ktoś musi zginąć...
-
Spojrzałem na przeora, który zamarł w pozycji z której mógłby przypieprzyć mi tym młociskiem zanim sięgnę do pasa po broń. Spojrzałem mu w oczy i dostrzegłem... samo zło, nie było w nich śladu dobra Sigmara, tylko... zło. Co ty k***a robisz po tamtej stronie?! Przecież takim złem to sam Khorn promieniuje, a nie jakiś mnich klasztorny... - przeleciało mi w myślach, ale już na głos wypowiedziałem:
- Nie widzisz mości przeorze? Ten którego egzekucję czyniliście nie był tylko człowiekiem... Masz większe problemy niż armia chaotów za bramami. W mieście... - zatrzymałem na chwilę głos, by nadać kolejnym słowom jeszcze większy wydźwięk - ...panuje Nurgle! - po wypowiedzeniu tego zakazanego imienia, dostrzegłem jak mina przeora zmienia się, a jego oczy zamiast promieniować złem poczęły... się lękać?
- Tak... Dobrze słyszałeś! To Nurgle... Nim zabiłem tą cielesną powłokę którą trawią resztki ognia wypowiedział takie słowa "To miasto...zostało mi poświęcone...". Chyba nie muszę mości przeorowi tłumaczyć tych słów? Radziłbym więc opuścić młot i nie kierować jego siły na sprzymierzeńców, lecz na zło które zniszczy to miasto od środka. Podejrzewam jednak, żeś to wszystko wiesz? Czyż nie dlatego płonie cała dzielnica? Dlatego został tu przeor przysłany... Nurgle, ta plugawa gnida nie podda się byle egzekucji wymierzonej ze strony wiejskich zakonników. To właśnie tu robisz, czy nie mam racji? Jedynie siła Inkwizytora może być przydatna...
Zanim otworzył usta by coś odpowiedzieć, postanowiłem grać dalej rolę tak jak Khorn radził mi za młodu...
- Aaa... lepiej tym tutaj leżącym łowcom się zajmij. Nurgle'owi tylko silny i prowadzony umysł jest w stanie się przeciwstawić, a... ten tutaj na takiego nie wygląda, ale przeor zapewne to wszystko wie i wie co musi z nim uczynić, by nie powiększyć plugawych zastępów?
-
K***a mać! Kto tam wrzeszczy! Czy nikt nie może zostawić tych przeklętych lochów w spokoju! Ruch tutaj jak na jakimś zapchlonym targowisku - ten burak, szczur z małpą, a teraz jakieś sucze syny! Ależ jestem wk******y! Nie puszczę ich żywych - zmasakruję ich choćby miał w tej walce zginąć.
- Karmazynie mamy kolejnych chętnych do wyzionięcia ducha.
A ten znowu stoi jakby nigdy nic! Ci od Tzenntha są jak jakieś kamienie - milczący i powolni. A teraz muszę z nim tworzyć zespół - no teraz to już czekam aż przypałęta się do nas jakiś czarodziej i rzezimieszek. Będzie prawdziwa cholerna drużyna! Otworzyć bramy, otworzyć bramy - takkkk... cały czas kołaczę mi to w myślach O Wielki Khornie, ale nie mogę zrejterować z pola walki! Najpierw muszę zabić!!! Zabić!! A potem przystanę na propozycję mojego towarzysza - już mi będzie wszytko jedno, gdy zaspokoję na chwilę żądzę mordu!
- Musimy sprawić aby cierpieli! Tego wymaga od nas Chaos! Chodź ze mną aby rzucić się w wir walki!
-
Dwóch tępych osiłków jak ochroniarze ?? To może i nawet dobrze , bo choć nie jestem jakimś dyplomatycznym powsinogą to może uda się wejść bez szwanku . Co Ja gadam , Nabijmy im łby na pale przy tej miłej hacjendzie , napłynie więcej klientów . Uśmiechnąłem się ponuro i wytrzeszczyłem do nich moje zęby . Cholera , nigdy jakoś nie miałem miłego uśmiechu , więc raczej tą drogą dyplomacji nic nie zdziałam . Popatrzyłem na Ragnara , potem na tępych ochroniarzy i rzekłem głupawym tonem udając jakiegoś nobila :
- Zgubili ?? Nie my przyszliśmy wydać trochę forsy na panieneczki bo jesteśmy no tymi... nobilami krasnoludzkimi z krainy... hen daleko za górami , lasami i za łąkami no i za drogami oczywiście . Więc jeśli mógłbyś dobry człowieku przepuścić nas do środeczka to bym był bardzo wdzięczny .
-
Nie przeraziłem się ciemności, jako krasnolud od zawsze byłem do tego przyzwyczajony. Zdziwiłem się jednak dość mocno tym, że Inkwizytor zamknął za mną drogę powrotną. Nie usłyszałem, oczywiście, jego szeptu, acz w głowie zaczęły latać mi czarne myśli, czy aby na pewno gdzieś tam, daleko, jest proch, czy aby na pewno tunel nie jest pełen chaotów, pies ich trącał, i czy aby na pewno zostanę wypuszczony po zaminowaniu tunelu.
- A, ku*wa, jak coś takiego, to raz się żyje! - rzekłem, by dodać sobie otuchy, po czym ruszyłem tunelem, trzymając młot w prawej ręce; byłem gotowy w każdym momencie chwycić go obiema i zamachnąć się na wroga. Co kilka kroków sprawdzałem ściany po moich obu stronach, czy nie mają w sobie czegoś ciekawego.
-
W pierwszej chwili, miałem wielką ochotę aby przydzwonić swym młotem prosto w łeb jednego z ochroniarzy i wtargnąć do środka jednak jakoś się powstrzymałem. Jutro podczas szturmu każdy obrońca może być na wagę złota. Damy im szansę, a jeśli nie będą grzeczni to ... no cóż, ich strata, w tym zamieszaniu i tak nikt nie przejmie się śmiercią dwóch półgłówków.
Surowym wzrokiem spojrzałem na ochroniarza, który zadał pytanie.
- Komu służycie?! Gadaj szybko! Jesteście tu z rozkazu szanownego pana von Dussenrina tak? - zapytałem surowym tonem.
- Taa, a panowie w jakiej spr... - zaczął ochroniarz , lecz przerwałem mu w połowie zdania
- A więc słuchaj synu, bo nie będę dwa razy gadać po próżnicy. - na chwilę zamilkłem aby zebrać myśli. - Jesteśmy tu z polecenia króla i mamy bardzo ważną sprawę do waszego dowódcy, która nie może czekać. - mówiąc to machnąłem mu przed oczami kopertą z pieczęcią królewska, po czym kontynuowałem. - Być może macie rozkaz aby nie wpuszczać nikogo, lecz zaręczam, że jeśli nie pozwolicie nam wejść pan von Dussenrin będzie bardzo niezadowolony. Wiedzcie też, że wasz dowódca to mój dobry znajomy i postaram się szepnąć mu coś jakich to ma wyśmienitych ochroniarzy, oczywiście pod warunkiem, że nie bedziecie robić problemów. No to chyba wszystko. Aha i jeszcze jedno- nie martwicie się, nie zabawimy tu długo, no chyba że szanowny pan von Dussenrin będzie chciał nas ugościć jakimiś panienkami. - mówiąc to zaśmiałem się grubiańsko i porozumiewawczo spojrzałem na Thorena.
- A i być może wam się coś dostanie od życia czcigodni żołnierze, ale nic nie obiecuje - uśmiechnąłem się wrednie do ochroniarzy. - No ale my tu gadu gadu, a sprawa jest naprawdę pilna więc pozwólcie ... - ponownie przybrałem surową i zdecydowaną minę i zacząłem się przeciskać do środka.
-
- Cholera jasna. Przeklęci skrytobójcy i ich cyrkowe sztuczki. A miałem takie piękne plany wobec niego. - Odszedłem od drzwi i podszedłem do miejsca gdzie wcześniej stał zabójca. Podniosłem symbol z ziemi. - Kometa z rozczepionym ogonem, a na niej młot. Nie można się pomylić. Czyżby jakiś inkwizytor zlecił im tę misję? Nie, na pewno nie, nie dawał by im przecież swojego amuletu. Wychodzi na to że, wcześniej musieli jakiegoś zabić. Psie syny, sczezną za to w piekle. - Włożyłem wisior do torby, zebrałem moje rzeczy z martwego konia i wziąłem się za przeszukiwanie pozostałej dwójki zabójców. W międzyczasie drzwi w które waliłem otworzyły się...
-
Bale
Jeden z tarczowników, którzy zeszli do lochu stanął nagle jak wryty.
- Słyszałem coś z tamtej strony!! - krzyknął wskazując na otwartą stróżówkę gdzie kryli się czempioni chaosu. Sierżant, wnioskując po zmieniającej się kolorystyce twarzy, szykował się do kolejnego wybuchu krzyku. Kiedy twarz nabrała już odpowiedniego odcieniu, wypuścił powietrze nosem niczym młody buchaj po czym wrzasnął strącając samym krzykiem wszystkie pochodnie ze ścian.
- DAWAĆ HALABARDY! TARCZOWNICY PRZED KUSZAMI! ZAKŁUJEMY TYCH PSICH SYNÓW!!
Karlan
Przeor uspokoił się nieco i opuścił młot. Chwile patrzył na łowce i myślał o sprawach tylko sobie wiadomych, po czym uśmiechnął się i uderzył młotem o podest. Jakby na jakiś sygnał z niebios z klasztou wybiegło dwóch zakonników. Spojrzeli oni niepewnie na przeora jakby nie wiedząc co zrobić. Starzec wskazał głową nieprzytomnego Krizza, bracia podskoczyli i szybko we dwóch wzięli nieprzytomne ciało i ponieśli je w stronę klasztoru. Witold położył zamaszystym gestem młot na ramię po czym odwrócił się bez słowa od Karlana i powolnym krokiem zaczął zmierzać w stronę klasztoru. Zeskoczył z podestu i rzucił przez ramię nie odwracając się:
- Idziesz czy zostajesz?
Siegfried
Drzwi uchyliły się jedynie a w szczelinie pokazała się dwójka przerażonych do granic możliwości niebieskich oczu. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem a z zamkniętych drewnianych wrót do domu łowca usłyszał cienki dziecięcy głos.
- Nie powinno Cię Tu być Siegfried Grunenwaldzie! Odejdź! Znajdziesz tu tylko śmierć!
Thoren i Ragnar
Strażnicy zamyślili się ciężko. Ten z młotem bojowym zwrócił się w stronę towarzysza.
- Szef kazał nikogo nie przepuszczać...
- Tak ale glejta królewskiego mają...
- No ale Szef...
- Chcesz się narazić, królowi gór? Możemy mieć problemy jak nie przepuścimy ich...
- Masz racje....
- I powiedzieli, że panienki odstąpią.. A wiem jak parzyłeś na tą rudą Hessle.
- Przestań bo w garnek zarobisz!
- No więc?
- Rób jak chcesz...
Strażnik z zweihanderem spoglądnął na krasnoludy i powiedział twardym głosem.
- Włazić, ale jak za dwie minuty nie zobaczymy was z powrotem to wyniesiemy wasze łby. Szef jest na drugim piętrze, różowy pokój. Postarajcie się nie przeszkadzać za bardzo.
Balwrather
Ciemny korytarz ciągnął się wiele kilometrów. Wydawało się, że droga nie ma końca a krasnolud zaczął powoli tracić nadzieje na zobaczenie jeszcze kiedyś świata zewnętrznego. Czas mijął i zaczął tracić na znaczeniu a ciemna rozpacz wyciągała swoje macki w stronę Balwrathera. W końcu krasnolud zauważył światło, uszczęśliwiony pobiegł w tamtą stronę i wpadł do wielkiej przestronnej sali. Ogromna sala o kształcie kuli miała idealnie wypolerowane ściany. Ściany które nie można było wypolerować ludzką ręką do tego stopnia. Na środku, całkowicie pustej sali siedziała pewna istota. Istota ta była odwrócona od karasnoluda plecami, jednakże Balwrather mógł zauważyć pierwszą dziwną anomalie w budowie stwora z jego pleców wyrastały skrzydła zasłaniające właściwie całą postać. Istota wydawał się być skulona i powtarzała do siebie, szeptem który brzmiał jak dźwięk łamanych kości:
- Moje figurki...Moje małe śliczne figurki...Balwrather....moja śliczna figurka...Krizz też śliczna ale nie tak jak Siegfried...Wszystkie śliczne..
-
Takkk!! Zmasakruję te żałosne kundle na miazgę! O śmierci przybywaj, czuję twój zapach, czuję krew! Khornie ci nędznicy nie są godni miana twoich ofiar - poświęcam Ci o wielki mój szał i gniew, które na nich kieruje.
- Krzykacz zginie ostatni. Nakarmię cie c**** własnymi ludźmi!
Nie mogę polec w walce z czymś takim - za dużo ostatnio przeszedłem, za dużo ostatnio miałem upadków i zagrożeń. Jestem zdeterminowany jak nigdy w wypełnić wolę Khorna, a oni mi nie przeszkodzą - zmiotę ich.
- ZABIĆ!!
Szarżuję na pierwszego z brzegu halabardnika - cieć nawet nie umie trzymać dobrze broni. Hmm..... kolejna grupa młodych poborowych pod komendą sadysty - o żołnierzy trzeba dbać, a nie traktować ich jak psów, rolę szmat pełnią wrogowie i cywile. Wpadam na niego z całym impetem, chuderlak odbija się ode mnie niczym świński pęcherz od ściany. Teraz po skróceniu dystansu są już martwi - robię wokół siebie dwa zamachy na ślepo. Coś muszę trafić!
-
Czempion Tzeentha
- Haaa... - Drgnąłem nagle, jakby porażony piorunem. - K***a, znów to i znów w najmniej odpowiednim momencie!
Nieoczekiwanie zdałem sobie sprawę ze wszyszystkiego, co wydarzyło się podczas mojej "nieobecności". Przypomniałem sobie słowa Bale'a i wrzaski tych głupców, którzy przyszli po swoją śmierć. Teraz muszę tylko znaleźć sposób...
- Bale, zamknij drzwi - zadysponowałem, podnosząc z jednej strony masywny drewniany stół. - Potrzeba nam czasu, aby zadecydować co dalej i... - wtedy spostrzegłem, że Berserkera nie ma już w pomieszczeniu. Nie zwlekając, chwyciłem kiścień i tarczę, a następnie ruszyłem tam, gdzie jak przypuszczałem teraz się znajdywał - na korytarz.
-
- Król Gór działa na wyobraźnie tych chędożonych strażników , ha mogłeś się bardziej wysilić , jakbyś trochę był bardziej śmieszny , a nie taki przekonujący . Uśmiechnąłem się do Ragnara i wszedłem do burdelu . Od razu usłyszałem jęki i odgłosy kobiet zabawiających się z naszym celem .
- Von Dussenrin się zabawia z kilkoma , czekaj jak miała ta ruda strażnika... Hessla . Może być ciekawie . Jeśli nie żartowałeś wtedy Ragnarze to może będziemy mieli coś do wychędożenia po wykonaniu tego cholernego zadania . Zaśmiałem się rad z żartu i łyknąłem potężny łyk krasnoludzkiego ale . Nie ma to jak porządne krasnoludzkie ale , a nie jakieś sikacze ludzi Skierowałem się schodami na drugie piętro .
-
Spiąłem się już przy pierwszym wyrazie tego... czegoś. Ku*wa, zdrada, posłał mnie na jakiś pomiot Chaosu! Skoro Inkwizytor mi nie powiedział, co tutaj i co to jest, pewnie jest to potężniejsze od niego, a na pewno ode mnie, więc lepiej wstrzymać się z atakiem... Wszystko to przeleciało mi przez myśli w ciągu sekundy, a w tym momencie istota wymieniła me imię. Głos przyprawiał mnie o dreszcze, miałem ochotę uciec od niego jak najszybciej; powstrzymałem się jednak. Gorączkowo szukałem w myślach jakiejś starej legendy, podania czy baśni nawet, w której pojawiało się wspomnienie o czymkolwiek podobnym. Jako, że nic nie wpadło mi do głowy, w myślach poprosiłem Grimnira oraz Grungniego o pomoc, chwyciłem mocniej młot i krzyknąłem:
-Hej, trzeszczymorda, spójrz no tutaj! Stoi przed tobą Balwrather, którego prowadzi wola wielkiego Grungniego i wspaniałego Króla Gór, chroni piękna Valaya, a siłę daje Grimnir Nieustraszony! Mów, czego chcesz ode mnie i nie próbuj mnie omamić jakimiś chaockimi sztuczkami, choćbyś był samym Zgniłkiem, którego jesteś najpewniej sługą, gdyż inny by mnie albo zaatakował, albo od razu próbował prze, ku*wa, kabacić na swoją stronę!
Czułem nagły przypływ odwagi, czy to z woli Grimnira, czy też własnej. W tym momencie jednak mało się nie przestraszyłem - przypomniałem sobie mój napad furii podczas walki z Witoldem, skojarzyłem to z siłą Chaosu, który może podzielić wszystkie osoby, i dodałem do tego to, że to coś nazywało mnie i jakieś dwie inne osoby swoimi figurkami - to dalo wynik, że uznałem za bardzo wysoce prawdopodobne, że przede mną rzeczywiście jest skurczony Zgniłek. Postanawiając w duchu więcej nie dopuścić do siebie szczypty wpływu Chaosu, chwyciłem młot tak silnie, że zbielały mi knykcie, i czekałem w gotowości bojowej na reakcję Nurgla czy też kimkolwiek on był.
-
Nic martw się Thorenie, najpierw misja a potem przyjemności - zwróciłem się do Thorena i uśmiechnąłem się rubasznie. Mhmm Ruda Hessle aaah .... Przed oczami ujrzałem piękną, skąpo ubraną dziewkę o płomienno rudych włosach podziwiającą mój wielki młot (ekhm znaczy moją długą brodę ) ... pewnie jest naprawdę piękna i w dodatku jest ruda, a ja bardzo lubie rudę ...
- Dobra! Załatwmy szybko tego wieprza, bo już nie mogę się doczekać tych atrakcji ! Nie zapomnij towarzyszu, że jeszcze czeka nas deserek w postaci tych dwóch półgłówków przed wejściem - zaśmiałem się wrednie i również pociągnąłem większy łyk swojego ale. - Nie chciałem walczyć z nimi teraz, bo ten pies von Dussenrin zapewne by coś zwęszył i mógłby próbować zwiać. A chyba nie chciałbyś go gonić po dachach, jak jakiś jeb** elf prawda ? - nie oczekiwałem odpowiedzi na to pytanie, poprawiłem tylko młot i ruszyłem za towarzyszem po schodach.
- Słuchaj Thorenie, - mówiąc to ściszyłem głos - proponuje załatwić to tak: wpadniemy na górę, rozwalimy drzwi kopniakiem i oznajmimy tej świni że na rozkaz królewski musimy go zabić i takie tam blablabla. Pewnie będzie miał jakąś broń, więc mogę wyzwać go na pojedynek żeby zachować te wszystkie honory, a ty w tym czasie możesz pilnować drzwi i już wybierać sobie jakąś ładną dziewkę. Co ty na to towarzyszu? - spojrzałem wyczekująco na Thorena. - A i jeszcze jedno- Błagam cię bracie zostaw dla mnie tą rudą Hessle, będę ci niezmiernie wdzięczny - zaśmiałem się serdecznie i znów przed oczami stanął mi obraz tej pięknej rudowłosej dziewki ...
-
Idziesz czy zostajesz... zadźwięczało mi w głowie i chwilę stałem żeby zastanowić się nad rzuconą propozycją. Jeśli przejrzał mnie i wciągnie w pułapkę założoną na mnie za wrotami klasztoru? A co jeśli rzeczywiście ma coś ciekawego do powiedzenia na temat tego całego bordelu co się dookoła dzieje? Spojrzałem na powoli odchodzącą postać i stwierdziłem jednak, że maskowałem się prawie 30lat z prawdą, więc teraz tak łatwo by mnie coś wydało? Zresztą czy wciągałby mnie w pułapkę... a może jednak mnie przejrzał, a sam też nie jest tym za kogo się podaje, przecież Chaos jest potężniejszy niż wszyscy uważają...
- Już idę... - rzuciłem przez zaciśnięte zęby i ruszyłem do przodu, by zrównać się krokiem z sunącym wolno przed siebie przeorem. Nie wiedzieć czemu, ale jednak postanowiłem tego w ostateczności nie robić i pozostałem jednak krok za nim.
- Mógłby mi mości przeor wytłumaczyć co tu się dzieje? Czy dlatego została puszczona z dymem cała dzielnica, ponieważ ktoś jednak dowiedział się o obecności Gnilca w mieści? Czy to przeor przewodzi inkwizycji jaka panuje w tym mieście? - zarzuciłem go pytaniami, gdyż oprócz niego nikt nie byłby w stanie udzielić mi tylu informacji o panującej w mieście sytuacji. W tym samym czasie minęliśmy masywne wrota klasztoru, które z łoskotem zostały zamknięte za nami. Dostrzegłem jeszcze, że nieprzytomny, bądź... martwy drugi łowca został zaciągnięty do jednego z bocznych pomieszczeń.
- Więc odpowie mi przeor na moje pytania? - dodałem po chwili w stroną wciąż milczącego, sunącego z cicha przed siebie przeora.
-
-Znajdziesz tu tylko śmierć! Znajdę i owszem, ale tych heretyków i inszych chaotów. - uśmiechnąłem się pod nosem, z ciała zabójcy z dachu wziąłem proch, a z obu te ich śmieszne kulki z dymem. Zawsze mogą pomóc w nieoczekiwanym momencie.
-No to teraz do świątyni i niech, na Sigmara, nic nie stanie mi na drodze, bo zdenerwowany staje się bardzo nieprzyjemny. A to miasto z minuty na minutę coraz bardziej mnie irytuje. No i nie mogę zapomnieć o moim zadaniu. Ech, ciężka jest służba łowcy, ale czekająca mnie w niebie nagroda wynagrodzi mi wszystkie nieprzyjemności na ziemi. - Z truchła konia zabrałem rząd, tobołki i poszedłem w stronę świątyni.
-
Bale & Czempion Tzeentha
Oba ciosy berserkera trafił w szybko postawione tarcze. Stosunek sił nie wyglądał zachęcająco czternastu ludzi z czego co najmniej trzech miało kuszę przeciwko dwóm czempionom chaosu. Bogowie w spaczni już uśmiechali się na myśl o ich rychłej porażce. Wąsaty nabrał powietrza w płuca, wstrzymał przez kilka sekund aby zmienić kolor twarzy na purpurę i wrzasnął. Niestety nikt nie usłyszał wrzasku ponieważ coś huknęło, błysnęło i podniósł się smród palonych ciał. Kiedy czempioni odzyskali zdolności widzenia, zobaczyli ciemną postać na korytarzu pełnym dymiących trupów, chwiejącą się jak drzewo na wietrze. Postać ciężko sapnęła po czym oparła się na trzymanej w ręku lasce.
- Ufff....robicie mi za dużo problemów psie syny...To była moja ostatnia pomoc...Na więcej nie mam mocy...Nie spier... - Nie dokończył czarnoksiężnik ponieważ zniknął rozpływając się w powietrzu. Teraz drogi do wyjścia bronił tylko leżący na podłodze kapitan, który patrzył w przestrzeń przerażonymi oczami i uciskał ranę na podbrzuszu próbując za wszelką cenę zatrzymać wypływające jelita.
Karlan
Przeor milczał całą drogę jakby nie dostrzegając łowcy. Korytarze zakręcały coraz bardziej a coraz większa wilgotność powietrza sugerowała, że schodzili coraz niżej. W końcu stanęli przed masywnymi drzwiami niewątpliwie należącymi do komnaty przeora. Starzec otworzył drzwi i oczom Karlana ukazała się postać innego mężczyzny. Mężczyzna w środku miał młodą twarz człowieka który ledwo wyrósł z wieku dziecinnego i blond włosy ścięte na pazia. Ubrany był w szaty adepta i spoglądał na Karlana nieco zdziwionym wzrokiem. Przeor ukłonił się i rzekł
- Sigmirus.
Adept skrzywił się nieco i zaprosił gestem do gabinetu Karlana.
Siegfried
Łowca już miał ruszać w drogę kiedy nagle drzwi które wcześniej się przed nim zamknęły otworzyły się z hukiem i wybiegło z nich może sześcioletnie dziecko. Mały chłopczyk z jasnymi loczkami podbiegł do łowcy i kurczowo przytulił się do jego nogi. Zanim Siegfried zrozumiał co się dzieje dziecko podniosło na niego załzawione spojrzenie dużych, niebieskich oczu i rzekło.
- Nie ić tam Siegfriedzie! Nie ić! Jasny tata z młotem nie chce żebyś umierał. Jasny tata mówi, że jesteś jego jedynym wybrańcem i że obronisz mnie przed brzydalami! Nie ić!
Załkał po czym wtulił znowu twarz w nogawkę od spodni.
Thoren i Ragnar
Kiedy krasnoludy zmierzały w stronę drzwi na drugim piętrze wszystkie kurtyzany schodziły im z drogi posyłając zalotne uśmiechy. W końcu zasapana dwójka stanęła przed drzwiami niewątpliwie należącymi do różowego pokoju.
Balwrather
Istota drgnęła i skuliła się jeszcze bardziej jakby spodziewając się ataku. Kiedy atak nie nadchodził skrzydła się rozprostowały a potwór odwrócił się powoli w stronę krasnoluda. Była to dziwna istota, jakiej żadna legenda nigdy nie opisała. Ciało nie należało na pewno do młodego człowieka, jasno żółta skóra zwisała na żałośnie chudym cielsku, istota ta miała wyjątkowo duże dłonie kończące się czarnymi jak smoła szponami, jednak najgorszą i najbardziej przerażającą rzeczą w jej wyglądzie była jej twarz. Płaska, z drapieżnym uśmiechem odsłaniającym ostre, trójkątne zęby w miejscu nosa znajdowały się tylko dwie szparki a tam gdzie powinny być oczy była tylko zarośnięta skóra. Stwór błysnął zębami w strone krasnoluda jakby zobaczył wyjątkowo smakowity kąsek i przejechał dłonią po łysym czerepie.
- Aj, aj, aj moja śliczna figurka tu jest. Aj, aj, aj niech no Ci się przyjrzę podejdź bliżej, podejdź.
-
Co do jasnej cholery?! Znów ten czarownik? Ileż jeszcze razy będzie tak tu wpadał?! I jeszcze ten rozkazujący ton! Ale mnie wk****! Ale zaraz.... skoro znów interweniował to znaczy że bardzo zależy mu moim zadaniu. Avras Khul nie poradzi sobie be zemnie - mogę to wykorzystać. Ten zapluty demon pewnie mnie zabije aby zagarnąć całą chwałę dla siebie, chyba będę musiał ściślej współpracować z karmazynem aby wykaraskać się z tego gówna. Takkk! Szantaż! Albo nie, to źle brzmi - lepsza będzie obustronnie korzystna wymiana. Trzeba dać pomiotowi do zrozumienia że bram nie padną jeśli nie stworzy mi.... hm, nam okazji do ocalenia skóry. Ale muszę kończyć moje wywody - mam tu przecież gościa, którym muszę się zająć. Nie chce aby odszedł za szybko....
- I co? Już tak nie wrzeszczysz? Obiecałem że nakarmię cię własnymi ludźmi, ale zmieniłem zdanie - będę miłosierny.
Schylam się nad nim i jedną ręką rozchylam jego gębę, a drugą wyrywam kawałek jelita.
- Otwórz buzie! Idzie papu.
Wpycham mu jego własne pełne gówna jelita w gardło. Takkk! Dław się, dław się samym sobą! No ale wszytko co miłe szybko się kończy - mimo cieć już ledwo charczy zanurzam moją rękę w jego wnętrznościach aż po łokieć i wyrywam co się da.
- Umieraj w imię potęgi Khorna!
-
Dzięki niech będą Grungniemu, to ohydztwo na pewno nie jest czymś tak potężnym, jak się obawiałem! Wygląda potwornie, ale oby wygląd był tego czegoś jedyną silną bronią...
Mimo odważnych myśli, na mojej twarzy pojawił się wyraz obrzydzenia. Nigdy nie wyobrażałem sobie czegokolwiek podobnego, nawet w sennych koszmarach nie widziałem demonów Chaosu. Splunąłem na ziemię, jakby próbując wypluć złe wrażenie odniesione z ujrzenia stwora, i rzekłem:
- Ha, ku*wa, myślisz, plugawy pomiocie Chaosu, że figurka tak łatwo da się zjeść czy cokolwiek innego chcesz z nią zrobić? Jest zrobiona z za twardej dla ciebie skały, a chronią ją jeszcze dłonie bogów! - I to rzekłszy, z zaciętym wyrazem twarzy, stanąłem w lekkim rozkroku, trzymając przed sobą oburącz młot. Mój przeciwnik już był zaalarmowany, więc nie miałbym szans w szarży, tym bardziej, że biegałem, jak na średnią wyższych stworzeń, powoli. Zamierzałem gwałtownie zrobić zamach młotem z prawa w lewo, gdy tylko stwór do mnie podleci, starając się wytrącić go z toru lotu. Spodziewałem się, że stanie się to w mgnienie oka, acz wiedziałem, że jest szansa, że podbiegnie on lub podskoczy w mym kierunku; w tym momencie celowałem w tors, zamierzając zmiażdzyć to, co w nim się kryło. Gdyby mi się nie udało, acz zdołałbym utrzymać się na nogach, wtedy wyprowadziłbym markowany cios z dołu, od lewej, prosto w górę, po czym uderzyłbym całą siłą w czerep. Gdybym jednak wykonał swój pierwszy zamiar, wtedy z imieniem Grimnira na ustach doskoczyłbym do wroga i starałbym się zmiażdzyć go mocnym ciosem.
-
Zwolna przekroczyłem próg sali, a tuż za mną skrzypiąc i uderzając o masywną framugę zamknęły się drzwi. Sala była nader skromna choć niewątpliwie zadbana i schludna. Na kamiennych płytach podłogi rozłożony był czysty dywan, a w kominku na przeciwległej ścianie tlił się emanujący ciepłem ogień. Adept - a raczej osoba w szatach adepcich, zastygł nieruchomo od czasu gdy mnie zobaczył w tym samym miejscu pośrodku pomieszczenia. Wyglądał tak jakby chwilę wcześniej przesiadywał przed stołem na którym leżały 4 księgi i pióro kałamarzem obok w połowie zapełnionej kartki. Hmm... Kto to może być? Przeor się ukłonił przedstawiając go, a to znaczy że... K***a nie wiem... Nigdy żem nie widział jak przeor się przed kimś w pół kłania...
- Witaj mości Sigmirus'ie. Skoro wiesz kim jestem to może zaszczycisz mnie tą samą informacją? Nader dziwna to sytuacja, że inkwizytor Sigmara bije pokłony w pół na widok osoby jeno w adepcich szatach... Wielce mnie tym zafrasował i nie wiem jak odnosić się do... hmm... Ciebie? Jeśliś jednak zdradzić tego nie chcesz, to oczywiście zrozumie to, ale skoro przeor nie był rad odpowiedzieć na me pytania, może Ty to zrobisz? - rzuciłem w jego stronę monolog o jaki siebie k***a nigdy bym nie podejrzewał, ale próbowałem ukryć rozbawienie tym co powiedziałem przed chwilą i nawet przez ułamek sekundy nie wykrzywiłem mordy w grymasie ironicznego uśmiechu.
Patrząc w jego oczy - jakże czyste oczy, co zdziwiło mnie choć sam nie wiem dlaczego, wyczekiwałem odpowiedzi, ale skoro nie zabrał jeszcze głosu, postanowiłem dodać to co interesowało mnie najbardziej:
- Któż Śmierdziela w mieście wyczuł i rozkazał całą dzielnicę spalić? Sądziłem, że był to przeor, ale teraz... mniejsza z tym co myślę. Dlaczego nad egzekucją czuwał byle mnich, a nie ktoś zaznajomiony z tą sztuką? Skoro w mieście przebywa przeor to on powinien przeto czynić wszelkie egzekucje... Jeszcze jedno. Nurgle nim zabiłem tą cielesną powłokę w której bytował rzekł słowa: "To miasto zostało mi przeznaczone...". Co to do cholery ma oznaczać? Czy klasztor wiedział o tym? Pewnie tak, gdyż nie przysyłałby tu w innym wypadku przeora i... no właśnie i kogo?
Zadałem te pytania wciąż patrząc w te czyste, niebieskie oczy, które na tle czerwieni bijącej z kominka zdawały promieniować jakąś bielą, a może to nie było tylko złudzenie wywołane przez ogień? Może sam miałem takie spojrzenie niemal 30 lat temu gdy... To co było się nie liczy, a jedynie czyny przesądzą o przeznaczeniu... Odrzuciwszy te myśli czekałem na odpowiedź spoglądając kątem oka na księgi i dostrzegając na jednej z nich tytuł: "Inquizium" - Maleara Srogiego... Hmm zdziwiło mnie to jeszcze bardziej, gdyż skoro... Osoba - tak będzie właściwie, która stoi przede mną dopiero naukę pobiera to dlaczego tym bardziej przeor skłonił się na jego widok? No cóż jeśli wszystko pójdzie tak jak oczekuję to zaraz znajdę odpowiedzi na me wątpliwości, gdyż adept otworzył usta...
-
- Nie płacz mały, wszystko będzie dobrze. - Kucnąłem przy nim i wytarłem mu łzę z kącika oka. - Nie bój się Sigmar jest przy tobie. Chodź odprowadzę cię do domu. - Wziąłem małego za rękę i poprowadziłem w kierunku drzwi. - Sigmarze miej nas w swojej opiece. - Wszedłem razem z nim do domu.
-
Z kopa otworzyć drzwi ?? Nie to zbyt powszechne , lepiej młotem uderzyć . Wziąłem młot i uderzyłem w zamek i klamkę . Drzwi otworzyły się z hukiem prawie nie wypadając z zawiasów .
- Można przeszkodzić ?
-
Wziąłem dość spory rozbieg aby wyważyć kopniakiem drzwi , jednak w ostatniej chwili uprzedził mnie Thoren, który zręcznym ruchem młota otworzył solidny zamek nie uszkadzając zawiasów. Niestety nie zdążyłem do końca wyhamować i z impetem wpadłem do wnętrza różowego pokoju. Zatrzymałem się chyba na czymś w rodzaju łóżka, gdyż odebrałem dość wyraźny sygnał bólu od moich goleni. Ałaaa, już nigdy więcej efektownych kopniaków na wejście!
Momentalnie zamilkły odgłosy i zapadła martwa cisza. W izdebce panował przyjemny półmrok. Lekko oszołomiony, otrząsnąłem się szybko i przecierając oczy rozejrzałem się po zacienionym pokoju ...
-
Czempion Tzeentha
- Niebawem zacznę się zastanawiać, czy my naprawdę jesteśmy tutaj potrzebni... - powiedziałem, trącając nogą zwłoki jednego z żołnierzy. - Może Kul robi zakłady o to, który z nas wcześniej polegnie? Haaa... Ja tutaj nie zostaję, Bale - zwróciłem się do Berserkera, pochylającego się nad ciałem kapitana. - Jednak daleko też nie zamierzam odejść - dodałem i wyszedłem na pustą ulicę.
Po przejściu zaledwie paru kroków, dostrzegłem niczym nie wyróżniający się dwupiętrowy dom z czerwoną dachówką. Podszedłem do zachęcająco zamkniętych drzwi i załomotałem w nie pancerną rękawicą...
-
Bale & Czempion Tzeentha
Strażnik zadławił się zawartością swoich ust po czym wyzionął ducha, wpatrując się w Bale przerażonym wzrokiem. Taki był koniec krzykacza. W więźniów uderzył podmuch świeżego powietrza niosąc zapach wolności...i rzezi. Całe miasto było do ich dyspozycji...Drzwi w które łomotał czempion Tzenntha odpowiedziały ciszą... Budynek wyglądał na opuszczony przez ludzi.
Karlan
Adept zaśmiał się w głos. Śmiał się perliście i szczerze. Kiedy skończył otarł łzę która pojawiła się w kąciku po czym podszedł do barku zrobionego z dębowej deski i wyciągnął z niego butelkę czerwonego wina i kryształowy puchar. Nalał sobie kielich do pełna i wrócił do stołu. Upił łyk wpatrując się w Karlana tajemniczym wzrokiem z którego nie można było nic wyczytać po czym odstawił delikatnie puchar. Milczał jeszcze chwilę po czym rozpoczął głosem pełnym rozbawienia:
- Sigmirus to kod oznaczający wrednego sku******na który wciska nos w nie swoje sprawy.
Adept sięgnął pod togę i wyjąc insygnia wysokiego inkwizytora z stolicy. Położył je na stole po czym spojrzał na łowce wzrokiem pełnym wyższości.
- Dużo, oj dużo pytań zadajesz jak na mróweczkę która ledwo zna coś innego poza swoje mrowisko. Mogę Ci na jedno pytanie odpowiedzieć, jestem Inkwizytorem pierwszego stopnia David von Borden, działam w konspiracji, nie muszę chyba wyjaśniać dlaczego...Inkwizytorium ceni sobie....dyskretność. Poza tym pojawienie się kogoś z rady mogłoby dość mocno zaniepokoiło by tutejsze dowództwo i mogłoby prowadzić do różnych, nieco ekstrawaganckich i pochopnych decyzji. - Tu Inkwizytor postukał palcem w blat stołu - Mogę Ci jeszcze powiedzieć, że to ja zleciłem spalić dzielnice... A na resztę Twoich pytań niby czemu mam odpowiadać?
Siegfried
Domek był mały, ciasny...i pusty! Nie było w nim nic oprócz siennika, zabawki do przytulania w kształcie misia i małej kapliczki ku chwale Sigmara. Zaraz po przekroczeniu progu dzieciak podskoczył radośnie i podbiegł do misia tuląc go z całych sił. Szybko usiadł na sienniku i wpatrywał się w łowcę szeroko otwartymi oczami jakby zaglądając mu w głąb duszy.
- Ładnie się świecisz wujku...Tak...jasno! Prawie jak jasny tato! Ale Ty nie jesteś jasny tato! Jasny tato ma młot! WIELGACHNY! I ma ciepły głos i dłonie! A Ty masz ciepły głos i dłonie? - zapytał ciekawsko berbeć.
Thoren i Ragnar
Kolejne wypadki potoczyły się jednocześnie, koło policzka Thorena przeleciał bełt kuszy przecinając powietrze i wbił się w ściane za jego plecami. Okazało się, że w samym pokoju stał jeszcze jeden strażnik który klnąc naciągał kuszę raz jeszcze. Sam von Dusserin okazał się postawnym młodzieńcem który szybko sturlał się z łóżka i pochwycił leżący na podłodze miecz i wrzasnął ile sił miał w płucach:
- Do mnie!!! Zabójcy!!
Krzyk jego przebił się nawet nad krzyk dziewki która piszcząc próbowała skrawkiem prześcieradła zakryć swoje wdzięki.
Balwrather
Nie wiedząc kiedy istota znalazła się za plecami krasnoluda, przejechała mu swoim pazurem po policzku lekko nacinając skórę:
- Ahh... Figurka a jaka bojowa...chce bić anioła...anioła losu...ahh...
Kiedy krasnolud miał się już odwrócić , powietrze za jego plecami zafalowało i potwór znalazł się znowu przed nim, przytykając swoją wstrętną twarz prawie, że do nosa krasnoluda.
- Niech no się przyjrzę... - Po tych słowach między dwoma zrośniętymi błonami na oczodołach pojawiła się szpara. Na początku można było w niej dostrzec tylko ciemność która wydawała się inną przestrzenią. Gdzieś w oddali można było zauważyć mały ruszający się punkty jakby...całe globy i gwiazdy. Kiedy krasnolud zatracał się w tym spojrzeniu, nagle w miejscu ciemności wyrosło wstętne gadzie oko które wpatrywało się natrętnie w twarz biednego młotodzierżcy. Bestia uśmiechnęła czym wywołała wyziew wstrętnego odoru z ust odsunęła nieco pokracznie od Balwrathera i odezwała się:
- Czego tu szukasz figurko...?
-
Ach!! Jak mi brakowało po pastwienia się nad jakimś śmieciem. Od razu czuję jak wracam do normalnego życia. Hmm..... nie mogę tak zostawić - utnę mu chociaż dłoń na pamiątkę. Zamachnąłem się i - ciach! Mam trofeum - tłusta ta łapa i brzydka, ale ważne że jest. Wsadzę ją do torby..... K****! Zaraz, moment, a gdzie ten pajac?! Hmm... może stoi za mną i szykuje się aby zmiażdżyć mi łeb?! Niedoczekanie twoje! Robię przewrotkę w przód, aby oddalić się miejsca w którym spodziewam się go ujrzeć. Odwracam się i..... nikogo nie ma. Poszedł sobie, zwyczajnie sobie poszedł - drzwi na zewnątrz są otwarte! Takkk!!! Wolność! Muszę opuścić te lochy. Biegnę ile sił w nogach, bo przecież znów mogą pojawić się jakieś szczury, ale nikogo nie ma. Wychodzę na zewnątrz..... i zaciągam się stęchłym powietrzem przerażonego miasta. Ochhhh!! Jaki piękny zapach, szkoda że na ulicach nie ma kogoś do wypatroszenia. Miasto wygląda pięknie - ponure, mroczne, opustoszałe. Gdybym jeszcze znalazł tylko jakąś chałupę pełną ludzi - marzenia.... O! widzę mojego przyjaciela, co on tam robi? Puka do drzwi?!
- Co ty wyrabiasz?! Przyszedłeś tu w gości? Może jeszcze zdejmij buty, aby nie urazić gospodarzy. Przynosisz ujmę czempionom Chaosu. Odsuń się ja to załatwię!!
Zasadzam siarczystego kopa w te nędzne deski - drzwi posłusznie wypadają z framugi. Dobywam toporów i zanurzam się ciemność. Cholera! Czy tu żyją jakieś szczury?! Co za ciemnica! Muszę znaleźć pochodnię, albo inne źródło światła. Idę i potykam się co raz chyba o jakieś krzesła i zabawki, ale k**** nie ma tu żadnego źródła światła!
- Karmazynie! załatw jakieś światło - nie wiem, może wyrwij latarnię.
Nie mogę łazić w takich ciemnościach, nie jestem jakimś pieprzonym skavenem!
-
Z obrzydzeniem otarłem policzek, miejąc jednak teraz inne zmartwienia niż ewentualne zakażenie. Z trudem zbierając myśli, rzekłem, zachowując postawę bojową i utrzymując jeszcze bardziej wzmożoną czujność:
- Lepiej najpierw, aniele losu, który nie wie nawet, jakiż los mnie tu przywiódł, powiedz mi, co ty tutaj robisz, zapewne pod lub w pobliżu miasta ludzi! Zaspokój mą niechao, ku*wa, cką ciekawość i rzeknij, czym, na brodę Grungniego, jesteś? Ja nie szukam tu niczego, gdyż widzę, że tego, czego miałem szukać, nie znajdę tutaj, a zostałem wysłany w bój, którego przeraził się Inkwizytor! Mówże, czego chcesz!
-
- Nigdy nie ma przymusu odpowiadać na pytania... - odpowiedziałem czym prędzej na słowa inkwizytora.
Co on tu może k***a robić? Tfu... raczej skąd wiedzieli, że coś jest nie tak? Może tylko mi się wydaje, ale coś tu śmierdzi i nie są to wojownicy chaosu za murami miasta... Dlaczego ta misja jest niby owiana aż takim płaszczem tajemnicy... Tekst o ekscentrycznych działaniach dowódców może sobie wsadzić, bo tylko dziecko uwierzy w takie brednie. Coś tu musi śmierdzieć...
- Skoro inkwizytor nie ma zamiaru odpowiedzieć na moje pytania i rozwiać mych wątpliwości, nie pozostaje mi nic innego jak wrócić do... pracy - wypowiadając to słowo mimowolnie wykrzywiłem twarz w ironicznym uśmiechu - gdyż suche gadanie nigdy, nikomu nie pomogło... Zwłaszcza w konfrontacji z samym Nurgle. Oczywiście o ile jest ona do wygrania, w co wielce wątpię. Nikt i nigdy nawet nie zagroził bytowi któremukolwiek z bóstw chaosu, a to oni rzucali wyzwanie całemu światu, posyłając do walki armie prowadzone przez takich czempionów jak Asavar Kul, więc... Czy jest w ogóle szansa na zwycięstwo w tej walce? Sądzę że nie... - do tego dodałem już w myślach: ...a Sigmar jest tak słaby, że nawet stojąc naprzeciw czempiona namaszczonego przez bogów chaosu, posrałby się jak dziecko na widok wilka w lesie.
W tym momencie odwróciłem się na pięcie i kierując się w stronę masywnych drzwi rzuciłem jeszcze przez ramię:
- Mrówka nawet nieznająca niczego poza swoim mrowiskiem, może narobić szkody wchodząc przeciwnikowi, tam gdzie nie trzeba i ból fallusa wywołując... Więc czy jest ona aż tak bezużyteczna? - kończąc tą wypowiedź złapałem za uchwyt drzwi i pociągnąłem do siebie.
-
O nie k#$^@ !!! Ci dwaj nie wyjdą z stąd żywi !!! O nie !!!
- Ragnar !!! Bierz tego von Dusserina !!! Ja się zajmę tym chędożonym strażnikiem !!! Nie czekałem na reakcje Ragnara . Ci dwaj mnie wkurzyli i to mocno .
- Mogło się skończyć dla was milej !!! Z młotem uniesionym zaszarżowałem na strażnika i uderzyłem z prawej .
-
Na chłodno oceniłem sytuacje: Thoren zajmie się strażnikiem, a ja nie powinienem mieć problemów z tym gołym patałachem. Bardziej obawiałem się tego, że jeśli go nie uciszę, jego krzyk może wzbudzić panikę w burdelu i zaniepokoić tych dwóch osiłków na dole. Na szczęście że jesteśmy na drugim piętrze i zanim się tu wgramolą pewnie będzie już po wszystkim. Tak czy siak trzeba działać szybko.
- Co się tak drzesz prostaku. - wycedziłem w stronę von Dusserina - twoi dwaj koledzy na dole już dawno wąchają kwiatki od spodu i ciebie też to czeka. Więc proszę cię , nie strzęp gęby po próżnicy, bo niezbyt lubię słuchać krzyków zarzynanych wieprzy. Obiecuje ci że załatwimy to szybko i bezboleśnie.
A więc z rozkazu króla: GIŃ TCHÓRZU DUSSERINIE!! - mówiąc to zaszarżowałem na młodzieńca równocześnie biorąc szybki zamach młotem .
-
- No dobra mały, przed jakimi brzydalami miałem cię bronić i kim według ciebie jest "jasny tato" - zadałem pytanie ostrzejszym tonem. - Najpierw twierdzisz że nie powinno mnie ty być, a następnie pragniesz protekcji. W ogóle to miasto zaczyna działać mi n a nerwy, straciłem z oczu cel mojej misji, zadaje pytania jakimś dzieciakom, a osobnik który próbował mnie zabić uciekł mi sprzed nosa. To nie jest mój szczęśliwy dzień. - Uklęknąłem przed ołtarzem Sigmara i zacząłem się modlić - Moja pobożność jest moją tarczą. Moja wiara jest moim młotem. Światło Sigmara prześwieca przeze mnie. Wszelkie zło, które stanie na mojej drodze zostanie zniszczone w imię Sigmara. Amen.
-
Czempion Tzeentha
Z zażenowaniem obserwowałem bezceremonialne wtargnięcie Berserkera do wnętrza domu i przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie zawołać tu strażników, a samemu poszukać innego schronienia. Gwałtowny dreszcz natychmiast odegnał tą myśl, a jej miejsce zajęła kolejna... i następna... i jeszcze jedna...
- Bale, głupcze! - wykrzyknąłem. - Haaa... Lepiej pogódź się z ciemnością, bo będziemy dziś w niej trwać aż do wschodu słońca - powiedziałem i wstawiłem wyważone drzwi na ich miejsce. - Pod warunkiem, że wszystko się powiedzie - dodałem po chwili kontemplacji.
-
Bale & Czempion Tzeentha
Ulica nagle zaroiła się od głosów, strażnicy z okolicznych kwater najwyraźniej przybiegli i postanowili sprawdzić co się dzieje. Jeden głos, widocznie należący do kapitana przebił się przez hałas.
- Przeszukać kanały, zakamarki i budynki! GDZIEŚ TU MUSZĄ BYĆ!
Strażnicy odpowiedzieli chórem i rozbiegli się we wszystkich kierunkach. Czempioni już myśleli, że udało im się odpocząć gdy nagłe i mocne pukanie do drzwi uświadomiło im jak bardzo się mylą.
Karlan
Inkwizytor zaśmiał się szczerze. Śmiał się wniebogłosy i trzaskał pięścią w stół zginając się w pół. W końcu opanował atak śmiechu otarł łzy wierzchem dłoni i powiedział rozbawionym tonem.
- Masz gadane łowco. Zostań chętnie odpowiem na Twoje pytania w końcu co nam szkodzi. To miasto i tak jutro do południa będzie tylko kupą gruzu. Jak nie zniszczy jej ten przeklęty Kul to zrobię to ja. He..he...he...fallusa...dobre - mruknął do siebie.
Siegfried
Dziecko podeszło do modlącego się mężczyzny i spojrzało na niego jakby zachowywał się jak idiota.
- Dziwnie mówisz do jasnego taty. Ja do niego mówię: "Cześć tato! Jestem głodny!" I dostaję jedzenie. To on powiedział, że przyjdziesz. Powiedział też, że umrzesz jak tu przyjdziesz. Powiedział Twoje imię nawet. Ale się śmiesznie nazywasz! W ogóle wiesz, że tata Cię lubi?
Thoren i Ragnar
Strażnik odskoczył przed ciosem Thorena i nieco zdziwiony spojrzał na krasnoludów.
- Co do...- nie dokończył widocznie nie znajdując w słowniku odpowiedniego przekleństwa. Rozejrzał się po pokoju po czym zachował się dość dziwnie. Wyskoczył przez okno oślepiając wszystkich odłamkami szkła i robiąc zamieszanie hukiem. Dussenrin przeturlał się o podłodze omijając cios młotem i schował się pod łóżkiem na którym siedziała przerażona dziewka.
Balwrather
Oko zamrugało i szczelina przesunęła się na prawy policzek. Bestia uśmiechnęła się:
- Czym jestem...ahh...nikim...ledwo sługą Sigmara i Bóstw Chaosu... Ja tylko rzucam kośćmi, jak tysiące moich braci. Jak wypadnie ładna liczba figurka żyje, jak brzydka umiera. - bestia zachichotała - Czasem zabawnie umierają...hi hi hi...potknięcie, wypada brzydka liczba i bach! Figurka leży z złamanym karkiem. Hi hi hi! Moje imię jest za długie i pewnie nawet nie umiałbyś powiedzieć...Mów mi Los... Jestem tu bo.. - Tu Los skrzywił swoje usta i zawył jak zranione zwierze - Zły...zły...von Borden mnie tu uwięził! Zły! Niedobry! Chce mnie zabić! Zły!
Istota skuliła się otaczając się skrzydłami, spod kulki piór można była słyszeć łkanie. Dopiero teraz krasnolud zauważył, że skrzydła anioła są jakby połączone nitkami z hakiem na środku sali.
-
Nosz k**** mać! Ani chwili spokoju i wytchnienia! Miasto jest oblężone, a dowódcy marnują siły na poszukiwanie dwóch Chaotów. Niech od razu wyślą jeszcze cały regiment! Hmm.... co zrobić z tym natrętem? Będzie walił w drzwi, czy też odważy się je wyważyć? Ciekawe ilu ich tam stoi? Jeśli jeden to załatwię go nie wzbudzając większego hałasu. Założę na siebie tą płachtę która leży w koncie, otworzę drzwi, a debil wejdzie do domu - Takkk!! Genialny plan!
- Karmazynie stań przy drzwiach! Załatwimy natręta!
Narzucam na siebie jaką śmierdząca kołdrę i ruszam w kierunku drzwi...
-
Co jest ??!! K^$#@ !! Aż taki szpetny jestem ?!?! Popatrzyłem na Ragnara , który wyglądał na równie zdziwionego jak Ja .
Popatrzyłem na von Dussenrina .Jeszcze ten się schował pod łóżko . Cholera . Obróciłem się i popatrzyłem czy coś lub ktoś stoi za mną...
-
Zachowanie strażnika i von Dussenrina zupełnie mnie zaskoczyła. Zbaraniały, zastygłem w bezruchu, zupełnie nie wiedząc co spowodowało taką reakcje przeciwników. O co chodzi?! Co jest nie tak? Wątpię że to my wzbudziliśmy w nich taką panikę, gdyż przed chwilą byli gotowi do walki ... To musiało być coś innego, coś potężnego i strasznego...
Powoli odwróciłem głowę i spojrzałem za siebie trzymając w gotowości swój młot. Byłem przygotowany na jakiś okrutny, przerażający widok ...
-
Jak tysiące braci, co? Stanąłem przed ciężką decyzją. Uwierzyć mu, czy nie? Skoro Inkwizytor mnie tu wysłał, a jest człowiekiem, zrobił to na pewną śmierć. To plugastwo jest groźne, chociaż nie wygląda tak potwornie... Ale nie! Zaraz, skoro w mniemaniu tego von Bordel jest zły, to może być tak, że owo zło - które jest, w co nie wątpię, sk*rwysynem - chce zabić inne zło... Jeśli to kolejna sztuczka Chaosu, której ja się dam zwieść? Nie, nie zrobię tego tak szybko!
- Powiedz, Losie, czemu von Borden chce cię zabić? Skoro jesteś Losem, możesz wyrzucać jego kości czy cokolwiek innego tyle razy, aż wypadnie brzydka liczba, dzięki której von Borden zabije się sam, bez mojej ewentualnej, ewentualnej - wymówiłem z naciskiem to słowo - pomocy. Nie wątpię, że jest szansa, że to mnie wylosowałeś, czy to jako liczbę ładną sobie, czy jemu, a w takim momencie będę mrówką w kałuży, której się zdaje, że owa kałuża nie ma brzegów. Ale ku*wa, schodzę na jakieś poetyckie nibyrozważania, odpowiedz na moje pytanie!
-
Gdy wybrzmiały w pomieszczeniu słowa wypowiedziane przez inkwizytora zdjąłem dłoń z uchwytu drzwi i odwróciłem się na pięcie w kierunku mego rozmówcy. Zrobiłem trzy kroki w kierunku centrum pomieszczenia znów nanosząc na miękki, karmazynowy dywan ślady błocka z mych butów. Tupnąłem jeszcze wymownie obserwując jak grymas niezadowolenia maluje się na twarzy mego rozumówcy - cóż nie żebym nie zrobił tego umyślnie...
- Nie mam zamiaru zadawać setek pytań. Wystarczy mi odpowiedź jedynie na dwie moje wątpliwości i zniknę tak szybko jak się tu pojawiłem... Więc tak. Kto i skąd dowiedział się, że w mieście jest zgniłek Nurgle? Pytanie tym bardziej na miejscu, gdy przypomnę sobie słowa jakie wypowiedział na stosie - "to miasto zostało mi przeznaczone", więc coś musi w tym być... Drugie, a zarazem ostatnie pytanie. Skoro jeden z największych członków inkwizycji zjawia się w mieście, gdzie podejrzany jest wpływ samych bogów, to dlaczego egzekucje wykonuje byle przygłupi miejscowy mnich, skoro aż roi się tutaj od osób do tego bardziej... hmm... predysponowanych? - zadałem pytania wciąż wpatrując się w oczy mego rozmówcy, z których zniknął już sztuczny wyraz śmiechu, a wymalowało się coś innego... Strach? Gniew? Złość? Może wszystko naraz?
W głuchej ciszy jaka zapanowała gdy echo mych słów wybrzmiało w grubych murach pomieszczenia, czekałem na odpowiedź, lub reakcję inkwizytora, który widocznie wewnętrznie walczył z samym sobą i zastanawiał się co począć. Coż i tak nie mam nic lepszego do roboty, więc poczekam co uczyni... Nie dokończyłem jeszcze myśli, gdy otworzył usta i...
-
- Powiedz mi jedną rzecz mały. Jasny tata... Sigmar, powiedział że tu umrę. Nie żebym się bał śmierci, bo śmierć za Sigmara jest zaszczytem, Ale czy chodziło o śmierć w tym domu czy w tym mieście? A z resztą nie ważne miasto jest oblężone a ja siedzę tu z jakimś dzieciakiem. Czas zacząć działać. - Ruszyłem powoli w stronę drzwi.