Rok 1270:
Książę Barnim I poruszył się niespokojnie na tronie.
- Czy wszyscy już przybyli Witosławie? - zapytał stojącego obok mężczyznę.
- Tak wasza miłość, graf Konrad właśnie tu zmierza.
- Gdzie się zatrzymał?
- U biskupa, wasza miłość.
- No tak, swój ciągnie do swego, szwargocą pewnie ciągle tylko w tym swoim...
- Wasza wysokość, nie przystoi...
- Ależ w tym ich niemieckim, język można połamać! Zresztą, nie jesteś od pouczania mnie. Zbierz wszystkich tam, gdzie zwykle.
- Tak jest, wasza wysokość.
(http://www.zs2.lubartow.pl/liceum/images/stories/jd/losyabs/ikony/ozdobnik.gif)
W małym, zacienionym pomieszczeniu siedziało pięcioro ludzi. Na twarze czworga z nich padało wątłe światło z paleniska, wokół którego byli zebrani. Wyjątkiem był piąty, siedzący całkiem w kącie. Jego twarz spowita była w mroku. Dym jednakże gryzł oczy i gardła wszystkich zebranych, bez wyjątku.
- Zacznijmy już, gardło mi cierpnie w tym miejscu - rzucił po niemiecku młody, blady mężczyzna z lekko pogardliwym uśmiechem na twarzy, wyraźnie nie widząc potrzeby zachowania respektu dla gospodarza.
Do sali wszedł książę, a z nim Witosław.
- Witajcie waszmościowie na tym ważnym i pilnym spotkaniu - powiedział sługa. Wzrok księcia spoczął kolejno na jego doradcach i lennikach: na chudym i wysokim jak tyczka Konradzie I von Gutzkow, grafie choćkowskim; na Siegriedzie, biskupie kamieńskim o aparycji i budowie ciała woja, nie kaznodziei; na Borzymirze, kasztelanie szczecińskim o ziemistej cerze i siwawych włosach, najstarszym z zebranych; na Mirosławie, kasztelanie wołogoskim - brzydkim człowieku z blizną biegnącą od lewego ucha do kącika ust oraz wreszcie na ostatnim z gości - siedzącym na uboczu, lekko otyłym, wyróżnającym się z reszty zebranych, Żydzie.
- Możesz podejść bliżej Sar Szalomie, twoja rada jest dla mnie dziś równie ważna, co innych.
Żyd podszedł bliżej paleniska, a Konrad splunął za siebie i mruknął coś pod nosem - coś, co brzmiało mniej więcej jak złowróżbne życzenie. Biskup kamieński również nie zdawał się być zachwycony obecnością żydowskiego kupca, Barnim I nie przywiązywał do tego jednak wielkiej wagi.
- Powiedz Sar Szalomie, czy udało się doprowadzić do końca negocjacje w sprawie traktatu handlowego?
- Tak, wasza książęca mość.
- Dobrze więc, po zebraniu weźmiesz tuzin moich wojów i ruszysz z nimi do Wielkopolski. Za wierną służbę radą przez ostatnie kilka lat, dostąpisz zaszczytu występowania tam w moim imieniu. Dostaniesz pieczęć, trzeba ratyfikować umowę.
- Zrozumiane, wasza książęca mość.
- A teraz przejdźmy do istoty naszego dzisiejszego problemu. Doszły mnie słuchy, że książę wielkopolski niezbyt rozważnie na spotkaniu z margrabią brandenburskim zrobił coś, czego nie powinien był robić.
- Z całym szacunkiem, wasza wysokość, ale nic nie rozumiem - przerwał Konrad - jak mam służyć radą, kiedy nie wiem, co się stało?
- Niewiele mogę powiedzieć... ale, cóż, dał zapewne margrabiemu dowód swoich niezbyt pokojowych zamiarów wobec księcia kaliskiego. I, jak doniosły mi zaufane osoby, margrabia przekazał ten dowód dalej. Chyba nie muszę mówić, komu.
- I w związku z tym?
- Musimy przekonać księcia kaliskiego, że cokolwiek widział, jest to nieprawdą.
- Jeśli nie jesteśmy pewni, czy w istocie tę tajemniczą rzecz otrzymał... - zaczął biskup.
- Mnie i księcia wielkopolskiego łączy szczególna więź przyjaźni i zobowiązań. Mam zamiar te zobowiązania dotrzymać i uniknąć powstania potencjalnej koalicji przeciwko niemu.
- Wyślijmy więc poselstwo, cóż trudniejszego - powiedział kasztelan wołogoski.
- To nie takie proste, jeśli książę kaliski nawiązał przyjaźń z margrabią brandenburskim, zapewne ludzie Askańczyków są na jego dworze. Lepiej nie ściągać na nas uwagi naszych wojowniczych sąsiadów - odparł graf choćkowski - nie muszę chyba przypominać, że poprzednik waszej książęcej mości złożył im hołd lenny.
- Nie musimy przecież informować skąd poselstwo przybywa - wtrącił się Sar Szalom.
- Tfu, wasza książęca mość, po co sprowadziłeś tego psiego syna? - po raz pierwszy od przybycia do Kamienia Pomorskiego, twarz Konrada nabrała kolorów.
- Obecność... - zaczął Siegfried.
- Dość! Zebrałem nas tu dziś w jednym celu, i jeśli kto jest w stanie dobrze mi radzić, chętnie go wysłucham.
- Cóż... po pewnym... zastanowieniu, pomysł... tego... ehmmm... kupca nie jest tak zły - odpowiedział po chwili milczenia biskup. Odchrząknął, po czym kontynuował - dobrze przystroimy posłańca, by nie było wątpliwości, że jest jakimś obdartusem ze wsi co sobie co ubzdurał. A wasza wysokość podpisze się jako, na ten przykład, tajemniczy przyjaciel.
- Dobrze, brzmi rozważnie. Witosław!
- Tak jest, wasza miłość! - zawołał mężczyzna, dotychczas cicho stojący przy odrzwiach.
- Jako, że jesteś moim skrybą, pisz, co ci teraz podyktujemy. Jest tu gdzieś inkaust i pióro, poszukaj - Witosław zaczął rozglądać się po ciemnym pomieszczeniu, a książę i jego doradcy, zbici w jeszcze ciaśniejszą kupkę, jęli ustalać szczegóły wiadomości. Gdy Witosław powrócił, taką to treść mu podyktowali:
Do Jaśnie Oświeconego Księcia Kaliskiego Tymusa I Piastowica, władcy miłemu Bogu, obrońcy wiary chrześcijańskiej, pana na Kaliszu,
Doszły nas słuchy, jakoby ludzie źli i nieżyczliwi, a konkretniej parszywi sługusi margrabiów brandenburskich, władców Boga w sercu niemających, szerzyli po dworze Waszej Wysokości insynuacje jakoweś, jakoby książę wielkopolski czynił złe zakusy na ziemie Wasze. Wiary tymże wieściom nie dawajcie, gdyż głoszą je ludzie sami na ziemie Waszej Wysokości nastający, chcący Was z księciem poznańskim poróżnić. Strzeżcie się tedy, albowiem wielu nieprzyjaciół chciałoby Wam i dobytkowi domu Waszego zaszkodzić. Posłańca mego nie indagujcie o pochodzenie listu, gdyż to człek wierny i wypróbowany, nie zdradzi tedy kim jestem. Choć dziwne zdawać się to może, wierę dajcie tym słowom, iż piszę to dla Waszego dobra, nie własnej prywaty. Dziś nie mogę się jeszcze ujawnić, lecz, jeśli Bóg da, wkrótce to nastąpi. Jeśliby nastała dla Waszego domu godzina próby i ciężkie by termina dla Was nastały, ujawnię się bez ochyby, gdyż, jak mi Bóg miły, wiedzcie, że Piastowice kaliscy mają jednego, wiernego przyjaciela, który ich nigdy nie opuści.
Z Bogiem,
Tajemniczy sprzymierzeniec
- Jest pewien mąż, któremu można zlecić to poselstwo. Myślę, o twoim lenniku, grafie - powiedział po zapisaniu ostatnich słów książę.
- Herman von Pfalzenburg? - domyślił się Konrad.
- Owszem. Jest Niemcem przybyłym z zachodu, a więc trudniej będzie się domyślić księciu kaliskiemu pochodzenia listu. Zdecydowana większość tutejszych nie mówi w tym języku. A poza tym jest nam bezsprzecznie wierny, ma też pewną dozę intuicji dyplomatycznej. No i nigdy mnie nie reprezentował, więc nawet jeśli Askańczycy mają w Kaliszu szpiegów, nie będą raczej wiedzieli kim Herman jest.
- Dobrze więc, niech on ruszy na czele poselstwa. Ilu ludzi będzie mu towarzyszyć?
- Dwa tuziny. Niech nie podróżuje pod żadnym herbem. Do przekroczenia granicy z Wielkopolską, niech poruszają się oddzielnie w kilku grupach. Gdy już się zbiorą, niech najpierw ruszą trochę na południe. Następnie mają przekroczyć granicę księstwa kaliskiego z księstwem poznańskim. Niech mówią, że jadą z poselstwem, ważną wieścią, czy... cokolwiek innego, Herman już na pewno coś wymyśli. Poinstruuj go też, że nie musi zostawać na dworze kaliskim. Właściwie, dobrze byłoby, jakby przekazał po prostu ten list. I żeby kto znaczniejszy go po prostu zobaczył, coby nie było wątpliwości, że to jest jakiś poważny mąż, nie byle chudopachołek. Następnie niech czym prędzej jadą do grodów władcy poznańskiego, wyślę mu umyślnego by ugościł ich przez kilka tygodni. Gdy już tam odpoczną, niech ruszą w stronę południa. Potem... cóż, może niech wezmą statek Odrą? Zostawiam to już intuicji Hermana.
- Wszystko przekażę mu, wasza wysokość.
- Mam nadzieję, grafie. Uważam zebranie za zakończone - powiedział książę i ruszył w stronę drzwi, którymi poprzednio wszedł, po uprzednim pożegnaniu się z gośćmi. Dostojnicy wyszli głównym wejściem i prędko opuścili cały budynek. Graf Konrad i biskup Siegfried rozprawiali jeszcze przez jakiś czas cicho po niemiecku, po czym ruszyli w stronę rezydencji duchownego.
Wersja tl;dr - wysyłam oddział, który za wszelką cenę ma:
- uniknąć rozpoznania skąd pochodzi
- przekazać list o treści pogrubionej w powyższym tekście do księcia kaliskiego
To duży skrót, jeśli o powodzeniu mają decydować jakieś mikropierdółki w stylu którędy karawana będzie podróżować, to jest ich aż nadto (tak mi się wydaje :P) poniżej pogrubionego tekstu. Więcej decyzji już wkrótce.
(http://up.oblivionlost.pl/images/58195420013446142193.png)(http://up.oblivionlost.pl/images/58195420013446142193.png)(http://up.oblivionlost.pl/images/58195420013446142193.png)
EDIT: zgodnie z umową o handlu, podpisaną z Meklemburgią, koga opuszcza przystań w Kamieniu Pomorskim i wyrusza na morze, z zadaniem patrolowania i ochrony statków kupieckich oraz wyłapywania pojedynczych jednostek pirackich. Na statek przechodzi 1 oddział średniozbrojnej piechoty znajdujący się w obozie pod miastem 1 (ruch nie uwzględniony póki co w temacie Wojsko).
(http://up.oblivionlost.pl/images/58195420013446142193.png)(http://up.oblivionlost.pl/images/58195420013446142193.png)(http://up.oblivionlost.pl/images/58195420013446142193.png)
Na polecenie księcia pomorskiego Barnima I Dobrego, rozpoczęta zostaje budowa: Rynku i Warsztatu tkackiego w Kamieniu Pomorskim, Karczmy w Szczecinie oraz Kuźni w Wołogoszczy.
Rok 1271:
Książę Barnim I załamał ręce słysząc słowa swojego skryby.
- Powiedz mi, Witosławie, że się przesłyszałem.
- Obawiam się, że nie, Wasza Wysokość. Tako tu stoi: mistrz Fulko życzy sobie sprowadzenia co najmniej 7 antałków wina z Francyi.
- Do biedy mnie doprowadzi! Nie dość mu tych niezliczonych beczek miodu pitnego, nie dość tych jaskółek, drozdów, przepiórek, perliczek, jeży, jarząbków, łabędzi... Nie dość mu tego jednego pawia na pieczeń, którego kazał sprowadzić!
- Podobno kuchmistrz Fulko jest najlepszy w całej Europie Wasza Miłość. Kazaliście mu przygotować wystawną ucztę, toć i nie dziwota, że tyle wymaga...
- Ja jestem od wymagania! Powiesz mu, że na winie się kończą jego zapasy. Niech przygotuje mi ucztę z tego, co ma. Nic więcej sprowadzał już nie będę.
- Na tej liście jest jeszcze przewidziany chleb pszenny, kasza manna i gotowane raki...
- Do kroćset! Zaprawdę, do nędzy mnie ten kuchcik przywiedzie...! Ale... dobrze, i to będzie miał. To kosztowna inwestycja. Oby się zwróciła. Idź już - szybkim gestem ręki, książę odprawił skrybę.
- Bardzo kosztowna inwestycja... - Barnim I powtórzył w zamyśleniu.
(http://www.zs2.lubartow.pl/liceum/images/stories/jd/losyabs/ikony/ozdobnik.gif)
Mężczyzna wyglądem przypominający wędrownego minnesingera przesunął się lekko na ławie. Karczma jak wiele innych na trakcie z Pomorza do Rzeszy. Od tych, w których dotychczasowo się zatrzymywał, różniła się właściwie tylko jednym. Była już w granicach Brandenburgii. Przypomniał sobie dokładnie zlecenie, jakie otrzymał od pewnego magnata. Z pochodzenia pewnie Słowianina, po niemiecku to on nie najlepiej mówił. Wyglądał trochę jak stary dziadunio... no, mniejsza. Jego zadaniem jest udać się na przeszpiegi na granicę pomorsko-brandenburską i wielkopolsko-brandenburską. Zbadać, jak wygląda sprawa, a w przypadku złapania, zarzekać się że został wysłany przez księcia saksońskiego. Ma współdziałać z kimś z Wielkopolski. A potem zapaść w lasy we wschodniej Brandenburgii i przejść do puszczy okalającej Santok w Wielkopolsce. Następnie, gdy będzie odbywało się tam jakieś wesele, dostał polecenie zabić jednego z dostojników. Jak on się nazywał? Ach, tak. Konrad, graf cho... choćkowski. Ważny człek pono. Młody, chudy, blady mężczyzna. Na tarczy będzie miał cztery czerwone kwiaty na złotej planszy, rozdzielone czerwonymi belkami biegnącymi na ukos. A potem, gdy opuścił Szczecin, sprawa zrobiła się jeszcze ciekawsza. Dogonił go młody mężczyzna i przedstawił się jako Siegfried. Zapłacił za wyeliminowanie także księcia pomorskiego.
To, czego zamachowiec nie wiedział, to to, że pierwsze za pierwsze zlecenie w rzeczywistości odpowiadał książę pomorski, a za drugie - jego syn.
Nie wiem w sumie ile te różne wymyślne towary na wesele mogłyby kosztować, więc załóżmy że wydaję na to 10 sztuk złota. Dodatkowo, 20 na szpiega (opis zlecenia u góry).
(http://up.oblivionlost.pl/images/58195420013446142193.png)(http://up.oblivionlost.pl/images/58195420013446142193.png)(http://up.oblivionlost.pl/images/58195420013446142193.png)
Książę wysyła 2 szpiegów do Brandenburgii z zadaniem wytropienia uprzednio wysłanego zamachowca. Pierwszy szpieg, ma udawać, że przybywa z umówioną zapłatą, drugi - ogłuszyć i złapać zamachowca (lub, jeśli nie będzie to możliwe, zabić go). Następnie, szpiedzy mają podrzucić do jego zwłok list z podziękowaniem z podrobioną pieczęcią i podpisem margrabiego brandenburskiego. Na sfinansowanie ich misji, przeznacza 40 sztuk złota.